GUITARRIZER

H.e.a.t - Tearing Down The WalsSteel Velvet - ChwilaAccept - Blind RageUriah Heep - OutsiderLoud Lion - Die Tough

Nie owijając długo w bawełnę, rok 2014 przyniósł nam tak wiele niesamowicie dobrych wydawnictw, że porównać go można chyba tylko z równie rewelacyjnym rokiem 2008. Już po kilku pierwszych miesiącach wiadomo było, że portfel trzeba będzie nie tylko uszczuplić, ale wręcz złupić. Większość kandydatów do tytułu płyty roku wywodzi się tym razem ze świata melodyjnego hard rocka, ale i w gatunkach takich jak klasyczny hard rock czy southern rock też wiele się działo. Trochę zawiodły zespoły progmetalowe, wyszło wprawdzie kilka fajnych płyt, ale o jakimś przełomie czy choćby ulepszeniu formuły nie mogło być mowy. Ukazało się wiele płyt AOR-owych, niestety raptem kilka z nich jest naprawdę wartych uwagi. Do pierwszej dziesiątki na mojej liście dotarły bez trudu dwie pozycje z polskiego podwórka, kolejnym kilku też było blisko, co bardzo cieszy. A oto lista moich faworytów, którzy stoczyli naprawdę zaciętą walkę o swoje pozycje (kolejność wykonawców na niej zmieniała się często):

1. H.e.a.t - Tearing Down The Walls
To już czwarte wydawnictwo Szwedów, które z łatwością potrafi rzucić na kolana. Brak wypełniaczy, same hiciory, dopracowane brzmienie, zespół w rewelacyjnej formie, a do tego jeszcze najlepsze wzorce wywodzące się z szalonych lat '80. Odejście Kenny'ego Lecremo było bolesne, ale jeśli ktoś jeszcze wątpił, czy Erik udźwignie jego mikrofon, teraz musi wywiesić białą flagę. W ogóle nie wyobrażam sobie takiej możliwości, by ta płyta miała opuścić teraz moją kolekcję.

2. Steel Velvet - Steel Velvet
Wreszcie materiał z Polski zawstydzający niejedną ekipę z Zachodu. Już sample do "Julie" i singlowe "Zostaw Mnie" zapowiadały nadzwyczaj dobre wydawnictwo. Fakt, że ten młody zespół śpiewa w języku polskim zaprzepaszcza prawdopodobnie szansę na międzynarodową karierę, ale na rodzimym podwórku do zawojowania publiczności ma zielone światło. Młodzieńcza energia, plus stare, sprawdzone patenty, bo mamy tu wszystko co niegdyś było najlepsze u Whitesnake, Dio, a nawet Deep Purple (w jednym z nagrań słychać wyraźne inspiracje albumem "Perfect Strangers"), czy rodzimych wykonawców jak TSA, IRA, czy Kramer.

3. Accept - Blind Rage
Muszę przyznać, że kolejna reinkarnacja Accept z Markiem Tornillo na wokalu radzi sobie nadzwyczaj dobrze. O ile poprzedni album weteranów był bardzo dobry, o tyle "Blind Rage" jest dziełem cholernie dobrym. Muzycy pozbierali udane riffy z lat '80, na które jakoś nikt wcześniej nie wpadł i zapodali jej tutaj. Wystarczy zapodać sobie "Dying Breed", "Dark Side Of My Heart" czy "200 Years"... Podczas słuchania krążka jedna myśl nie schodzi z głowy: Zawodowcy.

4. Uriah Heep - Outsider
Minęło kilka lat od wydania genialnego "Wake The Sleeper". W międzyczasie ukazała się płyta "Into The Wild", która wprawdzie była dobra, ale już nie tak jak poprzedniczka. Na kolejne genialne dzieło weteranów hard rocka trzeba było zaczekać do roku 2014. Album urzeka od pierwszego odsłuchu i z każdym kolejnym wciąga coraz bardziej jak muzyczny narkotyk.

5. Loud Lion - Die Tough
Najgorsze jest to, że na ten krążek trzeba było czekać od 2007 r... ale w końcu jest. Założenie było takie, by wskrzesić ducha Def Leppard z lat '80 i jak słychać, udało się perfekcyjnie, w kategorii "najlepszy klon leppardów" pierwsze miejsce formacja utrzyma jeszcze pewnie długo. Krążek wprawdzie jest ciężko dostępny w Polsce, na półkach nie zalega, warto jednak poszukać go na necie.

6. EZ Livin' - Firestorm
Niezwykle udana kooperacja Hansa Zillera (Bonfire) z Davidem Reecem (Bangalore Choir). Album bardzo krótki, za to zawierający same dobre kompozycje. Jego wartość znacznie podnosi fakt, że dzieło to ukazało się na samym początku roku, tak więc mamy jeszcze walory pokrzepiające i wzmacniające nadzieje na pomyślny pod względem muzycznym rok - i tak właśnie się stało, dość spojrzeć, CO znalazło się na tej liście.

7. Vandenberg's MoonKings - Vandenberg's MoonKings
Adrian Vandenberg powrócił do grania i od razu zawstydził Whitesnake, a mówię to jako fan ekipy Coverdale'a. Żywiołowość w graniu, cholernie dobre brzmienie, kapitalne solówki, przemyślane kompozycje, czyli wszystko, co powinien mieć dobry hard rock. Mam nadzieję, że ten doborowy skład się utrzyma i zaskoczy nas jeszcze nie raz równie dobrym wydawnictwem. Niech też wpadnie do nas z koncertem (zbożne życzenie, ale pomarzyć można).

8. Åge Sten Nilsen's Ammunition - Shanghaied
Jedna z płyt, po której nie spodziealem się czegoś nadzwyczajnego, a jednak okazało się, że dzieło jest pełne hitów. Obowiązkowa rzecz dla fanów H.e.a.t, Wig Wam, Bai Bang, czy Eclipse. Nie pozostaje nic innego, jak śledzić losy Nilsena i jego drużyny, oby mieli takich wydawnictw więcej.

9. Tango Down - Charming Devil
Tango Down to już klasa sama w sobie, wystarczy posłuchać poprzednich krążków tej formacji. Nowa płyta, a zarazem ostatnia z Davidem Reecem na wokalu, może spodobać się od pierwszego przesłuchania. W krążek warto się również zaopatrzyć ze względu na miłą dla oka oprawę graficzną będącą doskonałym dodatkiem dla znakomitych kompozycji. Jestem pewien, że teraz niejedna wytwórnia zazdrości tej zdobyczy z katalogu Kivel Records.

10. CETI - Brutus Syndrome
Nawet po kilku przesłuchaniach człowiek przeciera uszy i wciąż nie może uwierzyć, że to polska ekipa. Grzegorz Kupczyk to jeden z najlepszych wokalistów w Europie, a kto wie, czy również nie na świecie. Muzycznie sporo wpływów Iron Maiden, wczesnego Ozzy'ego Osbourne'a, Black Sabbath, nawet Dio. Do tego dochodzi świetna produkcja, no i okładka taka, że sam Axel Rudi Pell poczułby respekt. Zdecydowanie zabrakło mi tu tylko singlowego "Killing Time".

11. Laney's Legion - Laney's Legion
Dużo sobie obiecywałem po współpracy Chrisa Laneya z Robem Marcello i finalnie dostałem miodny album, pełen udanych utworów i świetnych solówek. Bije z niego jakaś pozytywna energia. Obowiązkowy, bonusowy punkt za balladę "Bleed Within".

12. Helix - Bastard Of The Blues
Niby tylko stylistyczna kontynuacja poprzedniego dzieła studyjnego, a w istocie coś znacznie lepszego, bowiem mamy tu sporo przebojowości, która obecna była na klasycznych krążkach Helixa. Miła niespodzianka jak dla mnie i powód, by znów śledzić poczynania Kanadyjczyków, bo spisanie ich na straty byłoby kardynalnym błędem wymagajacym potępienia.

13. Jeff LaBar - One For The Road
Z upływem czasu szanse na wydanie kolejnego studyjnego krążka Cinderelli maleją, ale nie ma co z tego powodu płakać, jej gitarzysta Jeff dostarcza bowiem album, który działa jak kojący balsam. Nadzwyczaj udana mieszanka hard rocka, country i bluesa. Jedyna wada płyty - jest strasznie krótka... ale przecież nikt nie broni wcisnąć "play" po raz kolejny!

14. Red Dragon Cartel - Red Dragon Cartel
Jake E. Lee niemal dosłownie zmartwychwstał, przynajmniej muzycznie. Długo nie było o nim słychać, ale jak już się pojawił, to z klasą. Cholernie dobre wydawnictwo hard rockowe z odrobiną nowoczesności. Początkowo nie spodobały mi się wokale, lecz przy tak udanych kompozycjach takie rzeczy szybko puszcza się w niepamięć. Oczywiście nie zabrakło nawiązań do jego działalności w szeregach Ozzy'go Osbourne'a.

15. Legion - Tempest
Ekipie Phila Vincenta udało się dość wiernie podrobić stylistykę gry Dokken, no może poza ścieżkami wokalnymi, ale to mało istotne, klimat się liczy. Same zgrabne numery, bez wypełniaczy. Brzmienie krążka mogłoby być lepsze, jednak i bez tego album sam się wybroni.

16. Sanctuary - The Day The Sun Died
Trochę czego innego spodziewałem się, a raczej chciałbym się spodziewać po tej płycie, ale i tak mi się podoba. Krążek zaskakuje wysokim poziomem technicznym i produkcją w pierwszej kolejności, co nie znaczy, że samym nagraniom można coś zarzucić - wręcz przeciwnie. Zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji w gatunku thrash metalu roku 2014.

17. Red Zone Rider - Red Zone Rider
Vinnie Moore dobrał sobie doborowych współpracowników i dyplomatycznie nagrał dzieło w gatunku, który nigdy się nie starzeje, czyli w klasycznym hard rocku. Po kiliku przesłuchaniach płyty doszedłem do wniosku, że jest ono lepsze od albumów UFO, gdzie Vinnie także "wiosłował", stąd i jego obecność na tej liście. Swoją drogą, przydałoby się, by w końcu zarejestrował kolejny solowy krążek, bo to jeden z moich ulubionych gitarzystów.

18. Brother Firetribe - Diamond In The Firepit
Kolejna załoga, na którą można liczyć, wręcz gwarancja niezawodności. Wprawdzie moje ulubione nagrania pochodzą z poprzednich wydawnictw sympatycznych Finów, to nowy album wydaje się być bardziej spójny. Mimo że tym razem chłopaki dość długo kazali nam czekać na premierowe ścieżki, czekać było warto.

19. Overland - Epic
Łatwo zauważyć, że AOR nie jest gatunkiem gromadnie reprezentowanym na mojej liście "beściaków", lecz nowe dzieło Chrisa Overlanda musi się na niej znaleźć. Wokalista zabłysnął już na swoich wcześniejszych wydawnictwach, a teraz tylko umacnia się na pozycji gatunkowego lidera. Dużo nawiązań do najlepszych wzorców z FM, Honeymoon Suite i Foreignera.

20. Wicked Sensation - Adrenaline Rush
Kolejna kapitalna płyta tej międzynarodowej załogi i zarazem trzeci krążek Davida Reece'a, który trafił do niniejszego zestawienia. Trzyma mniej więcej poziom poprzedniczki, choć moim zdaniem plasuje się niżej od dwóch pierwszych, niemal legendarnych już wydawnictw Wicked Sensation. Numery, przy których szczególnie ciężko usiedzieć na tyłku to "No More Lies", "King Of The World", "Angel In Black", "Misery" i "Leave Me Like A Fool".

Inne warte posłuchania zespoły z ubiegłego roku to w kolejności przypadkowej: Berggren Kerslake Band, AC/DC, Saints Of Rebellion, Steel Panther, Pretty Wild (młoda ekipa, spore umiejętności), Sunstrike, Nasty Habit (wyczuwalny spory potencjał na przyszłość), Exorcism (godny uwagi doom metal), Winger, Grand Design, Dead End Herose, Vincent (fajne solówki i nie tylko), Point Blank, Scream Maker, Dynazty, Angels Or Kings, Night Mistress, Baltimoore, Julian Angel's Beautiful Beast (jak zwykle solidne wydawnictwo), April Fool, House Of Lords, Slash, Bailey, Vanden Plas, Exlibris, Cold Shot, Loudguns, SunStrike, Lynch Mob, Danger, Hetman, Kix, Infinity's Call, Loverboy, Lynch Mob, Diamond Lane (niewiarygodne, że wciąż nie mają kontraktu), Big Engine, Daylight Robbery, Overkill, Alien, Black Tora, Overdrive, Ten, Skid Row (stylistyka jak na "Slave To The Grind"), The Oath, Mr. Big, X-Drive (udana kopia Lynch Mob), Miss Behaviour, 220 Volt, Allen/Lande, Moonshine, Devils Run, FireWolfe (fajne, oldschoolowe brzmienie), Vanishing Point, Doro, E19, Fatal Atrraction, Black Stone Cherry, Danger Alley, White Widdow, Pretty Maids, Crazy Lixx, Sly Boots, TwentyDarkSeven, Night Ranger, Secret, Gotthard (najlepsza płyta Szwajcarów od czasów "G."), Rubicon Cross, Dalton, Ron Keel, Don Airey, Maxxwell, Michael Schenker & Friends, Three Lions, Black State Highway, In Faith, Flying Colors, Geoff Tate's Queensrÿche, Audrey Horne, Rival Sons, Unisonic, Rain Or Shine, Sister Sin, Quiet Riot, Magnum, Axe Crazy, Joe Bonamassa, Grave Digger, Adriangale, Niva, Sebastian Bach, Outloud, Preacher Stone.

Nie obyło się bez rozczarowań, na szczęście niewielu. Największym niestety było nowe dzieło Nazareth, bo akurat lubię kilka poprzednich krążków tej legendy hard rocka, nie wspominając już o klasykach takich jak "Razamanaz", "Hair Of The Dog" czy "Loud N Proud". Smutne, że wśród nowego materiału godne uwagi są może ze 3 nagrania. Słabe kawałki przygotowało progresywne Anubis Gate, podobnie Silent Call. Zawiodła mnie w pewnym sensie Tesla, ale o tym w recenzji. Czegoś wyższych lotów spodziewałem się po Jaded Heart. Zaczynam mieć dość Axela Rudiego Pella - słuchanie któregoś tam z kolei krążka brzmiącego identycznie zaczyna po prostu nudzić, zwłaszcza gdy kolejne albumy pojawiają się z taką częstotliwością rok po roku.

Apetyt na rok 2015 jest, a jakże by inaczej. Wiele sobie obiecuję po premierowym albumie studyjnym Kinga Diamonda, bo jeśli chodzi o formę koncertową, jego zespół wypada na poziomie. Jestem ciekawy, jakie to covery przyszykuje Alice Cooper. Znowu o sobie ma dać znać Dream Theater (dwa poprzednie krążki były wysokich lotów zwłaszcza ostatni), a z obozu melodyjno-progresywnego wyczekuję też Anthriela i Seventh Wonder. Pocztą pantoflową dochodzą informacje o nowym materiale studyjnym od Guns N' Roses. Może coś dobrego wykuje się w obozach Scorpions, W.A.S.P., Def Leppard, Symphony X, Bai Bang, Lynch Mob, Eclipse, Michaela Schenkera, Queensrÿche i projektu Sweet/Lynch. Skoro o projektach mowa, supergrupę uformował przecież i perkusista Dean Castronovo (Revolution Saints)... Coś tam majstruje Trixter. Solowy krążek dostarczyć ma też Tony MacAlpine. Tradycyjnie liczę na niespodzianki, niech będzie ich choćby w połowie tyle co w 2014 r., a już będzie dobrze.

TWISTED

CETI - Brutus SyndromeVincent - AuraScream Maker - Livin' In The PastKruk - BeforeSteel Velvet - Chwila

Jeśli chodzi o udane premiery płytowe i albumy szczególnie warte tak uwagi, jak i rekomendacji, na rok 2014 z pewnością nie można narzekać. Podsumowując minionych dwanaście miesięcy, jednym tchem wymieniać można nazwy takie, jak Mother Road, Three Lions, Outloud, Accept, H.e.a.t czy Brother Firetribe. Te bowiem zespoły swoimi ostatnimi dokonaniami z pewnością udowodniły, na jak wiele je stać. Sama wytwórnia Frontiers Records dorzuciła do puli albumów, które w 2014 roku powinny koniecznie trafić na nasze półki, przynajmniej kilka istotnych pozycji. A co, jeśli zmienimy nieco perspektywę? Co, jeśli zamiast słusznych zachwytów nad rosnącą w siłę sceną skandynawską czy udanymi kolaboracjami amerykańskich i brytyjskich gigantów przyjrzymy się wyłącznie wykonawcom rodzimym i to spośród nich wyłonimy dziesiątkę najlepszych premier? Otóż okazuje się, że wybór ten wcale nie jest łatwiejszy, aniżeli w przypadku wykonawców zagranicznych. Ostatecznie udało mi się wyłonić dziesiątkę, w której z legendami polskiego rocka w szranki stanęły zespoły znacznie młodsze stażem, a nawet i coraz liczniejsi obiecujący debiutanci. To pozostawia pewne nadzieje na przyszłość. Pod kątem stylistycznym zaś znakomita większość wybranych przeze mnie płyt oscyluje w granicach klasycznego heavy metalu, co udowadnia, że to właśnie w tym gatunku polscy muzycy wciąż mają najwięcej do powiedzenia. Cofnijmy się zatem w czasie o dwanaście miesięcy i przejrzyjmy raz jeszcze zasoby domowej płytoteki - oto dziesięć najlepszych płyt polskich wydanych w roku 2014.

1. CETI - Brutus Syndrome
Rzadko zdarza się, by płyta, która ukazała się relatywnie późno - bo dopiero w listopadzie - tak radykalnie zweryfikowała końcoworoczne wybory związane z wyłonieniem dziesiątki najlepszych premier ostatnich dwunastu miesięcy. Jednak w roku 2014 to właśnie dowodzone przez legendę polskiego hard'n'heavy Grzegorza Kupczyka CETI postanowiło zaskoczyć wszystkich płytą nie tylko udaną, ale wręcz wybitną. Pod szyldem "Brutus Syndrome" pięcioro muzyków zaserwowało więc utwory pełnymi garściami czerpiące tak z klasyki heavy metalu, jak i nowoczesnych brzmień, z opus magnum w postaci majestatycznej ballady "Somethin' More". Prócz umiejętnego połączenia tradycji gatunku z jego współczesnym obliczem oraz ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, nie zawiódł także wysoki poziom wykonawczy. Był on wspólnym mianownikiem wszystkich składów CETI mimo zmian personalnych i stylistycznych zachodzących w zespole przez ćwierćwiecze działalności artystycznej i CETI A.D. 2014 bynajmniej nie jest tu wyjątkiem. O głosie Grzegorza Kupczyka napisano już wiele, ja dodam tylko, że najwybitniejszy polski wokalista z kręgów rockowo-metalowych wciąż nie zamierza oddać tytułu, a jego fantastyczna forma wokalna na "Brutus Syndrome" jest tego tylko kolejnym dowodem. Zgranie wszystkich tych elementów w jedno zaowocowało zatem powstaniem płyty roku, do której wraca się nader często mimo wciąż wzrastającej liczby odsłuchów - z konkurencją pozostawioną daleko w tyle...

2. Vincent - Aura
Kolejny fantastyczny powrót - tym razem po znacznie dłuższej przerwie! Płytą zatytułowaną "Aura" szturmem wdarł się do serc wszystkich słuchaczy melodyjnego hard rocka zespół w tym gatunku kultowy, a więc wrocławski Vincent. Zabawnym zbiegiem okoliczności reaktywacja formacji zbiegła się także z reaktywacją naszego serwisu, w związku z czym "Aura" była pierwszą polską (i polskojęzyczną) płytą wziętą na warsztat na łamach Hard Rock Service po przerwie. Co zaś reprezentuje sobą muzycznie Vincent Anno Domini 2014...? Z pewnością płyta ta udowadnia, że od czasu nagrań wydanych niegdyś pod szyldem "Pierwszy atak" zespół dzielą lata świetlne. "Aura" to zestaw dwunastu współcześnie - a niekiedy wręcz ciężko - brzmiących utworów okraszonych fantastycznymi melodiami, razem tworzących spójną i jednolitą całość, w której nie ma miejsca na nostalgię. Niewątpliwą zaletą nowego wydawnictwa są także znakomite, bardzo przemyślane teksty autorstwa lidera zespołu Piotra Sonnenberga i jego dojrzała forma głosowa, również nie pozostawiająca nic do życzenia. Rzadko notuje się powroty w tak znakomitym stylu i tak udane rozprawienie się z własną legendą w postaci przeciwstawienia jej świeżego, aktualnego oblicza zespołu. Stąd też obecność "Aury" w ścisłej czołówce najbardziej udanych premier roku 2014 jest całkowicie uzasadniona.

3. Scream Maker - Livin' In The Past
Po oddaniu większości miejsc na podium weteranom sceny hard'n'heavy aż prosi się uwzględnić w czołówce zestawienia jakiś debiut. Czy zatem wśród polskich wydawnictw, które ujrzały światło dzienne w minionym roku, znalazł się kandydat zdolny stanąć w szranki z gigantami...? Jest! Jest pierwszy pełnowymiarowy album warszawskiego składu Scream Maker, udowadniający, że od czasu udanej, ale nieco odtwórczej brzmieniowo EP-ki "We Are Not The Same" zespół przeszedł długą drogę. I chociaż na "Livin' In The Past" muzycy bynajmniej nie zbaczają z "jedynej słusznej" ścieżki klasycznego heavy metalu, ich oczywiste inspiracje gigantami gatunku zlewają się tu w spójną, jednolitą całość, okraszoną świetnym warsztatem muzyczno-wokalnym. Jeśli ktoś potrzebuje dodatkowej rekomendacji w postaci wielkich nazwisk - gościnnie grają tu Wojciech Hoffmann (Turbo) i Jordan Rudess (Dream Theater), brzmienie do perfekcji doprowadził obdarzony przysłowiowym "dotykiem Midasa" Alessandro Del Vecchio, a okładkę ozdobił charakterystyczną kreską autor m.in. oprawy graficznej legendarnego albumu Judas Priest "British Steel", Rosław Szaybo. Wszyscy oni przyczynili się do wzrostu prestiżu płyty, niemniej jednak to muzyce pozostawione jest ostatnie słowo - i to właśnie solidne, mocno osadzone w brzmieniowej tradycji granie spod znaku hard'n'heavy było czynnikiem, które wywindowało Scream Maker na podium mojego zestawienia.

4. Kruk - Before
Skrzydlata formacja z Dąbrowy Górniczej powraca, po raz kolejny udowadniając, że zespół tej klasy nie ma w zwyczaju zaniżać lotów. Co więcej, zmiany, jakie w ostatnim czasie zaszły w składzie grupy, nie tylko nie podcięły Krukowi przysłowiowych skrzydeł, ale i istotnie wpłynęły na wysoki poziom wydanej w czerwcu 2014 płyty 'Before'. Z jednej strony, muzycy nie odcinają się na niej od inspiracji klasycznym hard rockiem, które kilkanaście lat temu legły u podstaw założenia przez nich zespołu. Z drugiej zaś, coraz śmielej na czwartym w kruczym dorobku albumie dochodzą do głosu także elementy współczesnego brzmienia. Na "Before" nie brakuje zatem efektownych gitarowych solówek autorstwa jak zawsze świetnego w swoim dziele Piotra Brzychcego czy tchnących latami '70 hammondowych brzmień, całość trudno jednak nazwać odtwarzaniem patentów sprzed lat. Sporym powiewem świeżości okazało się także dołączenie do zespołu nowego wokalisty w postaci Romana Kańtocha. I jeśli "Before" jako czwarta w dorobku zespołu płyta autorska, a piąta w ogóle, miała za zadanie udowodnić, że zespół z Dąbrowy Górniczej wciąż pozostaje bezkonkurencyjny w swojej niszy muzycznej - zadanie to zostało wykonane w pełni.

5. Steel Velvet - Chwila
Rodzimy heavy metal, tak dzięki znakomitej formie weteranów gatunku, jak i napływowi przysłowiowej świeżej krwi, na chwilę obecną ma się całkiem nieźle. Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku brzmień nieco lżejszych, osadzonych w tradycji hard rocka lat '80 i wczesnych '90. Słuchaczom przywiązanym do płyt takich, jak debiut IRY, "Złe Sny" Hetmana czy "Mania Szybkości" Fatum w sukurs przychodzi strzyżowski Steel Velvet i potężna dawka melodyjnego hard rocka, jaką ów kwartet proponuje na drugiej w dorobku płycie "Chwila". Już pierwsze przesłuchanie wyraźnie dowodzi, że ciepło przecież przyjęty debiut jej następczyni zostawia daleko w tyle. A co o tym świadczy...? Przede wszystkim zadziorne gitarowe riffy skrojone wedle najlepszych prawideł "amerykańskiego" grania, świetnie skonstruowane refreny i chwytliwe melodie, przekładające się na jakość poszczególnych kompozycji. Słowem, jest tu wszystko to, co ćwierć wieku temu predestynowałoby czwórkę muzyków ze Strzyżowa do osiągnięcia szczytów list przebojów po obu stronach Atlantyku, a co dziś przemawia za tym, by "Chwilę" uznać za jedną z najlepszych płyt minionego roku.

6. Roadhog - Dreamstealer
Gotowi na podróż w czasie...? Gdyby młodzi muzycy z Krakowa występujący pod szyldem Roadhog pokusili się o zapowiedź materiału, jaki znalazł się na ich debiutanckiej płycie, tak właśnie mogłaby ona brzmieć. Przesycony dźwiękami typowymi dla Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, gdzieniegdzie zabarwiony speed metalem, a nade wszystko pełen potężnych refrenów i udanych melodii "Dreamstealer" skutecznie cofa zegarki o ćwierćwiecze. Ta podróż słuchacza przez wrota czasoprzestrzeni znajduje zaś swój finał w epoce, w której debiutowały Iron Maiden, Saxon czy Holocaust. Do tego przez płytę przewijają się niepokojące, przesycone złowrogim klimatem muzyczne akcenty, tak przecież dla klasycznego metalu charakterystyczne, teksty idealnie wpasowujące się w podobną stylistykę i okładka albumu autorstwa samego Jerzego Kurczaka. Umiejętne połączenie wszystkich tych elementów sprawia, że w historii rodzimego hard'n'heavy Roadhog mają szansę zapisać się złotymi zgłoskami, na chwilę obecną zaś takowymi zaznaczając się w niniejszym rankingu.

7. Hetman - 40 Lat Czarnego Chleba I Czarnej Kawy
"40 Lat Czarnego Chleba I Czarnej Kawy" to w dorobku warszawskiego Hetmana płyta o charakterze dość specyficznym - jak podkreślają sami muzycy, typowo "okolicznościowym". Mimo to, pod kątem muzycznym stanowi ona bardzo ciekawą propozycję wśród tegorocznych polskich premier. Jest to wydawnictwo niebanalne, znakomicie zaaranżowane, głęboko osadzone w brzmieniowej tradycji. Umiejętnie łączy ono typowe dla Hetmana hard rockowe brzmienia z nieco bardziej bluesowymi smaczkami, które są zapewne zasługą powracającego w szeregi zespołu już na poprzedniej płycie "You" Roberta Tyca. W podobną muzyczną stylistykę jak ulał "wpasowały" się zaś teksty autora "Czarnego Chleba I Czarnej Kawy" Jurka Filasa, stanowiące na "40 Latach..." zasadniczą część materiału. Wszystko to dowodzi, że ani upływ czasu, ani liczne zmiany personalne nie są w stanie zachwiać wysoką jakością nagrań spod szyldu Hetmana, co pozwala być spokojnym o przyszłość warszawskiej formacji i z niecierpliwością wypatrywać ich następnych płyt. A zarazem - co uzasadnia miejsce siódme!

8. Trzynasta w Samo Południe - Hell Yeah!
Bez względu na własną opinię względem programów typu talent show, wrocławskiego kwintetu występujący pod nazwą Trzynasta W Samo Południe nijak nie można zakwalifikować do grona sezonowych gwiazdek masowo produkowanych przez współczesną telewizję. Choć faktycznie pojawiali oni się na naszych srebrnych ekranach pod auspicjami tego typu programów, wydana w roku 2014 debiutancka płyta długogrająca formacji "Hell Yeah" dowodzi, że formułę tego typu programów można po prostu zgrabnie wykorzystać do celów promocji bez konieczności późniejszych kompromisów natury artystycznej. A sama płyta...? Umiejętne połączenie surowego, zadziornego hard rocka mocno zabarwionego brzmieniem wiadomego zespołu z Australii z echami bluesa i Southern Rocka czyni z niej pozycję szczególnie ciekawą i oryginalną, wpasowującą się w niszę dotychczas słabo zagospodarowaną na naszym rynku muzycznym. Fakt, gdzieś w tle "Hell Yeah" pobrzmiewa Lynyrd Skynyrd czy nawet nasze blues rockowe dobra narodowe w postaci Dżemu i Harlemu, całość jednak brzmi eklektycznie, różnorodnie i nadzwyczaj udanie. Aż chce się zawtórować zespołowi i podsumować ów album wiele mówiącym "Hell yeah!..."

9. The Andrzej Citowicz Experience - Jack Of Hearts
Ostatnie dwa miejsca zestawienia ze swego rodzaju dziką kartą zajmują zespoły, które w minionym roku popełniły "zaledwie" EP-ki. Pierwszym z nich jest projekt The Andrzej Citowicz Experience, rodzimy tylko w połowie, stworzony bowiem przez mieszkającego w Kairze, a pochodzącego z Wałbrzycha gitarzystę Andrzeja Citowicza, basistę z Działdowa Patryka Szymańskiego oraz dwóch muzyków... z Niemiec. Mimo to jednak nie sposób nie wspomnieć o TACE w kontekście najciekawszych wydawnictw minionego roku. Choć tworzących formację muzyków, rozsianych pomiędzy Egiptem, Polską a Niemcami, dzielą setki kilometrów, spójność ich nagrań, znakomity warsztat i liczne porównania do złotych czasów Bon Jovi i Def Leppard wskazywane przez recenzentów nie pozostawiają wątpliwości, że w tej niecodziennej koniugacji tkwi spory potencjał. "Jack Of Hearts" TACE to pełen ciekawych gitarowych brzmień i dźwięcznych klawiszy melodyjny rock najwyższej próby. Miejmy więc nadzieję, że minialbum to dla międzynarodowego projektu współtworzonego przez dwójkę naszych zdolnych rodaków to tylko udany początek muzycznej odysei.

10. Axe Crazy - Angry Machines EP
Zestawienie zamyka również EP-ka, tym razem firmowana przez śląski kwintet Axe Crazy. Od tytułów poszczególnych kompozycji począwszy, poprzez zaprojektowaną przez legendarnego Jerzego Kurczaka okładkę, a skończywszy na muzycznej zawartości - wydawnictwo zatytułowane "Angry Machines" w ślad za debiutem kolegów z Roadhog zabiera słuchaczy w prawdziwą podróż w czasie. Celem jest znów epoka największej świetności heavy metalu, a więc czasy, od których dzieli nas przynajmniej trzydzieści lat. Potężne brzmienie zespołu, liczne odniesienia do heavy metalu lat '80 ze stylistyką NWOBHM na czele oraz znakomity kompromis pomiędzy surowością a melodią czyni z Axe Crazy zespół, któremu z pewnością warto przyjrzeć się bliżej. Oby więc niedawno podpisany przez grupę kontrakt płytowy z wytwórnią PureSteel Records zaowocował w przyszłości kolejnymi (licznymi!) nagraniami nieodstającymi poziomem od tych, które panowie zaprezentowali na samym początku. Póki co zaś tym udanym minialbumem zamykam pierwsze w historii Hard Rock Service zestawienie poświęcone wyłącznie albumom polskich zespołów, a mające na celu wyłonić dziesiątkę najlepszych tegorocznych premier.

To oczywiście nie koniec ciekawych wydawnictw, które w roku 2014 zasiliły tak polski rynek muzyczny, jak i nasze kolekcje płytowe. Solidną dawkę udanego stoner metalu zaserwował na płycie "Devil's Share" zasłużony dla rodzimego ciężkiego grania zespół Corruption. Interesująco wypadł debiut białostockiego heavy metalowego składu Wicked Side czy płyty z pogranicza heavy/power, m.in. Night Mistress ("Into The Madness") czy Exlibris ("Aftereal"). W nieco bardziej progresywnych brzmień przodowała Osada Vida ("The After-Effect"). A jako że rok 2014 przejdzie do historii muzyki rockowej jako złoty okres dla różnego rodzaju super-grup, nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście również o zespole z wyraźnym polskim pierwiastkiem. Mowa tu o WAMI, w którym obok Doogiego White'a, Vinny'ego Appice'a oraz Marco Mendozy gra młody, niezwykle zdolny gitarzysta z Goleniowa, Igor Gwadera. To zresztą nie koniec odniesień do przedstawicieli polskiego rocka w kwestii WAMI, bowiem pierwszą płytę projektu, pełną klasycznych hard rockowych brzmień "Kill The King", pod kątem songwriterskim i producenckim wsparli także bracia Cugowscy oraz nauczyciel i mentor Gwadery - Jarek Chilikiewicz, z Cugowskimi grający w zespole Bracia. Jak więc widać, nawet z perspektywy słuchacza zorientowanego na polskie hard'n'heavy minionych dwanaście miesięcy trudno nazwać okresem stagnacji czy nudy, a klasę pokazali zarówno weterani tych gatunków, jak i obiecujący debiutanci. I jednym, i drugim pozostaje życzyć tylko poprawy sytuacji na naszym rynku muzycznym, będącej trudną z wielu względów. Nam natomiast - kolejnego tak dobrego roku dla polskiej muzyki rockowej i metalowej.

LSDISEASE

Slash - World On FireWicked Sensation - Adrenaline RushAC/DC - Rock Or BustTesla - SimplicityOverkill - White Devil Armory

1. Slash - World On Fire
Nigdy nie byłem fanem Guns N' Roses, ani też samego Slasha. Nie śledziłem zatem kariery tego muzyka, choć słysząc okazyjnie jakieś utwory Slash's Snakepit uważałem je na ogół za po prostu dobre. "World On Fire" to aż 17 kompozycji, co daje prawie 80 minut muzyki. Kiedyś Gunsi nagrywali tak długie krążki, ale tam połowa każdego to były ewidentne fillery, tutaj fillerów brak. Oczywiście jedne kawałki lubię bardziej, inne mniej, ale wtop tu nie ma, za to Slash zafundował mi rockową ucztę, o jaką doprawdy go nie podejrzewałem. Same tylko "30 Years To Life", "Bent To Fly", "Dirty Girl", "Iris Of The Storm", "Avalon" i "The Unholy" wystarczą, by "World On Fire" stało się moją płytą roku.

2. Wicked Sensation - Adrenaline Rush
W sumie wszystko napisałem w recenzji. Wrócili w wielkim stylu, tak jak przed czterema laty. Wicked Sensation to pewniak w każdym moim zestawieniu, jeśli tylko wydają płytę rzecz jasna. Aha, jeszcze jedno. David Reece rządzi!

3. AC/DC - Rock Or Bust
O ile "Black Ice" strasznie mnie rozczarował i nie znalazł się w zestawieniu moich ulubionych płyt roku 2008, o tyle z "Rock Or Bust" nie ma tego problemu. Krótko, treściwie, z mocą. AC/DC, jakiego dawno już nie słyszałem.

4. Tesla - Simplicity
Tesla to już nie ten sam zespół, który w latach '80 nagrał jedną z kluczowych płyt tamtego okresu. Obecnie Tesla wraca do klasyki hard rocka i robi to nadzwyczaj dobrze. Trochę tu AC/DC, Aerosmith, ale tego dobrego Aerosmith z lat '70, no i przede wszystkim sporo tu Tesli z dwóch wcześniejszych albumów. Udowadnia nam to już pierwsza kompozycja o "nowoczesnym" tytule "MP3". Tesla nigdy nie zawodzi. Mnie nie zawiodła.

5. Overkill - White Devil Armory
Overkill to jeden z tych thrashowych zespołów, który nie nagrał ani jednej słabej płyty w swojej długiej przecież karierze. Owszem, mieli lepsze i gorsze momenty, ale poniżej pewnego poziomu nigdy nie zeszli. "White Devil Armory" sięga bardzo daleko w przeszłość, panowie grają tu jak w latach '80, co niezwykle mnie cieszy. Sporo nawiązań do mojego ulubionego "The Years Of Decay", ale i dalej, do "Taking Over" i "Feel The Fire". Jak oni to robią po niemal 30 latach?

6. Tango Down - Charming Devil
2014 rok był rokiem Davida Reece. Facet załapał się dwa razy do mojego zestawienia, bo z dwoma różnymi zespołami, gdzie pokazał klasę, o jaką, przyznam się szczerze, zawsze go podejrzewałem. Szkoda, że nie zaśpiewał jeszcze na ostatniej płycie Accept. Byłby hattrick.

7. IQ - The Road Of Bones
Honoru rocka progresywnego broniła w 2014 roku formacja IQ, skoro Pendragon sromotnie zawiedli. Oczywiście "The Road Of Bones" to ani nic nowego, ani aż tak dobrego jak słynne "The Wake", ale taki album jak tamten klasyk nagrywa się raz w karierze. "The Road Of Bones" dociera się powoli, ale jak już załapie, to czysta przyjemność tego słuchać. Dobre nie tylko na zimowe wieczory.

8. Accept - Blind Rage
Nigdy nie byłem zwolennikiem tezy, że bez Udo nie ma Accept. Bardzo lubię taki album "Eat The Heat", ze wspomnianym w tym zestawieniu Davidem Reecem i to bardziej niż większość albumów z Udo. Choć istotnie, dwie największe płyty to oni nagrali z Udo. Moim zdaniem, rzecz jasna. Na "Blind Rage" Mark Tornillo też pokazał, że stać go na wiele. No i te riffy. Momentami jak na "Restless And Wild". Kiedy to było? 100 lat temu?

9. Judas Priest - Redeemer Of Souls
Po bardzo kiepskim "Nostradamusie" chłopaki się zrehabilitowały. No, bo kto mógłby przypuszczać, że w 2014 nagrają taki utwór jak "Cold Blooded"? Kawałek mógłby się znaleźć na "Defenders Of Faith", ale zadebiutował dopiero 30 lat później. Mam nadzieję, że na koncertach trzymają taką formę jak na tej płycie, bo z tym w przeciągu ich długiej kariery różnie bywało.

10. Manowar - Kings Of Metal MMXIV
Chyba nie muszę specjalnie tłumaczyć, dlaczego ten album nie jest na miejscu 1, a dopiero na 10. Albo dobra, zrobię to. Oczywiście "Kings Of Metal" AD 2014 spokojnie na to 1 miejsce zasługuje, tyle że dałem pozostałym tę przewagę, iż zaprezentowali materiał premierowy, podczas kiedy Joey i spółka nagrali ponownie swój klasyczny krążek. Ale jestem pewien, że jak Manowar wydadzą płytę z premierowymi utworami, to pierwsze miejsce mają jak w banku. Szwajcarskim, nie cypryjskim.

Rok 2014 nie należał w moim mniemaniu do specjalnie udanych, jeśli chodzi o wydawnictwa muzyczne. Wymieniłem 10 naprawdę dobrych płyt, ale gdybym miał wymienić 11, poważnie bym się zastanawiał, czy jest kandydat. No, chyba że ostatnie dzieło Obituary, ale to z zupełnie innej półki. Z rozczarowań, to przede wszystkim nowy Exodus. Po tym jak wrócili ze starym wokalistą (Zetro), spodziewałem się solidnego kopa, a wyszło średnio. Oczekiwania na rok 2015? Niecierpliwie czekam na nowy krążek Blind Guardian. On mi się już śni po nocach, tak że za miesiąc zobaczymy, czy sprosta on marzeniom sennym. Wszystkim udanego płytowego roku 2015 życzę.