Zgodnie z coroczną tradycją grono redakcyjne zabrało się za typowanie najlepszych płyt wydanych w roku ubiegłym, w tym wypadku roku 2010. Zasady doboru kandydatów są ogólnie znane - każda osoba z redakcji podaje ich co najmniej dziesięciu, a dalej, demokratycznie większością głosów tworzona jest lista całościowa (album wskazany przez większą ilość osób otrzymuje bonusowe 4,4 punkty).
Tak więc po podliczeniu punktacji wielkimi zwycięzcami naszego plebiscytu są:

1. Scorpions Sting In The Tail - 42,2 pkt
2. Charlotte Medusa Groove - 37,8 pkt
3. Reckless Love Reckless Love - 35,8 pkt
4. H.e.a.t Freedom Rock - 29,8 pkt
5. Giant Promise Land - 26,8 pkt
6. Ratt Infestation - 19,8 pkt
7. Accept Blood Of The Nations - 19,4 pkt
8. Anthriel The Pathway - 18,4 pkt
9. Bangalore Choir Cadence - 16,4 pkt
10. Pussy Sisster Pussy Sisster - 15,4 pkt

A oto jak głosowała redakcja:

GUCIOMIR

H.e.a.t - Freedom RockReckless Love - Reckless LoveShylock - RockBusterTreat - Coup De GraceVega - Kiss Of Life

Na wstępie zaznaczę, że wybór najlepszych płyt 2010 roku był dla mnie dość trudny. Wynika to z tego, że mniej czasu (jak i trochę mniej ochoty) miałem na przesłuchiwanie tegorocznych wydawnictw i stąd też jest z pewnością sporo płyt, których usłyszeć okazji nie miałem. Niemniej jednak sądzę, że mój Top10 będzie wskazówką dla osób o podobnych gustach muzycznych.

1. H.e.a.t Freedom Rock
H.e.a.t. udowodnili, że fenomenalny debiut nie jest dziełem przypadku. Jest to obecnie najlepsza załoga lubująca się w melodyjnych brzmieniach. Ich drugi krążek w przeciwieństwie do pierwszego, nie zauracza przy pierwszym przesłuchaniu, ale wystarczy pokręcić nim w wieży kilkukrotnie i naprawdę ciężko jest się od niego uwolnić. Jedyne co mnie trochę martwi to to, że zespół stracił wokalistę i boję się przez to o los kolejnych krążków.

2. Reckless Love Reckless Love
Na drugim miejscu stawiam młodą, jajcarską ekipę, a mianowicie Reckless Love. Tutaj również potrzebowałem kilku przesłuchań, aby w pełni docenić magnezytm płyty. Polecam ją szczególnie tym, którym brakuje dobrej zabawy w starym stylu. Świetnie, że ekipą zainteresował się Universal.

3. Shylock RockBuster
Trójeczka to Shylock, który przekonał mnie do siebie potężnymi partiami gitar i agresywnym brzmieniem. Bardzo lubię Shakrę, bardzo lubię Bonfire, a najnowsza płyta Shylock to udana kombinacja obu załóg. Muszę koniecznie zainteresować się dokładniej poprzednimi dokonaniami zespołu.

4. Treat Coup De Grace
Troszeczkę za podium znalazł się Treat. Rewelacyjny powrót weteranów, którzy pokazali jak powinno wyglądać połączenie nowoczesności z tradycją. Bardzo różnorodna płyta, która szybko się nie nudzi i po której ma się ochotę na więcej. Szwedzi dali czadu.

5. Vega Kiss Of Life
Vega bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Coś dla fanów w miarę łagodnego AOR-u i jednocześnie coś co spodoba się szerszej publiczności, a nie jedynie maniakom gatunku. Oby tak dalej i mam nadzieję na więcej.

6. Crashdïet Generation Wild
Crashdïet początkowo mierzył w czołówkę, w recenzji pisałem nawet, że "miażdży" Reckless Love. Kiedy jednak minęło trochę czasu, okazało się, że mój entuzjazm płytą lekko opadł. Nie twierdzę, że jest zła, w żadnym wypadku! Sądzę, jednak, że nie zasługuje na miano klasyku tak jak "Rest In Sleaze".

7. Pussy Sisster Pussy Sisster
Choć Pussy Sisster brak oryginalności, to jednak swoją robotę wykonali diabelnie dobrze. Świetna formacja sleazowo-glamowa, kojarząca mi się z Dirty Penny, Poison i Mötley Crüe.

8. Rock Sugar Reimaginator
Rock Sugar po prostu mnie zachwycili. Tak umiejętnie zagranych coverów jeszcze chyba nigdy nie słyszałem. Ekipa zapewnia kupę dobrej zabawy, płyta jest świetnym motywem przewodnim na imprezę i trudno o niej zapomnieć. Rewelacja. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem "Dont't Stop The Sandman", po prostu opadła mi kopara.

9. Danger Angel Danger Angel
Kto by pomyślał, że w Grecji pojawi się jedna z ciekawszych tegorocznych płyt AOR-owych? Chłopaki zagrali podobnie jak HungryHeart z czasów debiutu i bezproblemowo pobili tegoroczne wydawnictwo Włochów. Wiwat Danger Angel.

10. Fabri Kiareli's F.E.A.S.T. Rise
Dziesiątka to Fabri Kiareli's F.E.A.S.T. i płyta zatytułowana "Rise". Coś dla fanów starego grania w stylu Whitesnake, Dokken oraz Steelheart. Polecam.

GUITARRIZER

Anthriel - The PathwayCharlotte - Medusa GrooveSora - Desire And TruthAspera - RipplesCrazy Lixx - New Religion

Jakże radosnym jest fakt, iż pomimo kiepskich muzycznie (i nie tylko) czasów wciąż wychodzi masa wspaniałych płyt, dla których warto rozbić świnkę-skarbonkę. Owszem, w zalewie mało ciekawych wydawnictw te kilkanaście/kilkadziesiat pozycji może się wydawać niewielką ilością, ale porównując sytuację np. z tą z początku XXI wieku obecna pozwala spoglądać w przyszłość z dużym optymizmem. Znów kilka udanych powrotów; raz jeszcze kilka młodych kapel udowadnia, że kiedy są chęci i zapał, to można nagrać coś powalającego na kolana. Z tym większą frajdą zabrałem się za ponowne odsłuchiwanie tego, co przyniósł rok 2010, by stworzyć poniższe zestawienie.

Kolejność typów jak zwykle niezobowiązująca - skoro coś już znalazło się na tej liście, to znaczy, że musi być cholernie dobre. Po raz kolejny 20 typowań, by nie pominąć co ważniejszych tegorocznych krążków, chociaż lekko mógłbym dodać kolejną dychę.

1. Anthriel The Pathway
Wskoczyli na moją listę dopiero pod koniec roku, za to od razu na wysoką pozycję. Moim zdaniem to jedno z najlepszych dań, jakie muzycznym smakoszom może w dzisiejszych czasach zaproponować Finlandia. Mieszanina grania neoklasycznego z progmetalem to coś, co mnie od paru ładnych lat kręci, a Finom udało się idealnie w te klimaty wpasować.

2. Charlotte Medusa Groove
Tak, jest to wprawdzie album wydany po wielu latach od jego powstania, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by traktować go jak nowość. Niesamowity, bluesujący styl grania gitarzystów i unikatowy głos wokalisty mający coś z Jima Morrisona zmieszane razem powodują, że nad "Medusa Groove" unosi się jakaś magia. Wciąż nie mogę uwierzyć, jak to możliwe, że ta kapela nie zrobiła nigdy kariery!

3. Sora Desire And Truth
Na drugą solową płytę tego Kanadyjczyka trzeba było czekać kilka lat, ale opłacało się, gdyż całościowo to kapitalne dzieło jest lepsze od "jedynki". Erol w cyfrowych czasach zdołał wskrzesić brzmienie hard rocka charakterystyczne dla lat '70-'80 i pokazać, że ta muzyka wcale nie umarła i wciąż może brzmieć świeżo. Przy okazji udowodnił też, że i w roli wokalisty spisuje się wspaniale.

4. Aspera Ripples
W gatunku, w którym poruszają się młodzi Norwedzy, wychodzi wiele bardzo przeciętnych płyt, a mimo to udało się chłopakom wydać album na tak wysokim poziomie, że i bardziej doświadczeni koledzy z branży mogą patrzeć z zazdrością i motywować się do ciężkiej pracy. Niesamowicie dopracowane brzmienie, spora dawka melodyki i zarazem spore wymagania odnośnie ewentualnego następcy.

5. Crazy Lixx New Religion
Sporo osób zachwycało się pierwszym wynurzeniem tej szwedzkiej formacji, mnie jednak ujał mocno dopiero ich drugi krążek. Tym materiałem grupa awansowała do pierwszej ligi wśród zespołów współcześnie grających melodyjnego hard rocka. Sporo zapożyczyli od klasycznego Def Leppard, ale o to akurat nie zamierzam się ani trochę gniewać. Dzięki takim płytom zaczynam wierzyć w powrót hair metalowej stylistyki lat '80.

6. George Lynch Orchestral Mayhem
Jak mawia mój kolega, trzeba się czasem odchamić. Doskonale nadaje się do tego obcowanie z klasyką, a by pozostać równoczesnie w kręgu rocka, można sięgnać po nowe dzieło Lyncha. Gitarzysta nie bawił się w kopiowanie nagrań nuta w nutę, po prostu poimprowizował sobie i poszalał trochę wokół znanych tematów. Efekt końcowy nad wyraz oszałamiający.

7. Paul Gilbert Fuzz Universe
Wciąż w doskonalej formie technicznej, wciąż pełen pomysłów i wciąż z poczuciem humoru. Kolejny wypiek Paula Gilberta jest bardzo smakowity i łatwo strawny, posiada wszystkie cechy, jakie cenię sobie u wymiataczy. Nie ma przerostu formy nad treścią, a zarazem nie brakuje typowej dla tego gatunku gitarowej pirotechniki.

8. Ratt Infestation
Zanim jeszcze powrotne wydawnictwo gryzoni wpadło w moje ręce, widziałem i słyszałem sampla ze studia nagrań i już wtedy wiedziałem, że to będzie solidna pozycja. Ratt nie pogrzebało swej marki, nie zawiodło, to nadal ta sama stylistyka grania co za najlepszych czasów zespołu, a muzycy są nadal w znakomitej formie. Jeśli wszystkie powroty mają być takie, to jestem jak najbardziej za.

9. Fabri Kiareli's F.E.A.S.T. Rise
Przesłanie wydawnictwa jest to samo co u Sory: melodyjny hard rock żyje. Co z tego, że mamy tutaj deja vu i slyszeliśmy podobne zagrywki u Whitesnake, Dokken, XYZ, Steelheart i Ozzy'ego Osbourne'a? Czyż nie jest miło posłuchać tego jeszcze raz?

10. White Widdow White Widdow
Jeszcze jeden przykład na to, że przy odrobinie umiejętności i zaangażowania można w dzisiejszych czasach nagrać album brzmiący jak klasyki z lat '80. Z całą pewnością tej pozycji fani AOR-u nie mogą zignorować.

11. The Crystal Caravan Against The Rising Tide
Gorliwość, z jaką ten młody septet zabrał się za kopiowanie brzmienia klasyków hard rocka, musi budzić podziw. Płytę można zestawić z najlepszymi albumami w tym gatunku i wyjdzie ona obronną ręką. Nie wiem, jak rynek muzyczny potraktuje to wydawnictwo, ale życzę Szwedom udanej kariery.

12 Danger Angel Danger Angel
Melodyjny hard rock najwyższej próby. Zaskoczył mnie nie tylko wysoki poziom wykonawczy członków zespołu, ale i sam kraj ich pochodzenia, wszak Grecja nie słynie z tuzów w tym gatunku. Może się to zmieni za sprawą Danger Angel - trzymam kciuki.

13. Caravellus Knowledge Machine
Miód, malina i orzeszki. Niesamowity krążek ambitnych Brazylijczyków dużo nie odstający od najlepszych wzorców na progmetalowej scenie. Wiele zmian tempa, ogrom melodii, ciekawe aranżacje, a przy tym moje zadowolenie wzbudza fakt kopiowania kapel typu Seventh Wonder, Dream Theater, Symphony X oraz kilku innych, które uwielbiam.

14. Seventh Wonder The Great Escape
Genialnego "Mercy Falls" nie przeskoczyli, ale po prawdzie to nowej płycie niewiele do poprzednika brakuje. Rzecz dla miłośników dobrego, melodyjnego, symfonicznego progmetalu z dużą ilością smaczków. Szwedzi raz jeszcze stanęli na wysokości zadania.

15. Shining Line Shining Line
Do projektów wszelkiej maści zawsze podchodzę nieufnie i z dystansem, czasem zdarza się jednak, że ze zbiorowiska muzyków wypączkuje jakaś dobra płyta. Tutaj główna siła krążka polega na tym, że do poszczególnych kawałków dobierano wokalistów, dla których akurat taka stylistyka to niemal środowisko naturalne.

16. Meat Loaf Hang Cool Teddy Bear
W sumie dość typowe dzieło jak na tego artystę, ale jak się nagrywa krążki z takim rozmachem, to nie mogą one być złe. Szkoda, że zabrakło Steinmana, no i kilka nagrań też mogłoby być lepszych, jednak całościowo wydawnictwo się broni. Można polecać nieobeznanym jeszcze słuchaczom jako płytę pierwszego kontaktu z twórczością "Klopsika".

17. Royal Hunt X
Miałem wyrzuty sumienia, że nie wymieniłem tego zasłużonego przecież zespołu i jego płyty "Collision Course: Paradox II" przy typowaniu krążków do listy roku 2008. Nadszedł czas zadośćuczynienia. Wciąż mamy symfoniczny progmetal, ale i coraz więcej nawiązań do klasycznego hard rocka. Muzycy uzależniają wydanie kolejnej płyty od wyników sprzedaży "dziesiątki" - jeśli nowy materiał ma być tak dobry jak wcześniejszy, to tylko kibicować, by "X" szło jak ciepłe bułeczki

18. Wicked Sensation Crystallized
Jedna z moich ulubionych muzycznych ekip powraca z Robertem Soeterboekiem na wokalu. Muzycy nie kombinują i serwują nam granie w dokładnie takim samym stylu jak na 'Exceptional". Trochę brakuje mi tu solówek Sanga Vonga, ale trzeba przyznać, że Michael Klein i tak dobrze poradził sobie w pojedynkę.

19. Division By Zero Independent Harmony
Można przecierać oczy ze zdumienia, ale wreszcie doczekaliśmy się kapeli, z której Polacy mogą być dumni. Progmetal na światowym poziomie i absolutnie bez żadnych kompleksów wobec takich wykonawców jak choćby Dream Theater. Kto nie wierzy, niech koniecznie sprawdzi "Independent Harmony".

20. State Of Rock A Point Of Destiny
Rok 2010 był bardzo pracowity dla Tony'ego Millsa i tak się akurat składa, że swój najlepszy wypiek dostarczył wraz z "A Point Of Destiny". Połączenie stylistyki zespołów Frontline i Shy okazało się nadzwyczaj udane. Warto posłuchać, bo nie wiadomo, czy jeszcze coś razem nagrają, gdyż główny kompozytor powrócił w szeregi Evidence One.

By uspokoić moje sumienie, które gryzie mnie z racji niewymienienia kilku zespołów na powyższej liście, pozwolę sobie tradycyjnie wspomnieć jeszcze kilka grup i ich wydawnictw godnych uwagi. Niezły materiał zaprezentowali tacy wykonawcy jak Rock Sugar (interesujący pomysł na aranżacje coverów), Phenomena, Edge Of Forever, Pussy Sisster (prawdopodobnie najlepsza pozycja glam/sleaze roku 2010), Joe Satriani (sprawdzona marka), Fracture (jedna z najlepszych obecnie, niezakontraktowanych kapel), China, Grand Illusion; Keel, Bangalore Choir (bieżące dzieło podoba mi się bardziej od debiutu), Acacia Avenue, Liberty N' Justice, Stratosphere (gratka dla fanów Malmsteena z początku lat '90), Giant, Voxen (udana pozycja dla fanów klasycznego Dokken i Keel), Crashdiet, Krokus, Unruly Child (Free w znakomitej formie), Shylock, Perihellium, Human Temple, James LaBrie, Dirty Dave Osti, Treat (długo byli w mojej czołówce, wypadli dopiero pod koniec roku), FM, Dreyelands, Gus Drax, Myrath (plus za egzotykę), H.e.a.t, Mindgames, Hungryheart, Stage Dolls, Wig Wam (nie spodziewałem się, że mi się kiedyś spodobają), Motörhead, Hard (jeden z kawałków często chodzi mi po głowie), Big Ball, Legacy, Terry Brock (solowo poszło mu lepiej niż ze Strangeways), N.O.W., Yngwie Malmsteen (wciąż niezmordowany), Dirty Skirty, Two Fires, Snew (jedna z najlepszych kopii AC/DC), Priscilla, Rattler, Jettblack, White Wizzard (zastąpią kiedyś starzejące się Iron Maiden), Bombay Black i Vince Neil, a z dużo ostrzejszych rzeczy Overkill (świetny kawałek odradzającego się thrashu) i Dark Tranquillity (melodyjny death/heavy metal).

Nie obyło się bez rozczarowań. Wśród nich Pretty Maids (singiel wprawdzie niezły, reszta materiału już nie bardzo), Ozzy Osbourne (legendarny wokalista i tak nie nagrał nic porywającego od co najmniej dekady), Angels Of Babylon (znane nazwiska nie chronią, jak się okazuje, przed wtórnością materiału), Strangeways (płyta sprawia wrażenie nagrywanej w pośpiechu) i Silent Call (po kapitalnym debiucie spodziewałem się czegoś równie dobrego - jest niby podobnie, ale to już nie to). Z innej beczki, rozczarowaniem dla mnie jest też odejście z H.e.a.t Kenny'ego Lecremo, jakoś nie jestem przekonany, czy nowy wokalista będzie w stanie godnie go zastapić. Były też i smutniejsze wydarzenia - do "Krainy Wiecznych Łowów" odeszli Ronnie James Dio i Steve Lee (wokalista Gotthard), co jest sporą stratą dla hard rockowego świata. Natura nie znosi ponoć próżni i mam nadzieję, że pojawią się za jakiś czas nowi utalentowani gardłowi na ich miejsce.

Oczekiwań szczególnych względem roku 2011 tym razem nie mam i zwyczajnie nastawiam się na garść miłych niespodzianek. Niemniej jednak nie da się ukryć, że interesuje mnie, co też wyda Van Halen z Lee Rothem na wokalu, bo ta reaktywacja to z pewnością jedno z najbardziej sensacyjnych, muzycznych wydarzeń tej dekady. Ze spokojem czekam na nowości od Mr. Biga, Alice Coopera, Lynch Mob, Eclipse i Symphony X. Napawa optymizmem fakt, że coraz więcej zespołów podpisuje kontrakty z wielkimi wytwórniami, a te nie inwestują przecież w to, co nie przynosi im zysku. Do tego grona w ostatnim czasie "załapali się" Gotthard, China, Crashdiet, Steel Panther, Reckless Love, nawet Shakra... Może przyjdzie czas i na inne grupy. Czy rok 2011 przywróci melodyjnego hard rocka na salony? Pewnie nie, ale jestem pewien, że ta muzyka dobrze sobie poradzi i w podziemiu.

HARDLOVER

Charlotte - Medusa GrooveReckless Love - Reckless LoveScorpions - Sting In The TailShining Line - Shining LineJettblack - Get Your Hands Dirty

Wraz z upłynięciem ostatniej minuty Sylwestra (i jednocześnie całej dekady) w mojej głowie pojawiły się natrętne pytania. Czy można już mówić o pełnym odrodzeniu się melodyjnych odmian hard rocka? Czy klika ostatnich, niewątpliwie dość tłustych lat, zwiastuje jakiś przełom, czy jest jedynie łabędzim śpiewem, słabym odblaskiem złotej ery? Pojawianie się coraz to nowszych grup czerpiących z najlepszych wzorców nakazuje patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem, chociaż niepokoi fakt ich ciągłego braku w mainstreamowych mediach. Sam rok 2010 obfitował w bardzo wiele znakomitych wydawnictw, szczególnie w obszarze glam metalu i klasycznego hard rocka, nieco gorzej, chociaż wcale nieźle, było z AOR-em. Kilka uznanych, dawnych gwiazd wciąż błyszczy, można również zauważyć coraz śmielsze próby przebijania się ambitnych debiutantów. Tak więc, pod względem artystycznym jest coraz lepiej, szkoda że nie idzie to w parze z sukcesem komercyjnym zacnych kapel. Może potrzebne jest do tego jakieś dzieło naprawdę przełomowe, które zaistnieje w powszechnej świadomości?

Moja najlepsza "10" płyt roku 2010 przedstawia się następująco:

1. Charlotte Medusa Groove
Jak wiele perełek z lamusa czeka jeszcze na odkrycie? Nie wiadomo, jednakże zespoły takie jak Charlotte dowodzą, że warto być poławiaczem i czatować na reedycje starych materiałów. Ten album powala na kolana. Intryguje płynnym, nieszablonowym połączeniem muzycznych elementów typowych dla lat ’70 i ’80 (odnajdziemy tu motywy charakterystyczne dla kompozycji Great White, The Cult, Led Zeppelin i The Doors), urzeka niesamowitym, czasem melancholijno-onirycznym, czasem niepokojąco dramatycznym nastrojem. Uwagę przykuwają zarówno perfekcyjne wokalizy faceta stojącego za mikrofonem, jak i bardzo spójne, pozbawione zbędnych elementów aranżacje. Jednym zdaniem jest to absolutny majstersztyk, który polecam wszystkim wielbicielom muzyki płynącej prosto z serca.

2. Reckless Love Reckless Love
Niektórzy wybrzydzali, że to wydawnictwo jest zbyt wygładzone, plastikowe, że próbuje schlebiać gustom bardzo nieletniej i mainstreamowej publiczności... Nie zauważyli jednak, że poza tym posiada ono same zalety - doskonale skrojone piosenki oparte na świetnych riffach, dynamikę, przebojowość, radosny, wręcz porywający do tańca klimat. Za kolejne walory należy uznać odważne wykorzystanie klawiszy i śmiałe wycieczki w kierunku popu, które w ciekawy sposób urozmaicają całość. Debiut Finów kładąc miód na uszy miłośników hair metalu wcale nie zrezygnował z pazura, o czym można się przekonać słuchając go nieco głośniej.

3. Scorpions Sting In The Tail
Omszała legenda hard rocka uderzyła jeszcze raz z inwencją, której może jej pozazdrościć wielu młodzieniaszków. Jak zapowiadają muzycy, ma to być (niestety?) ostatnia płyta Niemców. Jej zawartość stanowi nie tylko podsumowanie, ale również swego rodzaju kwintesencję twórczości kapeli - znajdziemy tu przepojone zabójczą melodyjnością, rockowe hiciory, które równie dobrze mogłyby być wydane dwie dekady temu, ostre, klasycznie hardrockowe wypieki, jak i piękne ballady, które przez te wszystkie lata stały się znakiem firmowym Scorpions. Stawili sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu...

4. Shining Line Shining Line
Na tzw. "prace zbiorowe" często patrzę z podejrzliwością, gdyż zwykle ich poziom odbiega in minus od regularnych wynurzeń poszczególnych wykonawców. Tym razem współpraca oszałamiającej konstelacji gwiazd dała efekt w postaci dzieła konsekwentnego, dojrzałego, a przy tym bardzo chwytliwego. Zachwycają bogate i przemyślane aranżacje, stadionowa bombastyczność przywodząca na myśl płyty amerykańskich mistrzów gatunku, inteligentne wykorzystanie bardzo różnych przecież wokalistów, no i ten arcyciekawy, podzielony na trzy części kawałek na samym końcu. Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek fan AOR-u przeszedł obok tego dziełka obojętnie.

5. Jettblack Get Your Hands Dirty
Sensacyjny desant młodych gniewnych z Wielkiej Brytanii, czyli kraju, o którym ostatnio mówi się niezbyt często w kontekście muzyki, jaką tygrysy lubią najbardziej. Ale ten kwartet ma wszystko, czego mu trzeba, by potencjalnie stać się nową gwiazdą glamu. Propozycja Anglików scala w sobie puzzle 80sowego hard rocka (takie jak energia napędzana znakomitymi riffami, zapadające w pamięć refreny utworów, kąśliwe solówki) i rocka całkiem współczesnego, o suchej, szorstkiej fakturze (być może dlatego zbytnio nie słodzi, nawet w balladach). Życzyłbym sobie, żeby stała się kamyczkiem uruchamiającym lawinę. Wiem, marzenia jak ptaki...

6. Giant Promise Land
Fani starego, dobrego Giant kręcili nosem, twierdząc że z nowym wokalistą i gitarzystą to już nie to samo. Trochę racji mieli, ale po uważnym przesłuchaniu czwartej płyty studyjnej tej ekipy okazuje się, że o żadnym spadku formy nie ma mowy. Ta odsłona twórczości legendy AOR-u to materiał dopieszczony w każdym calu, bezpretensjonalny, odegrany precyzyjnie i z wielką klasą, a w kilku momentach także brawurowo zaśpiewany. A więc wykonawczo, technicznie i kompozycyjnie bez zarzutu, co w chudym dla gatunku roku daje Ziemi Obiecanej wysoką pozycję w moim rankingu.

7. Bangalore Choir Cadence
Tutaj możemy się przekonać, że pomimo upływu wielu lat niektórzy bohaterowie złotej ery hair metalu w ogóle się nie zestarzeli. Oczywiście czasy się zmieniły i dłuugo oczekiwana, druga porcja utworów Davida Reece’a i spółki ma nieco inny charakter od zawartości "On Target" - słyszalne jest zaostrzenie brzmienia, gitary nastrojono niżej, w melodiach wyczuwa się nuty brutalnej melancholii. Solówki pasują do charakteru numerów jak dobrze skrojony garnitur. Poza tym "Cadence" to materiał interesujący i wcale nie taki homogeniczny, zasługujący na nazwanie go powrotem w wielkim stylu.

8. Treat Coup De Grace
Z początku miałem opory przed zaakceptowaniem szóstego studyjnego krążka Szwedów. Niewątpliwie zmienili styl, wprowadzając do niego nieco elementów skandynawskiej współczesności. Ale po drugim przesłuchaniu rezultat tego posunięcia wydaje się znakomity - żeniąc zmetalizowane riffy a’la Eclipse, czy M.ill.ilon. z zaraźliwie melodyjnymi wokalizami spod znaku Europe i wprowadzając do tej mikstury nienachalne klawisze, chłopaki wyszli z tej próby zwycięsko. O ile Jettblack mógłby wyznaczyć kierunek dalszej ekspansji przybrudzonego, szorstkiego glamu, starzy wyjadacze z Treat pokazują jak podać ten dzisiejszy glam w bardziej przystępnej formie.

9. The Crystal Caravan Against The Rising Tide
Hard rock w swoim klasycznym ujęciu wciąż pozostaje niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń artystów. Płyta mało znanej, szwedzkiej grupy jest na to najlepszym dowodem - struktury, melodie i aranżacje ich utworów brzmią dokładnie tak samo, jak wynurzenia protoplastów sprzed 40 lat. Koktajl wpływów Deep Purple, Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa i paru innych artystów nie jest jednak bezmyślną ani mdłą kopią, on pulsuje swoim własnym, niepowtarzalnym rytmem i właśnie pod tym względem Szwedzi przebijają wielu kolegów grających podobnie.

10. Crazy Lixx New Religion
Odwrotnie niż w przypadku Treat, początkowo przyjąłem druga odsłonę wykwitów Crazy Lixx entuzjastycznie, jednak potem zorientowałem się, że tylko pierwsza cześć tego zestawu zasługuje na miano rewelacyjnej. Dalej nie jest źle, aczkolwiek poziom trochę spada. Jednak wspomniana pierwsza połówka wręcz porywa wybuchowym połączeniem melodyki w stylu Def Leppard z drapieżnością riffów mających swe korzenie w dokonaniach Steelheart, czy Ratt. I za ten pomysł załodze należą się fanfary i zaszczyty. W każdym razie, w stosunku do swojego debiutu wykonali duży krok naprzód.

Na szczęście rok 2010 nie zaszokował jakimiś katastrofalnymi wpadkami, kompromitacjami znanych i lubianych. Chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, że niektórzy (jak choćby Chris Laney) chyba zbyt szybko wydali swoje drugie płyty, co znalazło swoje odzwierciedlenie w spadku poziomu kompozycji. Inni popadli w monotonną przeciętność (Pretty Maids, Strangeways), ale zakładam że ich zeszłoroczne propozycje to tylko wypadki przy pracy...

LSDISEASE

Charlotte - Medusa GrooveWicked Sensation - CrystallizedKiske/Somerville - Kiske/SomervillePussy Sisster - Pussy SissterGiant - Promise Land

Niezbyt trudno było wybrać 10 tytułów w tym roku, o wiele trudniejsze było ich zestawienie w odpowiedniej kolejności. To jest lista na teraz, kto wie, jak mogłoby to wyglądać pod koniec 2011 roku. Są to też płyty z którymi dobrze się zapoznałem, a przecież w 2010 roku po obsłuchaniu albumów grup Constancia i Dr. Grind uświadomiłem sobie, że zabrakło ich w moim zestawieniu za rok 2009. Tym razem może być podobnie, bo kto wie, jakie niespodzianki z 2010 roku opuściłem.

1. Charlotte Medusa Groove
Niekwestionowany faworyt, album który dorównuje najlepszym hard rockowym krążkom z końcówki lat '80 i początku lat '90, ale chłopaki mieli tu przewagę gdyż materiał zawarty na "Medusa Groove" powstał właśnie w tamtym okresie. I dobrze, że w końcu ktoś to wydał, bo wstyd normalnie, że tyle czasu tak dobra muzyka leżała w ukryciu.

2. Wicked Sensation Crystallized
... czyli powrót w wielkim stylu. "Crystallized" dorównuje płycie "Exeptional" wydanej 6 lat wcześniej. Trochę szkoda, że aż tyle czasu trzeba było czekać, bo grupa zaczęła z impetem i mogła spokojnie budować karierę na swoim stylu, który zdążyła wypracować. A tak oddali pole innym, mniej oryginalnym kapelom. Ale tym albmem udowadniają, że stać ich jeszcze na wiele.

3. Kiske/Somerville Kiske/Somerville
Projekt byłego wokalisty Helloween i amerykańskiej blond dupencji to po prostu kolejna odsłona wrażliwego oblicza Kiskego. Utwory są tutaj skrojone pod ten sam szablon co w Place Vendome, tyle że partie wokalne odpowiednio podzielono. Duo wokalne spisuje się znakomicie. Kiske to chyba obecnie najlepszy wokalista rockowy.

4. Pussy Sisster Pussy Sisster
W ubiegłym roku świetnie zadebiutowała grupa Innocent Rosie, w tym niekwestionowanym liderem odnośnie sleaze rocka okazuje się niemiecki Pussy Sisster. Grupa brzmi jak Pretty Boy Floyd w 1989 roku, tyle że kawałki z tego krążka są po prostu lepsze. Moim faworytem jest utwór "In Your Arms", w którym akurat słyszę najlepsze lata Vain (i może dlatego najbardziej mi leży).

5. Giant Promise Land
Mimo że praktycznie Huffa na tej płycie nie ma, to udało się nagrać album dorównujący najlepszym osiągnięciom zespołu. Świetny AORowy krążek, idealnie nadający się na romantyczne wieczory. Wszak nie samym podpalaniem kubłów na śmieci człowiek żyje ;)

6. Ratt Infestation
Ratt zaskakuje pozytywnie. Nie spodziewałem się po Pearcym i spółce wielkiego dzieła, zwłaszcza że 20 lat minęło, odkąd nagrali coś przyzwoitego, a tutaj proszę, całkiem dobry kawał hard rocka. Więc jeśli już się komuś romantyczne wieczorki przy Giancie znudziły, może wrócić do podpalania kubłów przy tej muzyce ;)

7. Mindgames MMX
... czyli coś z progresu. Szczerze powiedziawszy, ciężko w obecnych czasach trafić na jakikolwiek zespół grający rocka progresywnego. Tzn. jest cała masa grup hołdujących temu gatunkowi, natomiast oni de facto grają prog metal. Tymczasem belgijskie Mindgames pokazuje, że jednak można. I ten album jest przykładem, że muzyka w stylu Pendragon czy IQ całkiem nie umarła. Miło posłuchać.

8. Scorpions Sting In The Tail
Pożegnalna płyta Skorpionów to dowód na ponadczasowość hard rocka. Myślę, że za 20 lat równie dobrze będzie się słuchało tego krążka jak i "Crazy World". Nimecy jakoś zawsze potrafią, co daję pod rozwagę rodzimym zespołom.

9. Overkill Ironbound
Thrashową płytą roku bez wątpienia jest ostanie dziecko Overkill. Panowie nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu i mimo że płyta WFO wydawała się kiedyś tąpnięciem, dzisiaj słucha się jej całkiem nieźle i to samo można stwierdzić o każdym kolejnym krążku thrashers z Nowego Yorku. "Ironbound" momentami nawiązuje do bardzo dawnych lat i chyba dlatego chwyta za jaja bardziej niż kilka poprzednich albumów zespołu.

10. Dokken Greatest Hits 2
Tak, wiem, powie ktoś, że to nic nowego i itd, ale prawda jest taka, że te stare kawałki z lat' 80 nagrane ponownie nabrały nowego życia. Nawet jeśli ktoś nie zna Dokken, a zależy mu na poznaniu twórczości zespołu, może sięgnąć po ten zestaw, bowiem poetyka tych starych nagrań została tutaj zachowana. Wszystko brzmi po prostu głośniej i bardziej zadziornie. Pewnie za parę lat będę słuchał tylko tego albumu Dokkena.

Tak, otwarłem i zamknąłem to zestawienie starociami, tyle że jedne nie ukazały się w swoim czasie, drugie dostały nowe życie w 2010 roku, roku który był raczej średni w mojej opinii. Pomijając wszelakie katastrofy, które się wydarzyły, płytowo mnie specjalnie nie zachwycił. Oby 2011 był lepszy czego i sobie i Państwu życzę.

KONRAD SEBASTIAN MORAWSKI

Cathedral - The Guessing GameLebowski - CinematicStar One - Victims Of The Modern AgeIron Maiden - The Final FrontierLunatic Soul - Lunatic Soul II

Rok 2010 w szeroko pojmowanej muzyce rockowej był w mojej opinii obfity w liczną grupę krążków, które powinniśmy zapamiętać na dłużej, a co najmniej kilka z nich na stałe powinno wpisać się w kanony gatunku. Osobiście z największą uwagą śledzę muzykę z pogranicza rocka i metalu progresywnego, a zatem gatunku bardzo pojemnego, w którym spotykają się różne pomysły kompozycyjne i nakładają się struktury, które mogą równie dobrze funkcjonować autonomicznie. Pod tym względem był to rok, w którym nie mogłem się nudzić. Poza kilkoma perłami ze światowego, ale głównie europejskiego rynku muzycznego, zwracam uwagę na dobry rok w polskiej muzyce rockowej. Dowody znajdziecie poniżej...

1. Cathedral The Guessing Game
Zdaję sobie sprawę, że ta propozycja będzie wywoływać duże kontrowersje, bo do Cathedral przylgnęła etykieta zespołu przede wszystkim doom metalowego i heavy metalowego, ale możecie wierzyć lub nie, ostatnie dzieło Lee Doriana i reszty spółki z Coventry to muzyka ponadgatunkowa, rozciągnięta na wielowątkowe kompozycje i bogaty zestaw instrumentalny, który powinien zachwycić zarówno fanów metalu, jak i rocka. "The Guessing Game" to album równie nieprzewidywalny, co dotychczasowa działalność zespołu. Liczne "filmowe" wstawki, niesamowite solówki czy improwizacje instrumentalne, a także cała grupa sampli Doriana przeniosły mnie do krainy, w której chciałbym na zawsze pozostać. Słuchając tego albumu czułem się prawdopodobnie tak, jak czuła się Alicja w Krainie Czarów. Według mnie to najważniejszy album 2010 roku.

2. Lebowski Cinematic
Odkąd usłyszałem ten krążek, nie wyobrażam sobie nocy, którą mógłbym spędzić bez niego. Muzycy z polskiego zespołu Lebowski zadebiutowali w najlepszy z możliwych sposobów, bo stworzyli dzieło oryginalne, a zarazem dopracowane w każdym instrumentalnym detalu. "Cinematic" przeniósł mnie pomiędzy głębokie tła perkusyjno-gitarowo-klawiszowe z wyraźną domieszką elektroniki, a istną rewitalizację polskiego kina. Wszak zamiast wokalu zespół zaproponował ożywione kwestie bohaterów polskiego kina, w tym m.in. legendarnego Zdzisława Maklakiewicza, którego osobiście bardzo cenię. Całość dopełniły piękne wokalizy Katarzyny Dziubak. Muzycy grupy Lebowski rekomendują ten krążek jako muzykę do nieistniejącego filmu i ja się tym hasłem zgadzam, bo kiedy słyszę nuty "Cinematic" to wydaje mi się, że jestem jednym z aktorów tego filmu... prawdopodobnie jak większość słuchaczy, która miała z "Cinematic" do czynienia...

3. Star One Victims Of The Modern Age
Ostatnie miejsce na pudle przyznaję wszechstronnemu Arjenowi Lucassenowi, który postanowił w tym roku wskrzesić jeden ze swoich licznych projektów, zespół Star One. Holenderski wirtuoz napisał większość muzyki na drugi studyjny album Star One, a do jej wykonania zaprosił same znakomitości, w tym kilku uznanych w progresywnym świecie wokalistów. "Victims Of The Modern Age" to muzyka postapokaliptyczna, utrzymana w charakterystycznym, mrocznym klimacie. Całość charakteryzuje dynamiczne wykonanie i nowoczesność środków użytych do produkcji krążka. Tylko Lucassen mógł stworzyć taką miksturę.

4. Iron Maiden The Final Frontier
Trzy dekady temu byli jednymi z pionierów NWOBHM, ruchu muzycznego, który zainspirował setki zespołów. W tym roku, choć nie każdy to przyznaje, Iron Maiden napisali kolejny rozdział w swojej bogatej karierze, pt. New Wave Of Progressive Heavy Metal. Tak, to nie żart. Iron Maiden na stare lata postanowili przejść do progresywnego wymiaru, z którym połączyli to, co potrafią robić najlepiej, a więc muzykę heavy metalową. Pomimo, że we wcześniejszych latach otrzymywaliśmy studyjne sygnały, iż tą właśnie drogą podąży Iron Maiden (choćby na albumach "Dance Of Death" i "A Matter Of Life And Death") to zaskoczenie i tak było ogromne... w moim przypadku bardzo pozytywne. Wielki album wielkiego zespołu.

5. Lunatic Soul Lunatic Soul II
Wydaje mi się, że Polsce potrzeba takich osobistości jak Mariusz Duda. Muzyk szerzej znany z prog rockowego/metalowego Riverside sprzedał swoim fanom inne, bardziej wyciszone oblicze w projekcie studyjnym Lunatic Soul. Druga, biała część jest zakończeniem tego przemyślanego i magnetycznego dyptyku oraz pewną realizacją indywidualnych pomysłów Dudy. Ten dyptyk należałoby zabalsamować i pokazywać przyszłym pokoleniom... gdyby nie fakt, że rozmawiamy o muzyce, która trwać będzie zawsze. Wspaniała, głęboka, wielowątkowa podróż. Czas na solowe albumy pozostałych członków Riverside!

6. Black Country Communion Black Country
Kurs na supergrupy jest kursem od jakiegoś czasu bardzo modnym, ale i bardzo płodnym. Dzięki niemu przed rokiem otrzymaliśmy rewelacyjny progresywny monument Transatlantic pt. "The Whirlwind", dzięki niemu świat muzyki rockowej usłyszał też wiele innych zacnych wydawnictw. Jednym z nich jest tegoroczny debiut supergrupy w osobach: Glenna Hughesa, Joe Bonamassy (chyba najbardziej zapracowanego muzyka roku), Dereka Sheriniana i Jasona Bonhama. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że "Black Country" to nie tylko pokaz umiejętności hard n’ blues rockowych, ale też sprawne połączenie kilku muzycznych światów. Album zdecydowanie dla fanów klasycznego grania (z pełną ekspozycją solowych umiejętności), ale i dla osób chcących się jakoś twórczo odstresować, bądź co bądź, przy dobrze wchodzącej muzyce.

7. Terminal Tree Of Lie
Kolejny, już trzeci polski zespół w moim zestawieniu... dość powiedzieć, że drugi debiut, ale jak mógłbym pominąć "Tree Of Lie"? Premierowe wydawnictwo Terminal wzbudziło wiele rozmaitych opinii, ale mnie przekonały gładko przemycone liczne patenty z zaplecza metalu, rocka progresywnego, new metalu, elektroniki i kilku innych muzycznych nurtów. Grupa napisała muzyczną miksturkę, która potrafi odpowiednio wybuchnąć, ale ma i kojące, łagodne oblicze. Album zdecydowanie dla ludzi lubiących eksperymenty.

8. Nook The Stand
To jeszcze raz zespół z Polski, również debiutant. Wydaje mi się, że wokół Nook było mniej medialnego szumu niż w przypadku choćby wyżej opisywanego Terminal, ale nie zmienia to faktu, że grupa nagrała album ze wszech miar udany. "The Stand" jest pełną, zamkniętą historią ubraną w rockowe barwy. Zwracam uwagę w szczególności na utalentowanego wokalistę Kubę Stąpóra, przed którym bramy przyszłości stoją otworem. W rzeczywistości weryfikacją możliwości Nook będzie dopiero drugi album, ale "The Stand" przekonał mnie, by dać zespołowi duży kredyt zaufania.

9. James LaBrie Static Impulse
Lubię Dream Theater i lubię Jamesa. Jest to wokalista, któremu nie zawsze było łatwo w karierze, bo części osób nie odpowiada jego charakterystyczny wokal, ale moim zdaniem idealnie się wkomponowuje w nuty Teatru Marzeń. Wokalista udowodnił też po raz kolejny, że jest również więcej niż przyzwoitym kompozytorem. Chodzi mi o jego nowy solowy album pt. "Static Impulse". Następca "Elements Of Persuasion" z 2005 roku w jeszcze większym stopniu niż poprzedni album zderza ze sobą dwa światy: łagodniejszy, bardziej rozciągnięty świat rocka i metalu progresywnego oraz mocne, szybkie zestawy instrumentalne charakterystyczne dla metalu (duża w tym zasługa współkompozytora krążka Matta Guillory'a). Świetnie, że LaBrie, podobnie zresztą jak omawiany wcześniej Mariusz Duda, nie kopiuje twórczości macierzystego zespołu i tworzy coś swojego. "Static Impulse" to album zdecydowanie dla fanów jego talentu.

10. Jon Oliva's Pain Festival
Zestawienie zamykam bardzo mocnym akcentem, bo czwartym krążkiem niejakiego Jona Olivy w formacji Jon Oliva's Pain. Wbrew pozorom "Festival" wniósł wiele świetnych, chwytliwych rockowych patentów, a totalne nieokiełznanie muzyczne przy utworze "Afterglow" powinno zachwycić niejednego fana muzycznych improwizacji. "Festival" to album dopracowany, klimatyczny i uwydatniający niebanalne możliwości Olivy.

Dodatkowo wyróżniam "After", trzeci studyjny solowy album Ihsahna. Jest to pozycja nawet bardziej kontrowersyjna od "The Guessing Game" Cathedral, ale jestem w stanie kłócić się o jego walory w aspekcie metalu progresywnego. Album jest długi, skomplikowany i rozciągnięty na liczne, niespodziewane dla rodowodu Ihsahna, instrumenty (zwracam uwagę przede wszystkim na saksofon). Ważny punkt w roku.

NIENOR

Jorn - DioOzzy Osbourne - ScreamScorpions - Sting In The TailH.e.a.t - Freedom RockMasterplan - Time To Be King

Subiektywnej oceny twórczości środowisk rockowych ciąg dalszy. Rok 2010 sprowadził na ziemię wszystkich, którzy sądzili, że gwiazdorzy są nieśmiertelni jak ich muzyka. Śmierć ikony światowego hard rocka, Ronniego Jamesa Dio, dla mnie osobiście była ogromnym ciosem, mimo świadomości długotrwałej choroby właściciela jednego z najlepszych głosów sceny muzycznej. Ze wspomnieniem mistrza postaram się przybliżyć Wam, jak zwykle trochę najlepszych, trochę mniej dobrych, ale niezwykle ważnych albumów minionego roku. Kolejność niezobowiązująca.

1. Jorn Dio
Z osobistym podziękowaniem, zwłaszcza za "Song For Ronnie James" - prawdziwy hołd dla prawdziwego króla hard rocka. Jest to jedna z tych pozycji, którą polecam wszystkim fanom Dio. Energetyczne interpretacje stanowią przekrój niemal całej kariery małego wielkiego wokalisty. Szczególnie cieszy, że to właśnie niezaprzeczalny talent Jorna Lande złożył pokłony idolowi wielu z nas. Dziękuję!

2. Ozzy Osbourne Scream
Kariera Księcia Ciemności, nie dość że wbrew zapowiedziom nie zakończyła się na "Black Rain", to z niesamowitą mocą skumulowała się w nowym wydawnictwie. Takiego Ozza lubimy. Po raz kolejny wyciągnął z podziemi znakomitego gitarzystę, wcielił do swej świty i sieje zniszczenie wśród niedowiarków. Wysoki poziom płyty sprawił, że nie mogłabym spać po nocach, gdybym nie umieściła tego tytułu na niniejszym zestawieniu. Słuchajcie i podziwiajcie!

3. Scorpions Sting In The Tail
Z kolejnym świetnym albumem dinozaurów, następna smutna wiadomość. Panowie złożyli broń i ogłosili koniec kariery. Szkoda, bo ostatnie wydawnictwo należy do tych pozycji, które podobają się już od pierwszego przesłuchania i chętnie się do nich wraca. Jedno jest pewne, Scorpions odchodzą w pełni blasku, żegnani gromkimi oklaskami milionów fanów na całym świece. "Sting In The Tail" to zestawienie mocarnych, typowych dla zespołu numerów i kilku pięknych ballad, czyli to, do czego przez 45 lat przyzwyczaili nas zacni Niemcy. Za to i całą resztę, ze wychowanie większości z nas, wielkie dzięki!

4. H.e.a.t Freedom Rock
Już pierwszym albumem panowie pokazali, że to nie przelewki. Kolejny potwierdza tylko pierwotne założenie. Nie potrafię sobie odmówić polecenia szczególnie numeru "Black Night" - tytuł niby pospolity, ale poparty głosem Tobiasa Sammeta. Nie skłamię, jeśli powiem, że odkąd "Freedom Rock" ukazał się, słucham go przynajmniej raz dziennie i na domiar tego nie wyobrażam sobie już jazdy samochodem bez tego krążka w odtwarzaczu. Czekam z niecierpliwością na kolejną twórczość panów z H.e.a.t. Mam nadzieję, że zachwyci mnie równie mocno jak ich ostatnie dzieło.

5. Masterplan Time To Be King
Jorn wydaje się być w szczytowej formie. Tworzy bardzo dużo, bardzo dobrej muzyki i coraz więcej zaczyna być o nim słychać. Nowy materiał pod banderą Masterplan nie jest zaskoczeniem dla znających temat. "Time To Be King" to kontynuacja poprzednich albumów grupy, co nie czyni jej niczym odkrywczym, ale nadal godnym polecenia. Tytuł zdradza imperialistyczne zapędy zdolnego wokalisty, który jest o krok od zdominowania swoim głosem światowej sceny hard’n’heavy. Powodzenia!

6. Krokus Hoodoo
Znowu trochę starego grania w nowym wydaniu. Rock’n’roll umarł? Nic z tych rzeczy! Panowie trzymają się świetnie, tak jak ich muzyka. W końcu styl AC/DC nie starzeje się nigdy. Brzmienie sprzed 40 lat nic a nic się nie postarzało. Emanuje energią, radością, jest dojrzałe i perfekcyjne, a w obecnych czasach, oryginalne, bo ze świecą szukać tych którzy odważą się zagrać tak jak panowie z Krokusa w XXI wieku. Na albumie nie brakuje też nowych pomysłów, zgrabnie wplecionych w klasyczne brzmienia. Płyta obeszła się bez większego wydźwięku w świecie, a szkoda.

7. Wig Wam Non Stop Rock’n’Roll
Nie zawsze musi być bardzo ambitnie, żeby się podobało. Wig Wam od początku postawił na prostą, melodyjną, świetnie wpadającą w ucho muzykę i trzeba im przyznać, że z albumu na album są w tym coraz lepsi. Najnowszy krążek to definicja rozrywki i dobrej zabawy zamkniętej w radosnych dźwiękach hard rocka. Nie ma się co więcej rozpisywać, zachęcam do zapoznania się z "Non Stop Rock’n’Roll".

8. Gary Moore Guitar Mindtrip
Jeśli odpoczywać przy muzyce, to właśnie mistrza Moore'a. Śpiewająca gitara i blues rockowe zacięcie - nic dodać, nic ująć. Gigantyczna dawka blues rocka w klasycznym stylu. Kto nie wierzy, temu szklanka whiskey z lodem w dłoń i owy krążek na 1/3 głośności - "Guitar Mindtrip" - miłej podróży!

9. Monstrum Imperium Zapomnienia
Każdy chyba, kto obserwuje zachodzące wokół zjawiska, zdaje sobie sprawę, że polska scena hard’n’heavy jest bardzo wąska, a rękami i nogami trzeba się jej trzymać, żeby nie spaść. Muzykom z Rzeszowa to nie grozi. Grają, tworzą i wydali już trzecią płytę, mimo zmian personalnych i lokalizacyjnych, wciąż prężnie działają i własną ciężką pracą wypracowują sobie miejsce w kanonie polskiego heavy metalu. Nie pozostaje mi nic więcej, niż Monstrum pogratulować i szczerze zachęcić do prześledzenia ewolucji dźwięku zespołu przez przeszło już 16 lat kariery.

10. Hetman Deja Vu
Moda na tekturowe okładki dopadała nie tylko Monstrum, ale i Hetmana. Wygląda to pięknie, ale po kilku akcjach "włóż, wyciągnij" trzeba się zastanowić czy chce się opakowanie dalej niszczyć. Nie umniejsza to jednak wielkości materiału, jaki znalazł się na ostatnim krążku zespołu. Mam osobisty sentyment do obu wymienionych kapel, tym z większą przyjemnością słucham ich za każdym razem. Album jest w całości anglojęzyczny. Nowy wokalista świetnie daje sobie radę nie tylko z barierą językową, ale i wygórowanymi wymaganiami lidera zespołu. Ciekawe partie klawiszowe, rodem z lat ’80 i ambitna linia gitarowa. Z pewnością jest to jedna z najlepszych płyt minionego roku i z czystym sumieniem umieszczam ją na tym zestawieniu.

Nie policzyłam, ile nowych zespołów i nowych albumów pojawiło się w roku 2010, muszę jednak z przykrością zaznaczyć, że obok nieśmiertelnych klasyków i oczywistego wyboru z kraju nad Wisłą, trudno było znaleźć pozycje jednogłośnie hitowe. Z jednej strony cieszy fakt, że muzyka rockowa ma się świetnie i nie ma się co martwić o jej pozycję na rynku światowym, z drugiej jednak strony w czasach wszechobecnych studio nagraniowych, warto może zaapelować, żeby przed zapisaniem ścieżki i wydaniem płyty artysta zastanowił się nad przesłaniem, jakością i treścią trzymanego w ręku krążka. Do usłyszenia w Nowym Rocku!

TWISTED

Scorpions - Sting In The TailReckless Love - Reckless LoveBangalore Choir - CadenceGiant - Promise LandEdge Of Forever - Another Paradise

Rok 2010 to zarówno w świecie melodic rocka jak i hard'n'heavy rok szczególny. Niestety, nie tylko ze względu na płytowe zmagania gigantów i sporą ilość nowych odkryć muzycznej sceny, ale i również odejścia, które tą sceną wstrząsnęły. Wystarczy wymienić choćby takie nazwiska, jak Vinnie Chas, Peter Steele, Ronnie James Dio, Steve Lee... Równocześnie rok 2010 zapamiętamy również za długo oczekiwane w Polsce koncerty (AC/DC, Sonisphere Festival, dwukrotnie Europe) oraz - przede wszystkim - za ogromną ilość interesujących premier płytowych. Bastion młodych kapel w rodzaju Reckless Love czy HungryHeart pokazał w minionych dwunastu miesiącach, że nie czas na pogrzeb rock'n'rolla, podczas gdy legendy - tu przede wszystkim Scorpions, Accept oraz Ratt - że hard rockowej korony nie oddaje się bez walki. W obliczu tak wielu pozytywów, wpadki lepiej przemilczeć - absolutnie nie przekonało mnie do siebie najnowsze Unruly Child, którego nie mogłam się doczekać od pierwszych zapowiedzi, nie wspominając już o kiepskim Strangeways. Szczęściem, pozytywnych zaskoczeń było w tym roku więcej - oto zaledwie kilkanaście moich faworytów, ustawionych w kolejności tylko z czystej konieczności.

1. Scorpions Sting In The Tail
Z jednej strony- wiadomość o planowanym przez niemieckich gigantów hard rocka zakończeniu kariery była jednym ze smutniejszych muzycznych akcentów 2010 roku. Z drugiej "Sting In The Tail", płyta zapowiedziana jako ostatnia w historii Scorpions, to ostateczny dowód na potwierdzenie faktu, iż Klaus Meine i koledzy schodzą ze sceny w pełnej chwale. Jak na legendę przystało!... Zapowiedzi, iż płyta będzie "kombinacją najlepszych muzycznych patentów z klasycznych płyt Scorpions", nie okazały się ani trochę przesadzone. 'Sting In The Tail' to dawka solidnego, gitarowego łojenia, które śmiało może być stawiane w jednym szeregu z takimi klasykami grupy, jak "Love At First Sting" czy "Blackout". A na złapanie oddechu po muzycznej galopadzie - "The Best Is Yet To Come". Uznawana za pożegnalny kawałek Scorpsów, przepiękna ballada, którą osobiście uznaję nie tylko za najlepszy utwór minionych dwunastu miesięcy, ale także za finisz najbardziej udanej w 2010 roku płytowej premiery.

2. Reckless Love Reckless Love
GLAM!! Czad, zabawa, bezkompromisowość, po prostu - Poison/Pretty Boy Floyd XXI wieku. Czy też - jak mówi sam Olli Herman, w Reckless Love dzierżący mikrofon - "muzyka radosna, niesamowicie energetyczna, żywiołowa, zmysłowa i buntownicza"... Oczywiście, zaraz znajdzie się gromadka malkontentów, którzy zarzucą zespołowi nadmierną chwytliwość, pobrzmiewające tu i ówdzie echa popu (czy wręcz disco), zbyt wygładzone i doszlifowane brzmienie czy wreszcie - zwykłe "parcie na kasę" i muzyczną komerchę. Ja jednak - po wielu miesiącach katowania tegorocznego debiutu Olliego i spółki - nie mam wątpliwości, że tak właśnie powinien brzmieć współczesny glam, czy też pop metal. Reckless Love to po prostu ultramelodyjne, perfekcyjnie zbudowane refreny, których nic nie jest w stanie wyprzeć z pamięci, do tego muzyka prosta, ale zarazem efektowna (nie mylić z: efekciarska), a ponadto zachłanna celebracja życia, młodości i radości grania. Idealna ścieżka dźwiękowa letnich szaleństw, a przy okazji niezłe lekarstwo na wiosenno-jesienno-zimową deprechę. Czy można było sobie życzyć czegoś więcej? W mojej opinii - miejsce w pierwszej trójce najlepszych płyt wydanych w 2010 roku, plus niezaprzeczalnie - najlepszy debiut.

3. Bangalore Choir Cadence
"Ta płyta jest dla mnie naprawdę wyjątkowa, przymierzałem się do niej już od paru lat i czuję, że tym razem naprawdę wymiata!" - mówił w wywiadzie dla Hard Rock Service David Reece w marcu tego roku, gdy "Cadence", druga płyta Bangalore Choir, była jeszcze w fazie powstawania. Tego rodzaju obietnice nieraz już mydliły oczy fanom klasycznych, melodyjnych brzmień - odnosiłam się do nich więc z lekką rezerwą. Trudno zresztą było oczekiwać, że po osiemnastu latach od ukazania się debiutu, kultowego już "On Target", Bangalore Choir jest w stanie nagrać album równie doskonały... "Cadence" jednak zaskoczyła mnie ze wszech miar pozytywnie. Nie jest to oczywiście wierna kopia stylu "On Target" - zresztą, tego typu odgrzewane kotlety, serwowane bez finezji i polotu, mogą co najwyżej przyprawić o niestrawność... To po prostu znakomicie doszlifowany, wyprodukowany i podany w interesującej oprawie, nowoczesny melodic rock. Z naciskiem na 'melodic' w nazwie - mimo uwspółcześnionego brzmienia, "Cadence" wciąż pełnymi garściami czerpie z tradycji potężnych, chwytliwych refrenów, które na długo pozostają w pamięci, oraz ciekawych, zagranych z ikrą solówek. Słowem - tego, czego we współczesnej muzyce brakuje najbardziej. Jeśli dołożyć do tego rewelacyjną formę głosową Davida Reece'a - najnowsze dzieło Bangalore Choir nie tylko udowadnia klasę samego zespołu, ale i również niewątpliwie zasługuje swoim poziomem na miejsce w Top 10 każdego słuchacza tego typu muzyki.

4. Giant Promise Land
Odejście z szeregów formacji Giant (którzy moje serce podbili swego czasu - oczywiście! - słynną balladą "I'll See You In My Dreams") Danna Huffa, słusznie postrzeganego jako serce i dusza zespołu, można było przywitać z lekką obawą. Uzupełnienie składu o takie nazwiska jak Terry Brock i John Roth - z pewną dozą ekscytacji. Sięgając po "Promise Land" z łatwością pozbędziemy się tego pierwszego wrażenia, ekscytacja natomiast - jeszcze wzrośnie... Promise Land to bowiem płyta niemal idealna - wyważona, wyszlifowana, żywiołowa, gdzie trzeba, a miejscami liryczna i balladowa. Dzierżący mikrofonTerry Brock spisuje się wręcz znakomicie, a gitary Rotha brzmią niebezpiecznie blisko perfekcji. Do tego - wszechobecny, przepełniający całość nagrań klimat lat '80. Żaden fan klasycznych AOR-owych brzmień nie mógłby żądać niczego więcej.

5. Edge Of Forever Another Paradise
Rok 2010 można by z lekkim naciągnięciem faktów nazwać włoską inwazją w głąb melodic rockowego świata - w końcu dobrych płyt nagranych w słonecznej Italii ukazało się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy całkiem sporo. A jedną z najbardziej przedsiębiorczych (i zarazem, najsolidniej zajętych kolejnymi projektami) postaci tej sceny był niewątpliwie znany muzyk i producent Alessandro Del Vecchio. W natłoku muzycznych i producenckich wyzwań przejął stery (oraz mikrofon) również w swojej macierzystej formacji Edge Of Forever, z którą wydał w minionym roku trzecią już płytę "Another Paradise". I przy tym - płytę znakomitą... "Another Paradise" w niczym nie ustępuje jakością dwóm poprzedniczkom (co, zważywszy na klasę wydawnictw, mówi już sporo). Tym razem Edge Of Forever odsłania swoje klasycznie AOR-owe oblicze, odchodząc od stylistyki znanej choćby z debiutu. Wciąż jednak nie traci poweru i mocy, a wreszcie wyeksponowany głos Alessandro wychodzi całości tylko na plus. "Idealne wyważenie piosenek, produkcji, strony muzycznej..." - mówił o płycie w czerwcu 2010 roku, w wywiadzie dla Hard Rock Service, sam Ale Del Vecchio... a zatem, nic dodać, nic ująć!

6. Accept Blood Of The Nations
Z zasady do wszelkich zespołowych "powrotów" podchodzę z pewną dawką rezerwy - zwłaszcza, jeśli legendarna kapela wraca z zupełnie nowym wokalistą. Mały skok w bok, jaki niemieccy giganci heavy metalu uczynili w 1989 r. nagrywając "Eat The Heat" z Davidem Reecem, byłam im w stanie wybaczyć ze względu na klasę wydawnictwa. Tym ciekawiej zapowiadała się zatem tegoroczna premiera nowej płyty Accept, z Markiem Tornillo dzierżącym mikrofon... Doczekaliśmy się zatem! Uchylając się od ciosów ze strony fanów Grave Digger czy Roba Halforda, zaryzykuję stwierdzenie, że "Blood Of The Nations" to dla mnie heavy metalowe dzieło roku. Mocarne, potężne brzmienie, charakterystyczne riffy i świetne melodie zawarte na tymże wydawnictwie to nieomylny znak, że Accept powrócił w pełnej chwale - udowadniając przy tym, że nawet takie legendy jak Udo Dirkschneider znakomicie da się zastąpić.

7. H.e.a.t Freedom Rock
Zespołowi, który może poszczycić się tak udanym debiutem jak załoga H.e.a.t, nigdy nie jest łatwo powtórnie osiągnąć podobnie wysokiego poziomu. Jednak już od pierwszych dźwięków "Freedom Rock" było jasne, że łatka "one hit wonder" raczej przedsiębiorczym Szwedom nie grozi. Wydany w tym roku drugi album formacji to bowiem wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od współczesnego melodic rocka - są chwytliwe, przykuwające uwagę melodie, 80'sowe chórki, solidne gitarowe zaplecze i doskonała produkcja. A do tego - brzmienie pełne hard rockowego zacięcia i poweru... Słowem - postawione przed nimi zadanie muzycy H.e.a.t wypełnili co do joty. A muzyczna klasa, z jaką wywiązali się z niego, to tylko jeszcze jeden z wielu powodów, dla ktorych "Freedom Rock" od początku była jednym z moich faworytów w zestawieniu najlepszych płyt 2010 roku.

8. Ratt Infestation
Kolejny znakomity powrót, którego przy okazji podsumowania roku 2010 nie sposób pominąć. Choćby dlatego, że zapowiedzi powrotu do "korzeni" i oryginalnego stylu nie zawsze przekładają się z powodzeniem na praktykę... Ratt udowodniło jednak, że renomy takiej firmy lekceważyć nie wolno - nawet pamiętając o poprzednich wpadkach... Już od singlowego 'Best of Me' słychać bowiem dobitnie, że stary, dobry Ratt powraca w wielkim stylu i z solidnym hukiem. Im dalej zagłębić się w "Infestation", tym jest brudniej i bardziej gitarowo - czy nie o to chodziło fanom? Muzycy Ratt udowodnili, że charakterystyczny śpiew Stephena Pearcy'ego plus szczypta hard rocka i sleaze w ilościach nieprzebranych to znakomita recepta na udany album - jeden z najlepszych, jakie ujrzały światło dzienne w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

9. HungryHeart One Ticket To Paradise
Kolejne wysokiej klasy wydawnictwo rodem z Włoch, które światło dzienne ujrzało w 2010 roku. I zarazem - kolejna po H.e.e.e załoga, która sprostała wyzwaniu powtórzenia poziomu z pierwszego albumu. Efekt naszpikowany jest melodyjnymi solówkami i perfekcyjnie doszlifowanymi refrenami, a zatem - tym, co w melodic rocku najlepsze. Klasy dodają produkcja i mastering, za które odpowiedzialni byli Alessandro Del Vecchio i Michael Voss. Oczywiście, nie obyło się przy okazji bez kilku drobnych wpadek, jak choćby przeładowania materiału kompozycjami balladowymi - to wszystko niknie jednak wobec całości, ogólnie wywierając na słuchaczu jak najbardziej pozytywne wrażenie. Dla fanów takich kapel jak Journey, Bad English czy Diving For Pearls jest to pozycja wręcz obowiązkowa, a zarazem - pewny kandydat w gronie najlepszych albumów wydanych w tym roku.

10. Wig Wam Non Stop Rock'N'Roll
Jedno z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tegorocznych wydawnictw, które - w odróżnieniu od poprzednich, z miejsca podbijających moje serce - okazało się znacznie mniej "przyswajalne" i wymagało w sumie trzech, może czterech podejść, by móc zająć miejsce w rocznym podsumowaniu. A jednak!... Choć w moim odczuciu trzecia płyta norweskiego składu nie dorównuje rewelacyjnym poprzedniczkom, wciąż znalazło się tu sporo z tego, za co od paru już lat kocham Wig Wam. Są chwytliwe melodie, chórki, luz i gitarowe granie z lekkim przymrużeniem oka; brakuje tylko ballad z takim powerem, jak to kiedyś na płytach tej formacji bywało... Mimo tych paru niedociągnięć, Wig Wam A.D. 2010 po raz kolejny okazało się jednak bardzo solidną firmą - a w czasach, kiedy takie brzmienie jest mimo wszystko mocno deficytowe, właściwie nie wypada nawet narzekać... Znacznie lepiej, oczekując na rok 2011, wraz z Glamem zakrzyknąć aż do zdarcia gardła: -"Non stop rock'n'roll!..."

11. Yoso Eelements
W przypadku Yoso - grupy złożonej w przeważającej większości z muzyków Yes, dowodzonych przez znanego z Toto Bobby'ego Kimballa - trudno mówić o jakimkolwiek muzycznym zaskoczeniu. Nazwa tej supergrupy powstała - czego nietrudno się domyślić - od połączenia tych właśnie dwóch formacji i w tym duchu nagrano również jej płytowy debiut. Mianowicie - to wszystko, czego mogliby żądać fani zarówno progresywnych odjazdów dobitnie wręcz firmowanych przez Yes, oraz wyszlifowanych, w każdym calu perfekcyjnych melodii Toto. To drugie wrażenie jest, rzecz jasna, wzmocnione jeszcze przez warstwę wokalną nagrań (które portretują Bobby'ego Kimballa ewidentnie kpiącego sobie z upływu czasu, w zaskakująco dobrej głosowej formie). A przy tym - nie ma mowy o nudzie, czy coverowaniu samych siebie... Dla fanów Toto lub/i Yes to zapewne płyta roku. W przypadku wielbicieli dobrego grania zaś - obowiązkowo powinna znaleźć się przynajmniej w pierwszej dwudziestce.

12. Monstrum Imperium Zapomnienia
Trzecia płyta rzeszowskiego Monstrum należała do jednych z najgoręcej oczekiwanych przeze mnie premier i absolutnych faworytek, jeśli chodzi o mikrą ilość najnowszych wydawnictw w kraju nad Wisłą. I - co przyznaję z niemałą ulgą - o rozczarowaniu nie ma mowy. To wciąż kawał melodyjnego, mocarnego heavy, inspirowany klasykami gatunku - czyli to, co po dwóch już wydanych płytach stało się znakiem firmowym Monstrum. Nowa płyta w niczym nie ustępuje znakomitym poprzedniczkom. A pobrzmiewający Sabatonem, patriotyczny utwór "Czerwona śmierć" to dowód, że muzycy nie odżegnują się także i od bardziej współczesnych inspiracji... Oby takich kapel było na polskim rynku więcej i oby rok 2011 uraczył nas wieloma premierami tego kalibru.

VINCENT

Manowar - Battle Hymns MMXIAccept - Blood Of The NationsSlash - SlashDreyelands - Rooms Of RevelationVanden Plas - The Seraphic Clockwork

1. Manowar Battle Hymns MMXI
Czemu? Impertynencko - bo tak i już. Wszystko, co wydaje ten zespół, przyjmuję bezkrytycznie. Tak już mam i koniec. A nowe wersje utworów z debiutanckiej płyty bardzo mi się podobają.

2. Accept Blood Of The Nations
Za genialny powrót po 14 latach z metalowego niebytu. Należy im się uznanie.

3. Slash Slash
Za wspaniałą, troszkę retrospektywną wycieczkę w przeszłość ze śmietanką w postaci gości.

4. Dreyelands Rooms Of Revelation
Na tę płytę czekałem bardzo długo. Dostałem więcej, niż się spodziewałem. A ci Madziarzy ze spokojem zapędzają inne uznane firmy spod znaku progowego wymiatania do kąta.

5. Vanden Plas The Seraphic Clockwork
Tak naprawdę o tej płycie niewiele mogę powiedzieć. No, po prostu podoba mi się. Podoba mi się nawet po iluśtam przesłuchaniach. Wciąż dostaje wysokie noty od krytyki i fanów, a wiele redakcji umieszcza ją w swoim zestawieniu. Więc - coś w niej jest.

6. Black Country Communion Black Country
Miała być klapa, jest doskonałe wydawnictwo. Kląłem ten pomysł niemiłosiernie i mam za swoje. Dobrze mi tak.

7. Anthriel The Pathway
Nad tą płytą "spuszczaliśmy się" z naczelnym. Więc dlatego jest w zestawieniu.

8. Phenomena Blind Faith
Albumy tego projektu zawsze trzymają wysoki poziom. Nieodmiennie jest tak i tym razem

9. Krokus Hoodoo
AC/DC wróciło i ma się dobrze. A że jest z innego zakątka świata? Who cares?

10. State Of Rock A Point Of Destiny
No przecież pisałem, że to moja hard rockowa płyta roku, nie? Dlatego kończy moje zestawienie.