ALEKSANDRA "TWISTED" MROZOWSKA

Whitesnake - The Purple AlbumWojciech Hoffmann - Behind The WindowsRazer - RazerJac Dalton - PowderkegBlack Star Riders - The Killer Instinct

Minionych dwanaście miesięcy zapisze się w naszej pamięci przede wszystkim dzięki wielu udanym koncertom. W kraju nad Wisłą zagrało wiele zagranicznych formacji - żeby wspomnieć choćby Scorpions, Queen z towarzyszeniem Adama Lamberta, Def Leppard, Lynyrd Skynyrd, Uriah Heep, Motörhead, Judas Priest, Eclipse, Slasha czy Europe. Intensywną działalność koncertową prowadziły także rodzime zespoły, przede wszystkim obchodzący okrągłe jubileusze weterani - CETI, Turbo, Hetman, Perfect czy Lady Pank. I może właśnie dlatego na rynku wydawniczym w Polsce działo się mniej, aniżeli w roku ubiegłym. Godnych uwagi premier pojawiło się na rodzimym podwórku zaledwie kilka, więcej było albumów koncertowych, reedycji czy też jubileuszowych kompilacji. Stąd też - w odróżnieniu od zeszłorocznego zestawienia - przy wyborze finałowej dwudziestki z równą uwagą przyjrzałam się premierom zagranicznym i polskim.

1. Whitesnake - The Purple Album
Któż z nas nie spędził pierwszych miesięcy roku 2015 na żarliwych dyskusjach na temat zasadności nagrywania przez Whitesnake utworów Deep Purple z okresu Mark III i IV...? Jedni w tej konfrontacji coverdale'owskiej przeszłości z teraźniejszością upatrywali zjadania własnego (wężowego) ogona. Inni z niecierpliwością wyczekiwali usłyszenia purpurowych klasyków nagranych przy wykorzystaniu dobrodziejstw współczesnej produkcji. I to ci drudzy, jak czas pokazał, mieli najwięcej racji. Retrospektywna wycieczka Davida Coverdale'a w jego muzyczną przeszłość zdecydowanie przyniosła więcej dobrego, niż złego, a spora część utworów (jak choćby Sail Away) wręcz zyskała w odświeżonych wersjach. Rzadko muzyczne zaskoczenie roku okazuje się być tak pozytywnym, a taka próba - zwycięską.

2. Wojciech Hoffmann - Behind The Windows
2015 to dla jednego z najlepszych polskich gitarzystów rok prywatnych i zawodowych jubileuszy. Co więcej, to także moment ukazania się jego długo wyczekiwanej, drugiej płyty solowej. Behind The Windows okazało się być pozycją jeszcze bardziej zróżnicowaną, aniżeli wydane w 2003r. Drzewa. A przy tym - każda z jedenastu zawartych na płycie instrumentalnych kompozycji zdaje się opowiadać własną, ciekawą historię. Mamy tu klasyczny hard rock z elementami bluesa, sporo brzmień progresywnych i współczesne metalowe akcenty. A do tego - bogate instrumentarium i liczny zastęp gości, z których każdy zostawia swój ślad w nagraniach. Krótko mówiąc, to album perfekcyjny w swojej kategorii.

3. Razer - Razer
Surowość. Autentyczność. Brzmienie współczesne, ale pełnymi garściami czerpiące z klasyki hard rocka lat '70 i '80 i niejednokrotnie sięgające także do jego bluesowych korzeni. Tu lekki posmak aktualnego wcielenia Lynyrd Skynyrd, gdzie indziej wycieczki w stronę Led Zeppelin. Do tego producencki szlif Alana Nivena - postaci, której przedstawiać nie trzeba. W efekcie otrzymujemy nieszablonowy, niebanalny album zdecydowanie wyróżniający się na tle współczesnych, odtwórczych produkcji i tym samym mocno zapadający słuchaczowi w pamięć. To jedna z tych płyt, do której będę wracać jeszcze długo po jej premierze.

4. Jac Dalton - Powderkeg
Debiut tego urodzonego w Karolinie Północnej, a obecnie mieszkającego w Australii wokalisty był mocno osadzony w stylistyce country rockowej. Jednak już na drugiej płycie (Icarus) wykonał on gwałtowny zwrot w stronę melodyjnego hard rocka. Jeśli ktokolwiek na tamtym etapie zastanawiał się, czy ta brzmieniowa wolta wyszła mu na dobre - wydany w tym roku Powderkeg rozwiał wszelkie wątpliwości. Dalton powraca z mocnym, dopracowanym wydawnictwem, łączącym współczesną produkcję z wyraźną nutą lat osiemdziesiątych. O australijskiej scenie melodic rockowej przeciętny słuchacz wie niewiele - warto rozpocząć swoją podróż w jej głąb właśnie od tego albumu.

5. Black Star Riders - The Killer Instinct
Black Star Riders brzmią dokładnie tak, jak gdyby Thin Lizzy przeniesiono za pomocą wehikułu czasu w studyjne realia dwudziestego pierwszego stulecia. I nic w tym dziwnego - wszak to właśnie członkowie ostatniego wcielenia Lizzy, z gitarzystą Scottem Gorhamem na czele, powołali tę formację do życia. Co więcej, wokalista - Irlandczyk Ricky Warwick - również w swej manierze wokalnej ociera się niebezpiecznie blisko o charakterystyczny styl nieżyjącego od wielu lat Phila Lynotta. Może, parafrazując słynne hasło inżyniera Mamonia z kultowego Rejsu, lubimy głównie te muzyczne schematy, które już znamy...? A może "zawinił" tu fakt, że The Killer Instinct to po prostu kawał wysokojakościowego hard rocka mocno zakorzenionego w latach '70...? Dość rzec, że drugi album kwintetu należy do najbardziej udanych premier minionego roku.

6. Piotr Wójcicki - Moon City
Po premierze płyty Wojciecha Hoffmanna w lutym zaryzykowałam stwierdzenie, że na polskim rynku wydawniczym 2015 będzie należał do gigantów gitary i jak udowodniły następne miesiące, niewiele się przeliczyłam. Kolejną zdecydowanie wartą uwagi pozycją w tym temacie okazała się być trzecia płyta Piotra Wójcickiego. Staranne wykształcenie muzyczne połączone z otwartością na różne gatunki zaowocowało ośmioma rozbudowanymi, niebanalnymi kompozycjami z pogranicza hard rocka, rocka progresywnego, bluesa i jazzu. Ciekawe aranżacje i często nietypowe środki wyrazu (jak udział w nagraniach altowiolinisty Tomasza Kurkuby) to tylko jeden z wielu powodów, by sięgnąć po Moon City. Dla mnie spotkanie z tą płytą było jedną z ciekawszych muzycznych podróży 2015 roku.

7. Frédéric Slama's AOR - Return to L.A.
W świecie melodyjnego hard rocka i AOR-u kolejnych dwanaście miesięcy po prostu nie mogło upłynąć bez następnego wydawnictwa w dorobku Frédérica Slamy. Tym razem przedsiębiorczemu francuskiemu muzykowi udało się zgromadzić w studiu takich muzyków, jak Jesse Damon (Silent Rage), Tommy Funderburk (King Of Hearts, Airplay), Paul Sabu (Only Child, Kidd Glove), Rick Riso, Bob Harris (Axe, Steve Vai) czy Tommy Denander. Efektem jest kolejny, bo czternasty już album naszpikowany chwytliwymi, melodyjnymi kompozycjami osadzonymi w tradycjach lat '80. Ktokolwiek zagości na właśnie powstającym piętnastym albumie Frédéric Slama's AOR - miejmy nadzieję, że zaowocuje to materiałem równie udanym, jak jego poprzednik.

8. Motörhead - Bad Magic
Od większości zespołów oczekuje się ciągłego rozwoju, zaskakujących stylistycznych zwrotów i różnorodności w dobieraniu środków ekspresji. Ekipa Lemmy'ego Kilmistera jednak zawsze lubiła wymykać się schematom. Ich tegoroczne dzieło, Bad Magic, nie jest przecież zaskoczeniem ani w warstwie muzycznej, ani tekstowej. To, z braku trafniejszego określenia, "motórowe" granie od otwierającego album Victory Or Die po cover stonesowskiego Sympathy For The Devil. A jednak... w tym szaleństwie nadal jest metoda. To nadal bezkompromisowe, brudne, hałaśliwe Motörhead jakie wszyscy znamy i kochamy. Gdy jednak w sierpniu sięgaliśmy po ten krążek po raz pierwszy, nie wiedzieliśmy jeszcze, że stanie się on testamentem jednego z najbarwniejszych i najbardziej bezkompromisowych muzyków naszych czasów, jego ostatnim skończonym dziełem. RIP Lemmy.

9. Tomasz Andrzejewski - Universum
Trójcy tegorocznych premier z rodzimego gitarowego podwórka dopełnia Tomasz Andrzejewski płytą Universum. I to w jakim stylu - materiałem perfekcyjnie łączącym techniczny kunszt z wyczuciem melodii. Wśród dwunastu kompozycji zawartych na krążku znalazło się miejsce dla i bluesowej swobody, i progresywnych smaczków, i melodyjnego hard rocka w instrumentalnej odsłonie. W pamięć zapada także - jak sądzę, nie tylko mnie - przejmujący hołd dla zmarłego przed kilkoma laty Gary'ego Moore'a zatytułowany Blues For You. Universum to płyta nie tylko dla słuchaczy rozmiłowanych w gitarowych popisach, ale również dla zwolenników muzyki rockowej w jej łatwo przyswajalnym wcieleniu i ten fakt jest prawdopodobnie jej najmocniejszą stroną.

10. Hungryheart - Dirty Italian Job
Jeszcze dwadzieścia lat temu prawdopodobnie nikt nie przewidziałby, jak istotną rolę w świecie europejskiego melodyjnego rocka zaczną odgrywać zespoły pochodzące ze słonecznej Italii. Tak się jednak stało, a jedną z tych formacji, które przekuwają włoski temperament i wyczucie melodii w wyjątkowo przyjemne dla ucha dźwięki, jest założone przez Marco Percudaniego Hungryheart. Na następczynię znakomitej płyty One Ticket To Paradise z 2010r. Włosi kazali nam czekać wyjątkowo długo, jednak cierpliwość opłaciło się. Dirty Italian Job to garść przebojowego, melodyjnego hard rocka, ciążącego nieco bardziej ku brzmieniom z początku lat '90, aniżeli poprzednio. W swojej kategorii to jedna z najlepszych płyt minionych dwunastu miesięcy.

11. Peterik/Scherer - Risk Everything
Jim Peterik. Cóż więcej trzeba dodawać...? Mistrz melodii, które podstępem wwiercają się nam w mózgi, songwriter doskonały. Survivor i Pride Of Lions to przecież zaledwie czubek góry lodowej, jeśli chodzi o jego zasługi dla muzyki rockowej. Tym razem połączył on siły z amerykańskim wokalistą Markiem Schererem, przez większość życia zajmującym się... jubilerstwem. Trudno przewidywać, jak trwałą okaże się w przyszłości ta współpraca, jednak pierwszy album duetu - zatytułowany "Risk Everything" - rodzi nadzieje na więcej. To perfekcyjnie zaaranżowany, doskonały materiał z pogranicza melodyjnego hard rocka i AOR-u, w niczym nieodbiegający od klasyki gatunku. Na właśnie taki album sygnowany nazwiskiem Peterika czekałam.

12. The Poodles - Devil In The Details
Kilka lat temu wszyscy zachłysnęliśmy się nową falą skandynawskiego melodyjnego rocka/metalu. Czas nie ze wszystkimi obszedł się łaskawie - Crashdiet opuścił trzeci już wokalista, Wig Wam zakończył działalność, a Reckless Love coraz częściej niż do zespołu rockowego (słusznie lub nie) przyrównuje się do boysbandu. Spośród kapel biorących udział w tamtej skandynawskiej sztafecie to właśnie The Poodles wciąż dumnie dzierży płonącą pochodnię. Wydane w tym roku Devil In The Details w niczym nie ustępuje ich pierwszym albumom. Dzięki utworom takim, jak funkujące (What The Hell) Baby czy chwytliwe Before I Die szwedzki zespół wciąż może podpisać się pod niegdyś głoszonym hasłem "metal will stand tall".

13. Nalle Pahlsson's Royal Mess - Royal Mess
Nalle Pahlsson udowodnił niniejszą płytą, że dowcipy na temat basistów są co najmniej mocno przesadzone. Wcześniej ten szwedzki gitarzysta basowy zasilał sekcje rytmiczne takich formacji, jak choćby Easy Action, Treat, Therion czy Vindictiv. Dopiero w tym roku mieliśmy jednak okazję usłyszeć, jak radzi sobie ze śpiewem, gitarą rytmiczną czy instrumentami klawiszowymi oraz jak wypada w roli songwritera i producenta. Z wszystkimi tymi wyzwaniami Pahlsson pod szyldem Royal Mess poradził sobie jednak znakomicie, a w zmaganiach towarzyszyła mu śmietanka skandynawskich muzyków. To kolejne godne uwagi wydawnictwo, które ujrzało światło dzienne w 2015 roku, a które wśród fanów melodyjnego hard rocka z pewnością długo nie obrośnie kurzem.

14. Bonfire - Glorious
Oprócz dyskusji nad wyższością klasycznego Deep Purple nad współczesnym Whitesnake (lub odwrotnie), to właśnie temat roszad personalnych w szeregach Bonfire pozostawał jednym z najbardziej gorących w pierwszych miesiącach 2015 roku. Zespół opuścił przede wszystkim jego wieloletni wokalista - Claus Lessmann. Gitarzysta formacji, Hans Ziller, nie złożył jednak broni i pracował nad nową płytą Bonfire z muzykami, z którymi poprzednio tchnął nowe życie w swój dawny projekt poboczny EZ Livin'. Efekt...? Kawał doskonale zaaranżowanego i zagranego melodyjnego hard rocka i tym samym płyta zdecydowanie warta uwagi. A że nowy materiał miejscami z uwagi na udział Davida Reece'a przypomina bardziej pierwszą płytę Bangalore Choir, aniżeli Bonfire? To z pewnością nie zarzut - wręcz przeciwnie.

15. Reach - Reach Out To Rock
Chylę czoła przed młodą gwardią! Reach Out To Rock szwedzkiej formacji Reach to jeden z bardziej udanych debiutów 2015 roku. Oczywiście trudno go nazwać rewolucją pod kątem brzmieniowym i z pewnością kwartet ze Sztokholmu nie miał nawet najmniejszego zamiaru takowej dokonywać. Zaserwowali natomiast słuchaczom dziesięć skrojonych na melodyjną, hard rockową modłę utworów, z których niemal każdy ma w sobie przebojowy potencjał. Tym samym zespół dotychczas znany wyłącznie z coveru "Wake Me Up" szwedzkiego DJ-a Avicii dołączył do ligi takich wykonawców, jak Eclipse, Brother Firetribe czy H.E.A.T i sprawił, że na ich kolejny pełnowymiarowy album wszyscy fani melodic rocka - w tym także i ja - będą oczekiwać z niecierpliwością.

16. Jeff Lynne's ELO - Alone In The Universe
Czy 2015 przejdzie do historii jako rok starć gigantów i nieoczekiwanych powrotów...? Z pewnością przerwanie milczenia przez lidera Electric Light Orchestra, Jeffa Lynne'a, było jednym z ważniejszych wydarzeń minionych dwunastu miesięcy. Na swoim nowym krążku - bo przecież tak właśnie powinno się traktować Alone In The Universe - genialny muzyk zaserwował słuchaczom nostalgiczną podróż w przeszłość, bardzo klasyczne i nader często sięgające do korzeni brzmienie oraz garść smaczków dla obeznanych z jego twórczością w ELO i The Traveling Wilburys. I choć melancholijny klimat całości ma pozornie niewiele wspólnego z przebojowymi Out Of The Blue czy Discovery, Alone In The Universe to jedna z najbardziej wysmakowanych i dojrzałych płyt zrealizowanych w minionym roku.

17. Michael Schenker's Temple Of Rock - Spirit On A Mission
Trzy piąte tej super-grupy stanowią byli muzycy Scorpions, mikrofon dzierży Doogie White, a nad całością oprócz lidera czuwa za producencką konsolą Michael Voss (ex-Casanova, Mad Max, Wolfpakk). To nie tylko powód, dla którego nazwa "Temple of Rock" nie jest przesadzona ani trochę, ale i istotny przyczynek do faktu, że tytułowa "misja" była wręcz skazana na sukces. Weterani pokazują, że wciąż jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa, serwując słuchaczom solidną dawkę hard rocka. Gdzieniegdzie pobrzmiewa klasyczne UFO, Sabbath, Led Zeppelin czy Deep Purple, a całość to zestawienie rockowego pazura ze sporą dawką melodii. Już same nazwiska muzyków udzielających się w nagraniach powodowały u mnie - i zapewne nie tylko u mnie - gęsią skórkę; Spirit On A Mission to dowód, że działo się to bynajmniej nie na próżno.

18. Thobbe Englund - From The Wilderness
Drugi solowy album Thobbe Englunda, obecnie udzielającego się w zespole Sabaton, to propozycja głównie dla fanów gitarowych brzmień. Blondwłosemu Szwedowi udało się jednak połączyć techniczną sprawność z niesamowitą finezją, a kilka kompozycji - jak choćby otwierający całość "Wildborn" - swoim patosem i rozmachem nie ustępuje utworom macierzystej grupy ich autora. Co więcej, układają się one w swoisty koncept, który odkrywa się i składa w całość przy kolejnych spotkaniach z From The Wilderness. Co zaś najważniejsze - jak przekonałam się na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy, warto do tej płyty wracać.

19. Room Experience - Room Experience
Ten włoski projekt to inicjatywa muzyka i songwritera z Brescii - Gianluki Firmo. Zgromadził on w studiu nagraniowym nie tylko śmietankę włoskiej sceny muzycznej - za mikrofonem stanął bowiem nie kto inny, jak wokalista zespołów Pink Cream 69 i Voodoo Circle, David Readman. Taki skład postawił na chwytliwe, ale dalekie od kiczu AOR-owe brzmienia, tu i ówdzie zaprawione duchem hard rocka lat '70 (jako ciekawostkę dodajmy, że miejsce za organami Hammonda zajął Alessandro Del Vecchio). Pierwsza płyta Room Experience to nie tylko obowiązkowa pozycja dla fanów melodyjnego rocka, ale i dla wielbicieli talentu wokalnego Readmana, tu zaprezentowanego w nieco innej muzycznej oprawie.

20. Iron Maiden - The Book Of Souls
Zamknięcie zestawienia za rok 2015 najnowszym dziełem jednych z największych gigantów heavy metalu w historii jest dość nietypowe. Być może wręcz kontrowersyjne... Niemniej jednak Book Of Souls nie jest typowo "maidenowską" płytą i pierwsze z nią spotkanie nie u każdego skończy się przyswojeniem całości materiału. Progresywny wydźwięk ambitnego albumu, jaki zrealizował tym razem zespół pod przywództwem Steve'a Harrisa, także nie każdemu musi się spodobać. Jego wartość muzyczna jest jednak bezwzględna i choćby z tego względu nie powinno się o nim zapominać przy podsumowaniach premier minionego roku.

Warte wymienienia wśród premier 2015 roku są także albumy Divine Weep, Europe, Brain Connect, Eclipse, Revolution Saints, Tronda Holtera & Jorna Lande, długo oczekiwany krążek Def Leppard, House Of Lords, Nitehawks, Joel Hoekstra's 13, Kelly Keeling, The Winery Dogs, Tank, Ten czy Ghost. Wśród polskich wykonawców, na których głównie skupiała się moja uwaga przez ostatni rok pojawiło się sporo nowych twarzy i nazw. Tym samym nie zabrakło interesujących EP-ek, singli i nagrań demo/promo - w tym Livin Fire, SteelFire, Swear The Empress, Merge Conflict, Scarecrow czy Crimson Rockets.

Łyżką dziegciu w zeszłorocznej beczce miodu za granicą z pewnością okazał się natomiast kuriozalny album Paranoia niemieckiej grupy Trancemission, która legendą tamtejszej sceny heavy metalowej tytułuje się chyba nieco na wyrost. Spodziewanie dużego wrażenia - porównywalnego z płytami Sting In The Tail i Humanity: Hour 1 - nie wywarło na mnie najnowsze dzieło ich o wiele bardziej znanych i zasłużonych rodaków ze Scorpions. Nie zachwycił mnie również nowy album grupy Bon Jovi, wydany w celu rozliczenia się z wieloletniego kontraktu z ich wytwórnią - tego jednak spodziewałam się od początku.

Na polskim rynku muzycznym 2015 to także rok znakomitej koncertówki rodzimego zespołu Kruk - "Beyond Live". Nie zabrakło wielu ciekawych wydarzeń w temacie reedycji archiwalnych nagrań. Duża w tym zasługa firmy GAD Records, dzięki której ponownie otrzymaliśmy do rąk takie albumy, jak choćby kultowe Bez grawitacji Ryszarda Sygitowicza. Wznowiono także albumy doskonale znane naszym czytelnikom, jak Black Hawk zespołu Mr Pollack (Metal Mind Productions) czy Roadhog (Thrashing Madness Records). Wspomniana już wytwórnia Metal Mind Productions wznowiła na CD trzy pierwsze płyty TSA (na podstawie oryginalnych taśm analogowych) i "Proceder", a w zapowiedziach na przyszły rok figurują liczne reedycje klasycznych albumów metalowych w formacie winylowym.

Jednak nie na wznowieniach kultowych nagrań Turbo, TSA i Acid Drinkers na czarnym krążku kończą się moje nadzieje na 2016 rok. Z niecierpliwością wyczekuję przede wszystkim nowych albumów CETI, Vincent czy SteelFire, nad którymi prace bądź to już trwają, bądź mają się rozpocząć w najbliższej przyszłości. Już w styczniu wychodzą albumy, których powstaniu Hard Rock Service kibicuje od samego początku. Są to objęty naszym patronem medialnym album koncertowy Steel Velvet oraz drugi album studyjny formacji Scream Maker (Hard Rock Service patronowało swego czasu akcji crowdfundingowej, mającej na celu zdobycie funduszy na jego nagranie). Dalsza część 2016 roku to także solowe albumy gitarzystów Andrzeja Citowicza i Michała Pakulskiego, również wydawane pod naszym patronatem. Z zagranicznych premier czekam na Last In Line, Inglorious, Avantasię, Resurrection Kings, Black Stone Cherry, Magnum czy podwójne wydawnictwo formacji Sixx:A.M. Dość rzec, że zapowiada się ciekawie. Wielu ciekawych muzycznych przeżyć u progu 2016 roku życzę także i Wam!

GUITARRIZER

The Darkness - Last Of Our KindJoe Satriani - Shockwave SupernovaW.A.S.P. - GolgothaEclipse - ArmageddonizeVinnie Moore - Aerial Visions

Rok 2015 był w gruncie rzeczy dość podobny pod względem muzycznym do kilku poprzednich (może nie licząc roku 2014). Kilka wydawnictw cholernie dobrych, kilkanaście bardzo dobrych i setki takich, których słuchanie to nieodżałowana strata czasu. Tym razem moja lista faworytów będzie krótka:



1. The Darkness - Last Of Our Kind
Mimo, że wcześniej nie przepadałem za załogą braci Hawkinsów, tym razem nagrali materiał jak na moje zamówienie. Genialny "Barbarian" z nietuzinkowym tekstem, nadzwyczaj zgrabny utwór tytułowy, żywiołowe "Open Fire", nawiązania do Queen, The Cult, Def Leppard i nadto kilka innych smaczków... Jeśli jeszcze do tego wymienić wiele odsłuchów podczas jazdy samochodem, to wydawnictwo musiało stać się moim albumem roku.

2. Joe Satriani - Shockwave Supernova
Okładka nieco zniechęciła mnie do odsłuchu tego krążka (bałem się powrotu do stylistyki z "Engines Of Creation"), sample w jakości "YouTube" również, ale w końcu sięgnąłem po niego i okazało się, że dzieło to wcale nie jest gorsze od poprzedzającego go "Unstoppable Momentum". Satch miewał już w swej karierze lepsze płyty, ale na tle tego, co jest w dzisiejszych czasach wydawane, z pewnością ten zestaw utworów sam się wybroni.

3. W.A.S.P. - Golgotha
Podczas gdy wielu gardłowych świecących swoje tryumfy w latach '80 ubiegłego wieku ma dziś problemy ze swoim głosem, Blackie Lawless zdaje się być w nadzwyczaj dobrej formie wokalnej. Do tego dochodzi fakt, że wraz ze swoją dość stabilną od kilku albumów załogą nagrywa naprawdę dobre rzeczy. "Golgotha" to apetyczny zestaw nagrań, moim zdaniem jeszcze lepszy od "Dominatora" i "Babylonu" i co najważniejsze, mocno nawiązujący do klasycznych krążków tej formacji.

4. Eclipse - Armageddonize
To już piąty krążek ekipy Erika Mårtenssona, kolejny udany, a grupa wciąż nie może uzyskać popularności, na jaką zasługuje, mimo iż Erik to znany w branży generator hitów. Zawartość albumu jest bardzo melodyjna i od razu wpada w ucho, rzekłbym, że można go kupić w ciemno. Prawdziwa gratka dla fanów melodyjnego hard rocka.

5. Vinnie Moore - Aerial Visions
W zasadzie bez większych niespodzianek ze strony Vinmana, dostałem mniej więcej taki zestaw stylistyczny nagrań, jakiego się spodziewałem. Całościowo to instrumentalne dzieło szybciej trafiło w mój gust niż wydane "dawno temu" "To The Core", może dlatego, że tutaj mamy wiecej wesołych melodii. Płytka spodoba się wszystkim tym, którzy lubią mieszankę wymiatania i improwizacji.

6. Symphony X - Underworld
Profesjonalizm w każdej nucie - taka myśl od razu rodzi się w głowie w starciu z nowym dziełem Symphony X. Miłośnicy progpoweru, przemyślanych technicznych solówek, wstawek symfoniczno-operowych i głosu Russella Allena będą zachwyceni. Stylistycznie jest to naturalna kontynuacja kilku wcześniejszych pozycji z dyskografii tej formacji, więc zaskoczenia nie ma. To po prostu kolejne danie progresywnej uczty.

7. Queensrÿche - Condition Hüman
Wygląda na to, że Queensrÿche bez Chrisa DeGarmo i Geoffa Tate'a trzyma się nieźle, a w każdym bądź razie lepiej, niż w ostatnim dziesięcioleciu. Nowy materiał ekipy wzmocnionej przez La Torre jest bardziej melodyjny od wydanej w 2013 r. "samozatytułowanej" płyty i stylistycznie przypomina pamiętne "Empire", choć momentami grupie blisko do power metalu. Trzech numerów stąd mógłbym słuchać bez końca - "Guardian", "Hellfire" i "Condition Human". Te są genialne, a reszta... reszta jest zwyczajnie bardzo dobra.

8. Jørn Lande & Trond Holter - Dracula: Swing Of Death
Gdyby tak skrzyżować solowego Jørna z krążkami Meat Loafa i odrobiną Savatage, wyszłoby właśnie coś takiego. Przemyślany materiał, aczkolwiek wymaga specyficznego nastroju, by go odsłuchiwać w całości. Kapitalna robota wszystkich zaangażowanych tu muzyków, choć oczywiście najbardziej błyszczą dwaj panowie, którzy to wszystko firmują swoimi nazwiskami.

9. Def Leppard - Def Leppard
Na takich Leppardów większość fanów czekała od dawna! Album bardzo przebojowy i przede wszystkim mocno nawiązujący do czasów "Hysterii".

10. Waken Eyes - Exodus
Nader udany projekt, w którym udzielają się m. in. członkowie Symphony X, Darkwater i The Aristocrats. Symfoniczny progmetal wysokiej próby nawiązujący stylistyką do Seventh Wonder, Silent Call, Sons Of Seasons, czy nawet Dream Theatera. Nic nowego, bo w tym gatunku ciężko o nowości, z to po prostu kolejna dawka muzyki, która zmusza do myślenia.

Inne warte posłuchania zespoły z ubiegłego roku to w kolejności przypadkowej: Santa Cruz, Demon's Eye, Lynch Mob, Scorpions, Stryper, House Of Lords, Europe, Impellitteri, Teramaze, Joel Hekstra's 13, Michael Schenker's Temple Of Rock, Sergeant Steel, Bonfire, Hit n Run, Whitesnake, Circle II Circle, Lifeline, Sweet/Lynch, Faith Healer, Subsignal, Pyramaze, Ozone, Saxon, Phil Rocker, Magnus Karlsson's Free Fall, King Zebra, Vodoo Circle.

Trochę muzycznych rozczarowań też by się znalazło, więc do beczki miodu trzeba dodać łyżkę dziegciu. Prym wiedzie w tej materii Geoff Tate i jego nowa formacja Operation Mindcrime. Kapela wyglądająca bardziej na zbitek muzyków do wynajęcia zarejestrowała słaby materiał, mimo że pierwszy singiel zapowiadał się apetycznie. Do puli rozczarowań dołącza Royal Hunt, który nagrał zestaw kompletnie niezapamiętywalnych kawałków, zwłaszcza gdy porówna się je z klasycznymi wydawnictwami tego zespołu (a miałem apetyt na coś dobrego po powrocie D.C. Coopera). Takie sobie dziełko wypuściło Vanden Plas. Zawiódł Vindictiv, który mimo porządnego gardłowego wypuścił krążek słabszy od poprzedniego, który z kolei i tak był słabszy od dwóch poprzednich. Wciąż czekam na nowy wypiek Kinga Diamonda; mimo iż ten studyjny materiał zapowiadany był od długiego czasu, okazuje się, że Król nawet nie zabrał się jeszcze za komponowanie materiału! Nadal nie ma dwójki Anthriela, ale tutaj akurat usprawiedliwieniem są roszady personalne w zespole i aktualny brak klawiszowca.

Wypadałoby rzec nieco odnośnie oczekiwań na rok 2016. Nieźle brzmią sample Nordic Union, projektu sygnowanego nazwiskami Erika Mårtenssona i Ronniego Atkinsa, zatem czekam na pełnometrażowy krążek. Nadzieją napawa nowe dzieło Megadeth, Testament też może solidnie przyłoić. Yngwie Malmsteen raczej mnie nie zaskoczy, ale ze względu na dawne sentymenty dam mu szansę. Na pewno posłucham też tego, co zaproponują Black Stone Cherry, Shakra i Dream Theater. Plotki o premierowym Danzigu mogłyby okazać się prawdą... Do tego dochodzą jeszcze zapowiadane od długiego czasu albumy, które "lada moment" miały się ukazać, a których premiera wciąż jest przesuwana.

FANHOL

House of Lords - IndestructibleBonfire - GloriousMichael Bormann - CloserEurope - War Of KingsWhitesnake - The Purple Album

2015 jak dla mnie był rokiem, który bezapelacyjnie należał do weteranów sceny. I tu duży plus, bo większość moich ulubieńców wydało albumy, a żaden z nich nie poniósł jakiejś klęski. Tak naprawdę mój zeszłoroczny top jest złożony głównie z ich dzieł. Jednak wielkim minusem jest brak jakiegoś super debiutu, który wywróciłby mój ranking do góry nogami (tak jak w 2014 zrobił to Confess, a jeszcze wcześniej Reckless Love, Crashdiet czy H.E.A.T). Jedyny jak dla mnie wart odnotowania debiut to Nasty Ratz, jednak zabrakło dla nich miejsca w Top 10 - może uda się to wraz z kolejnym albumem. Zanim przejdę do zestawienia dodam jeszcze , że na początku miałem pomieszać gatunki muzyczne (bo przecież nie samym hard rockiem człek żyje). Tworząc tę listę zauważyłem jednak, że pod względem hard rockowych albumów ten rok nie był taki zły... Zaczynamy.

1. House of Lords - Indestructible
Wiem, pewnie większość nie uważa, że ten album powinien zajmować tak wysokie miejsce w zestawieniu za 2015. Fakt, nie jest to najlepszy album Lordów - nawet już w okresie po reaktywacji są przynajmniej trzy albumy lepsze od tego - ale za takie kawałki jak "Call My Bluff" czy singlowe "Go To Hell" mogę się za ten zespół pokroić. Poza tym - który inny zespół tak regularnie dba o swoich fanów, trzymając przy tym odpowiedni poziom...? Za to chociażby mają moje dozgonne oddanie.

2. Bonfire - Glorious
Największe chyba pozytywne zaskoczenie 2015. Nie sądziłem, że Reece tak dobrze odnajdzie się w konwencji Bonfire, a tu proszę - najlepsza płyta od Fuel To The Flames.

3. Michael Bormann - Closer
Naczelna nie może się doprosić o tę recenzję ode mnie (spokojnie - pisze się!). Może więc to miejsce w rankingu powie coś o moim podejściu do tej płyty... A tak na serio - Bormanna łykam bez popitki i tylko raz stanął mi w gardle (przy okazji debiutu BloodBound). Uwielbiam wszystko, co Michał tworzy. Nowa płyta nawiązuje w prostej linii do poprzedniczki, ale to przecież nie zarzut.

4. Europe - War Of Kings
Możecie nie wierzyć, ale jestem ich fanem od 1986 - wiadomo, od jakiego przeboju się zaczęło... Klasyczne płyty, za jakie uważam pierwszych pięć krążków, kocham. Po reaktywacji nadal ich lubię, ale żadna ich płyta aż do War Of the Kings nie znajdywała się w mojej Top 10. War mną zawładnął. Uważam, że tak powinni grać teraz Deep Purple, gdyby nie stracili zębów. Joey & Co. pokazują wszystkim, na czym polega klasyczny hard rock. A jeśli komuś brakuje klimatu, w jakim panowie tworzyli w latach '80, zawsze może posłuchać ich młodszych kolegów z H.E.A.T.

5. Whitesnake - The Purple Album
Tych panów kocham prawie tak samo długo jak poprzedników. David jest jednym z najlepszych wokali. Ostatnie ich dzieło dało mi dużo frajdy, bo na co dzień raczej wybiórczo słucham Deep Purple - a panowie z Whitesnake dali takiego czadu w tych klasycznych kompozycjach, że wolę je od oryginałów.

6. Hardcore Superstar - HCSS
Ta recenzja też "się pisze"! Każda produkcja, licząc od ich właściwie obranego kursu na ich czwartym "czarnym albumie", jest dla mnie sporym wydarzeniem. Zawsze znajdą się w podsumowaniu rocznym i chociaż ich najnowsze dziełko nawet w połowie nie dorównuje mojej ulubionej w ich dyskografii poprzedniczce, to jest naprawdę dobrze. Gdyby nie brzmienie gitar w niektórych utworach, byliby wyżej. Ktoś musi wypełnić lukę po Mötley Crüe i jeżeli ma to być HS - piszę się na to.

7. Scorpions - Return To Forever
Cieszę się , że panowie rozmyślili się i nie udali się na emeryturę. Jeżeli mają jeszcze dużo takich utworów, jak na Return... pochowanych po szufladach - dla mnie mogą grać jeszcze dwadzieścia lat, czego zresztą im życzę. Płyta nie tak dobra jak poprzedniczka, ale za to lepsza od takiej choćby Pure Instict.

8. The Poodles - Devil In The Details
Szczerze mówiąc - nie wierzyłem już w ten zespół. Kupiłem, bo mam ich wszystkie płyty, ale powiedziałem sobie, że jeżeli ten album będzie jak jedna z dwóch poprzednich - to koniec z nami. No i panowie się postarali - to najlepsza i najbardziej przebojowa płyta od Clash Of The Elements. Warto jej posłuchać.

9. Def Leppard - Def Leppard
Wiem, są ludzie którzy wpadają w zachwyt nad nowym Def Leppard. Fakt, jest niezły, ale do klasycznych dzieł z lat '80 mu daleko. Jedyny poważny zarzut, jaki mam - album jest za długi o jakieś 3-4 utwory. Gdyby nie to - powiedziałbym, że to album prawie na poziomie Adreanalize. Jest na nim kilka naprawdę dobrych kompozycji; widać także, że "młode wilczki" w postaci Loud Lion czy Grand Design swego czasu trochę ośmieszyły weteranów i ci teraz chcieli udowodnić, że też jeszcze potrafią. Jeżeli ten album miał uspokoić starych fanów, to plan udał im się w 100%. Na pewno najlepsza płyta od Euphorii.

10. Trixter - Human Era
Na koniec jeszcze jedno miłe zaskoczenie. Podobnie jak przy Pudelkach, poprzednia "powrotna" produkcja jakoś nie specjalnie długo gościła u mnie w odtwarzaczu. Nowa płyta ma jednak naprawdę kilka niezłych utworów. To takie klasyczne amerykańskie granie, dobre w drogę oraz do radia. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie fakt, że premierę mieli tego samego dnia co House Of Lords.

Były także płyty, które wywarły na mnie spore wrażenie w 2015 roku, ale niekoniecznie pasują do kategorii Hard Rock. Wydali je Battle Beast, Amorphis, Moonspell, Helloween, David Gilmour, Jean Micheal Jarre, Nightwish. 2016 jak dla mnie zapowiada się obiecująco i to już od samego stycznia - nowe płyty Dream Theater, Axel Rudi Pell, Avantasia. Może doczekam się nowej Reckless Love...? Wszystkim życzę wspaniałych nowych doznań muzycznych w 2016 roku!