Kolejny rok minął i tradycyjnie grono redakcyjne wytypowało swoich kandydatów do płyty roku. Jak zawsze, tego typu zestawienia wywołują dużo emocji i prowokują gorące polemiki, ale rozsądni słuchacze wiedzą, że muzyki obiektywnie porównać się nie da - pozostają więc tylko oceny czysto subiektywne, zależne od gustu i w praktyce sprowadza się to tylko do dobrej zabawy. Zapraszamy do przyjrzenia się naszej redakcyjnej batalii...

Punktacja zestawienia całościowego:
Tym razem zmodyfikowaliśmy punktację zeszłoroczną tak, by płyty występujące w zestawieniach większej ilości redaktorów demokratycznie górowały nad tymi, które wprawdzie dostały więcej punktów u typujących, ale znalazły się na mniejszej ilości list.

1. Lynyrd Skynyrd God & Guns - 30,8 pkt
2. Steevi Jaimz My Private Hell - 27,8 pkt
3. Chris Laney Pure - 23,4 pkt
4. Lillian Axe Sad Day On Planet Earth - 21,4 pkt
5. Place Vendome Streets Of Fire - 19,4 pkt ex aequo Steel Panther Feel The Steel 19,4 pkt
7. W.E.T W.E.T. - 14,4 pkt
8. Sunstorm House Of Dreams - 14,4 pkt
9. Innocent Rosie Bad Habit Romance - 14,4 pkt
10. Danger Danger Revolve - 10,4 pkt

A teraz szczegółowe uzasadnienia poszczególnych typujących...

HARDLOVER

Lynyrd Skynyrd - God & GunsChris Laney - PureSteevi Jaimz - My Private HellWobbler - AfterglowPlace Vendome - Streets Of Fire

Z wielką satysfakcją przyjąłem do wiadomości fakt, że upływający właśnie rok obfitował w całkiem sporą ilość wydawnictw spod znaku melodyjnego rocka i w tym sensie był udaną kontynuacją jakże zaskakującego roku 2008. Co prawda na rynku płytowym nie pojawił się jakiś album przełomowy lub wybitny, ale biorąc pod uwagę, że mamy w sumie dość liche czasy dla miłośników dobrze brzmiącej i porządnie wykonywanej muzyki w stylu, który tygryski lubią najbardziej, i tak nie ma zbyt wielu powodów do narzekań (no, może poza tym, że kilku gigantów rocka stać było jedynie na dziełka nie wybijające się zanadto ponad przeciętność). Długo dumałem nad poniższą, subiektywną listą najlepszych wynurzeń mijającego roku (problemów nie miałem tylko z pierwszymi dwoma), tak więc jej finalny kształt przedstawia się następująco:

1. Lynyrd Skynyrd God & Guns
Plaga zgonów w szeregach legendy southern rocka chyba tylko jeszcze bardziej zmotywowała do działania pozostałych przy życiu członków grupy, gdyż efekt ich pracy przeszedł najśmielsze oczekiwania. Tym razem zaoferowali słuchaczowi wręcz idealny kolaż mięsistego rocka (niekiedy nawet z elementami metalu) i country, łączący te dwa muzyczne światy w niezwykle dojrzały, wyważony, a zarazem przystępny sposób. Śmiem twierdzić, że tym samym Amerykanie zdeklasowali całą swoją wcześniejszą twórczość. Zapadające w pamięć kompozycje, klarowna produkcja i czysty, mocny głos wokalisty są dodatkowymi atutami tej wspaniałej płyty.

2. Chris Laney Pure
Nad wyborem numeru dwa również nie zastanawiałem się nawet przez minutę. Znany producent zaproponował fanom glam metalu, sleaze rocka i w ogóle dobrej muzyki mieszankę, która po pierwszym przesłuchaniu dosłownie ścina z nóg swoją przebojowością, szorstką melodyjnością, umiejętnością konstruowania chwytliwych riffów… A przy tym udało mu się uniknąć pułapki kopiowania innych wykonawców, gdyż swoim chropowatym głosem nadał tym kawałkom charakterystyczny rys. Debiut roku.

3. Steevi Jaimz My Private Hell
Kolekcja hitów w stylu najlepszym z możliwych, czyli inaczej wybuchowa mikstura glam metalu, hard rocka i sleaze rocka. Pełna wigoru, niewymuszonej radości grania, doskonałych riffów, a przy tym bardzo spójna, mimo że artysta korzystał z wielu różnych źródeł inspiracji. Zaryzykuję stwierdzenie, że tym krążkiem Jaimz przeskoczył swoje dokonania w Tigertailz o kilka pięter.

4. Wobbler Afterglow
Pogłoski o śmierci klasycznego rocka progresywnego są mocno przesadzone. Zwłaszcza gdy na rynku pojawia się taka perełka, łącząca w sobie wpływy tradycyjnego progresu, folku i muzyki dawnej. Mieszając ze sobą motywy znane z twórczości największych tuzów gatunku, Norwegom udało się za pomocą rozbudowanych suit wykreować dźwiękowy pejzaż Północy, pełen tajemniczego, hipnotyzującego, nieco mroźnego klimatu. Pejzaż, który ma magnetyczną siłę przyciągania.

5. Place Vendome Streets Of Fire
Gdyby taki album wydano w latach 80-ych, pewnie pokryłby się platyną i zapewnił ekipie Michaela Kiske sławę i nieśmiertelność. Place Vendome uraczyło swoich fanów porcją wygładzonych, ale zagranych z niezwykłą klasą, polotem i wrażliwością numerów, które z miejsca stawiają ich w jednym rzędzie z legendami AOR-u. Jak dla mnie jest to najlepsze tegoroczne wydawnictwo z muzyką tego gatunku.

6. The Answer Everyday Demons
Album, który rósł w moich oczach po każdym przesłuchaniu. Niby wzorowany na rock and rollu lat 70-ych, ale zrealizowany z taką szczerością, na takim turbodoładowaniu i z takim przekonaniem, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Po świetnym debiucie Irlandczycy podnieśli poprzeczkę jeszcze wyżej i nagrali rzecz pełną pasji, werwy, zaangażowania. Oczywiście nie zabrakło tu również wbijających się w głowę melodii, a trochę przybrudzone brzmienie gitar nadaje krążkowi dodatkowego uroku.

7. Kruk Zanim Cię Zabije
Zespół, który pokazuje wszystkim niedowiarkom, że Polak potrafi. Gra co prawda muzykę nie grzeszącą oryginalnością (echa Deep Purple i Dio są w tych utworach wszechobecne), ale tak zmyślnie skonstruowaną, bogato zaaranżowaną i pełną rasowych, wyśpiewanych z mocą i przekonaniem melodii, że ręce same składają się do oklasków. Biorąc pod uwagę, że jest to pełnowymiarowy debiut formacji z własnym materiałem, jej muzyka zaskakuje swoją dojrzałością i polotem.

8. Danger Danger Revolve
Po pierwszym wysłuchaniu zachwyciłem się najnowszym dzieckiem Dangerów, potem zacząłem dostrzegać jego drobne wady, jak chociażby zbyt wypolerowane brzmienie, czy zbyt plastikowo brzmiący Ted Poley. Pomimo tego wydawnictwo broni się swoimi doskonale zagranymi riffami, solówkami, aranżacjami, no i samymi utworami, pobudzającymi do energicznych ruchów miednicą. Ogólnie rzecz biorąc, z pewnością jest to pozycja zasługująca na uznanie zwolenników starego, dobrego DD.

9. W.E.T. W.E.T.
W swoich projektach Jeff Scott Soto nigdy nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu, tym razem jednak dokonał czegoś większego. Skupionemu wokół wokalisty, doborowemu składowi udało się ze znakomitym skutkiem zamknąć w jednej pigułce wpływy hard rocka i AOR-u. Płyta stanowi dowód na to, że nawet obecnie można nagrać coś nowocześnie brzmiącego i zarazem zagranego na wysokim poziomie. Jej dodatkowym atutem jest świetna produkcja.

10. Innocent Rosie Bad Habit Romance
Debiut Szwedów pokazuje, że świeża krew może wnieść coś nowego nawet do tak niemiłosiernie eksploatowanego gatunku, jakim stał się w ostatnich latach sleaze rock. Drapieżną grę i takiż sposób śpiewania scalono tu z melodyjnością w sposób, który powinien być wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń niegrzecznych buntowników ;). A przy tym zadbano o różnorodność kompozycji, więc album nie nudzi ani przez chwilę.

Nie ze wszystkim było jednak tak różowo. Na zakończenie pozwolę sobie na wlanie przysłowiowej łyżki dziegciu w beczkę miodu, czyli krótki opis dwóch największych rozczarowań roku. Od tych klopsów radziłbym trzymać się z daleka:

Lita Ford Wicked Wonderland
Kiedy żywa ikona melodyjnego rocka wikła się w romans z nu-metalem, rezultat może być tylko jeden: po prostu koszmar! Wyszedł z tego nieskładny, rockowy bełkot, zbiór przypadkowo połączonych ze sobą dźwięków. Żenujący kompozycyjnie i wykonawczo, w dodatku ze skopaną produkcją.

Queensrÿche American Soldier
Concept album bez dobrego konceptu. Nudny jak flaki z olejem, niemiłosiernie rozwleczony i przeintelektualizowany. Wbrew opinii zagorzałych zwolenników formacji, do słuchania nadaje się tutaj co najwyżej połowa piosenek, a i one nie porywają. Miejmy nadzieję, ze jest to świadectwo chwilowego kryzysu, nie zaś całkowitego upadku tego zasłużonego zespołu.

Rok Pański 2009 każe patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. Życzyłbym sobie, żeby kolejny był co najmniej tak samo udany, a moją niezachwianą wiarę, że tak się stanie, podsycają zapowiedzi nowych krążków starych wiarusów (Scorpions, Y&T, Ratt, China, Fifth Angel, M.ill.ion) jak i gniewnych, zdolnych młodzików (Airbourne, Crashdïet, Crazy Lixx). Oby było z czego wybierać!

TWISTED

KISS - Sonic BoomLynyrd Skynyrd - God & GunsHammerFall - No Sacrifice, No VictoryLillian Axe - Sad Day On Planet EarthSteel Panther - Feel The Steel

Rok 2009 w moim odczuciu był raczej średni i nie sprostał poprzeczce wysoko postawionej przez rok poprzedni. Swojej legendzie nie sprostało przede wszystkim paru weteranów hard rockowej sceny. W dość znacznym stopniu zawiodło mnie nowe Europe, tylko połowicznie zachwycił Winger, jak również - nawet mimo nieprzeciętnej rangi sentymentu - najnowsze wydawnictwo Bon Jovi... Słabo też przedstawia się rynek muzyczny w Polsce u progu Anno Domini 2010.
Ogólnie rzecz biorąc, w 2009 roku wyszło jednak kilkanaście naprawdę rewelacyjnych albumów, które zdają się potwierdzać, że rock'n'roll wciąż ma się dobrze i o pochówku gitarowych smaczków i wspaniałych melodii wciąż jeszcze nie ma mowy ;-)

1. KISS Sonic Boom
Płyta, na którą wszyscy hardrockowcy wytrwale czekali jedenaście lat, wydawnictwo, o którym marzyli i którego się obawiali. Szczęśliwie, "Sonic Boom" to bezkonkurencyjny powrót roku! Nie tylko utrzymany jest poziom poprzedniczki, "Psycho Circus" wydanej w 1998 r. - udział wokalny Tommy'ego Thayera i Erica Singera w kilku utworach wnosi do KISS nieco świeżości, a legendy u steru w postaci Stanleya i Simmonsa udowadniają, że zdecydowanie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Sporo w tym tradycyjnego brzmienia (i sprawdzonych muzycznych schematów), sporo starego, dobrego KISS... Jedna z absolutnie najlepszych płyt 2009 roku, a ponadto - comeback w wielkim stylu.

2. Lynyrd Skynyrd God & Guns
Przesiąknięty Jackiem Danielsem i obrosły bawełną southern rock wciąż ma się świetnie - najlepszym dowodem na to jest najnowsze wydawnictwo Lynyrd Skynyrd. Południowcy raczą nas rewelacyjną fuzją nowoczesnych riffów ocierających się wręcz o heavy metal i tradycyjnego, southernowego klimatu - pełnego przestrzenii, melodii... Sześć lat oczekiwania opłaciło się. "God & Guns" Lynyrdów to monumentalne, dynamiczne brzmienie, umiejętnie wpasowana nutka country tu i ówdzie i kawałek "błękitnego nieba znad Alabamy" - po prostu kopalnia znakomitych utworów, zaostrzających już apetyt na kolejne dzieła legendy southern rocka.

3. Hammerfall No Sacrifice, No Victory
Można się spierać, czy najnowszy album Szwedów z Hammerfall jest czymkolwiek odkrywczym - w końcu melodyjne solówki, wysoki wokal, typowe dla nurtu power/heavy rozwiązania aranżacyjne i szybka, energetyczna jazda to już w zasadzie wizytówka i kapeli, i gatunku. Gitarowa galopada z polotem i dużą dawką melodii, którą jest niewątpliwie "No Sacrifice, No Victory" jednak nie nudzi ani przez chwilę i wciąż słucha się tego świetnie. Jeden z najbardziej dynamicznych, nagranych w duchu klasycznego power/heavy metalu i mocno kopiących brzmieniowo albumów roku 2009.

4. Lilian Axe Sad Day On Planet Earth
Moim zdaniem jedna z najciekawszych premier roku 2009. Niby trudno postawić "Sad Day On Planet Earth" w jednym rzędzie z "Love & War", "Poetic Justice" czy "Psychoschizophrenią", ale wierne odtwarzanie schematów z tych płyt najpewniej i w przypadku Liliana przeistoczyłoby się w odgrzewanie starych i nie do końca już strawnych kotletów. Zamiast tego otrzymujemy płytę zdecydowanie nowoczesną, bardzo klimatyczną, z heavy metalowym pazurem, nie będącą jednocześnie drastycznym odcięciem się od znanego słuchaczom stylu Lilian Axe. Do niesamowitego nastroju i profesjonalnego wykonastwa dorzućmy jeszcze kilka niezapomnianych melodii, jak zwykle monumentalne, kipiące melodią solówki Steve'a Blaze'a i pełen melancholii, silny wokal Derricka LeFevre'a nieodmiennie przypominający poprzedniego wokalistę Lilian, Rona Taylora - czegóż chcieć więcej?

5. Steel Panther Feel The Steel
Jedni czują się tą płytę - jej jajcarskim, chamskim i wulgarnym klimatem - urażeni, inni ją kochają, a ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej kategorii. "Feel The Steel" to jedna z płyt roku 2009 - tekstowym zgrywom, wyssanym z palca historiom i przerysowanemu image'owi muzyków Steel Panther, którzy z kanonów lat '80 robią sobie ewidentne jaja, towarzyszy bowiem w warstwie muzycznej rewelacyjne, dynamiczne i ultramelodyjne brzmienie... Czysty hair metal w najlepszej formie. Każdy, kto lubi znakomite granie połączone z niewybrednym poczuciem humoru, czuł niedosyt po EP-ce "Metal Shop" z 2003 roku. Teraz zaś każdy fan "najlepszego zespołu lat '80, który nie powstał w latach '80" może czuć się usatysfakcjonowany. Death to all but metal! ;-)

6. Sunstorm House Of Dreams
Album zdecydowanie słabszy od znakomitej "jedynki" projektu Sunstorm, która pod wieloma względami była płytą wyjątkową. "House Of Dreams" wciąż jednak pełen jest niezapomnianych melodii, dynamiki brzmienia, świetnych solówek i - oczywiście - znakomitego wokalu Joe Lynn Turnera, po którego śpiewie wciąż słychać tak rewelacyjną formę, jak i perfekcyjny wprost warsztat. Tak właśnie powinien brzmieć AOR Anno Domini 2009.

7. Heaven & Hell The Devil You Know
Jedna z najbardziej wyczekiwanych premier, przy której nie można mówić o żadnym rozczarowaniu. Zawsze najbliższy był mi skład Black Sabbath z Dio na wokalu - o sile tej inkarnacji BS spokojnie świadczyć może nie tylko chlubna przeszłość, ale i najnowsze wydawnictwo Iommiego i spółki. Mięsiste riffy, znakomite solówki, charakterystyczny dla Heaven & Hell klimat, ciężkie brzmienie sekcji rytmicznej, do tego Ronnie wciąż w znakomitej formie głosowej - weterani heavy metalu po raz kolejny udowadniają, że nie oddadzą korony bez walki. "The Devil You Know" spokojnie można postawić na półce obok "Heaven & Hell" i "Mob Rules".

8. Danger Danger Revolve
Kolejna z szalenie wyczekiwanych premier roku 2009, która w znacznym stopniu okazała się być jednak rozczarowaniem. Płycie zarzucić można kilka słabych punktów, więcej tu też Poleya solo i z Melodicą, niż Danger Danger z czasów "Screw It" i jedynki. Mimo to znakomite "Keep On Keepin' On" oraz takie utwory jak "Hearts On The Highway", "Fugitive" czy "Fu$" wciąż przypominają o niegdysiejszej potędze DD na polu dynamicznych, przebojowych melodii.

9. Saxon Into The Labirynth
Może to kwestia mojego przywiązania do Saxonowego brzmienia, może lekki zastój w tematyce NWOBHM - w każdym razie faktem jest, że "Into The Labirynth" w gruncie rzeczy mnie nie zawiodła. Jest odpowiednia porcja surowego, gitarowego łojenia, trochę wymyślnych solówek, charakterystyczny wokal Biffa. Słowem - wszystko, czego można się spodziewać po klasycznym heavy metalu w lekko unowocześnionej oprawie. Płyta ma kilka nieco słabszych momentów, ale nikną one wobec głównego przesłania płyty- live to rock! A "Into The Labirynth" ma z tym hasłem wystarczająco dużo wspólnego, by znaleźć się w zestawieniu.

10. Markonee See The Thunder
Tym zespołem zainteresowałam się dopiero po grudniowym występie w Polsce i - choć początkowo sampel "Way 2 Go" nie zapowiadał niczego interesującego, to całość "See The Thunder" jako drugie wydawnictwo w karierze Włochów prezentuje się dobrze. Jest to, czego w hard rocku powinno być jak najwięcej - energia, pomysł, melodyjne gitary, znakomite chórki i mnóstwo stadionowych "śpiewańców". Brak jakiejkolwiek odkrywczości czy wydeptywania nowych ścieżek, ale w zamian za to otrzymujemy rock'n'rollowy czad, którego współczesnej muzyce tak bardzo brakuje. Płyta jest bliska wczesnemu Bon Jovi czy pierwszym wydawnictwom Warranta. Dużą zasługą jest mastering legendarnego Beau Hilla.

LSDISEASE

Lillian Axe - Sad Day On Planet EarthPlace Vendome - Streets Of FireGreat White - RisingToxic Taste - ToxificationInnocent Rosie - Bad Habit Romance

Sporo czasu myślalem nad tym, jakie płyty znajdą się w moim Top 10, a jeszcze dłużej, jakie zajmą pozycje. W końcu udało się zrobić to zestawienie. Tym razem bez thrashu, natomiast z dominacją melodyjnej odmiany hard rocka. "I know, it's the sign of the times" - śpiewał kiedyś Joey Tempest na wyśmienitym albumie Europe "Out Of This World". Kilka pozycji z tej listy ma właśnie klimat tegoż krążka sprzed 21 lat. A więc...

1. Lillian Axe Sad Day On Planet Earth
Długo zastanawiałem się, który z albumów tego roku wygra w moim zestawieniu. Z jednego strony sporo dobrych płyt się ukazało, z drugiej jednak bardzo mało takich, o których mogę powiedzieć, że w zupełności spełniły moje oczekiwania. "Sad Day On Planet Earth" to urzekająca melancholia i zarazem potwierdzenie klasy tego zespołu. Płyta w sam raz na zimowe wieczory. Bezapelacyjny zwycięzca w kategorii płyta 2009 roku.

2. Place Vendome Streets Of Fire
Dość długo przyszło nam czekać na następcę świetnego debiutu tej supergrupy, ale warto było czekać. Michael Kiske udawadnia, że dalej jest w pierwszorzędnej formie i takimi wydawnictwami bije na głowę dawnych kolegów z Helloween, którzy zdołali się już skanibalizować na dobre. No i warto dodać, że bardzo optymistyczne dźwięki panowie tutaj wygrywają.

3. Great White Rising
Ten album długo przewodził z moim zestawieniu. Co prawda mamy tutaj raczej łagodny repertuar, ale podany z wielką klasą doświadczonych rockmanów. W przeciwieństwie do tegorocznego zwycięzcy mojego plebiscytu i podobnie jak w przypadku Place Vendome, mamy tutaj optymistyczne nuty i taki klimat też mi odpowiada. Jeszcze raz panowie z Great White pokazali, że co jak co, ale końcówka tej dekady należy do nich. Po udanym "Back To The Rhythm" krążek "Rising" również nie rozczarowuje.

4. Toxic Taste Toxification. Jeśli ktoś ma ochotę na odrobinę rock and rolla, chyba nie ma lepszej płyty z 2009, spełniającej taką zachciankę. Rolf Kasparek, naczelny Running Wild, tutaj jako TT Poison pokazał, że tak naprawdę przez całą swoją karierę hołdował rock and rollowi ubierając go jedynie w metalowe szatki. Ta płyta odsłania w pełni prawdziwe oblicze pirata z Hamburga. Album bardzo dobry.

5. Innocent Rosie Bad Habit Romance
Mamy tu do czynienia z nową nadzieją sleazu. Moim skromnym zdaniem to najlepszy debiutant w tym gatunku od czasu Crashdïet i uważam, że ci panowie zasługuja na conajmniej takie samo uznanie. Kawałki są energetyczne i większośc z nich zwala z nóg. Oby tak dalej.

6. Sunstorm House Of Dreams. O ile Place Vendome mnie nie rozczarowali, o tyle Sunstorm w porównaniu z poprzednim - świetnym - albumem nagrali płytę słabszą. Co nie świadczy o tym, że to złe wydawnictwo. Brzmienie jego powala od samego początku. Z samymi kompozycjami jest ciut gorzej, ale mimo wszystko pokazują klasę i absolutny profesjonalizm. Niewiele płyt jest obecnie realizowanych na tym poziomie. A większość kawałków i tak lubię.

7. Kingdom Come Magnified
Lenny Wolf co jakiś czas udawadnia, że stać go na zmajstrowanie dobrej płyty. Nie dzieje się to zbyt często, ale jeśli już trafi, to na ogół w 10. Album co prawda nie jest jakiś specjalnie przebojowy (poza dwoma utworami), ale niesamowicie hipnotyzuje i wciąga. Takie płyty pamięta się później latami.

8. Praying Mantis Sanctuary
Parying Mantis to zasłużony zespół grający NWOBHM... przynajmniej kiedyś to grali. A co grają teraz? Sentymentalny melodic metal? Mieszankę AORu i hard rocka? A czy to ważne? Ważne, że robią to dobrze i doskonale potrafią podać materiał raczej tradycyjny. Większość kapel, które silą się na takie granie, po prostu odpada w przedbiegach. Z Praying Mantis jest inaczej. Myślę, że wiele jeszcze pokażą w swojej trwającej już ponad 3 dekady karierze.

9. Nasty Tendency Wild And Nasty
Gdyby nie słodziusia Nikky Nails, pewnie by się nie znaleźli w mojej dziesiątce. Ot, heavy metalowy zespolik jakich wiele. No ale właśnie ta dziewczyna sprawia, że chętnie sięgam po krążek "Wild And Nasty". Jest obecnie bardziej zadziorna niż większość rockowych panienek. A że przy tym jeszcze urzeka naturalnością i zupełnie bezceremonialnym podejściem? Niech posłuchają jej te wszystkie młodociane divy, które udają wielkie piosenkarki. Może przynajmniej pozbędą się tej wydumanej pozy.

10. Winger Karma
Dlaczego jeden z moich ulubionych zespołów wylądował dopiero na 10 miejscu? Długo zastanawiałem się, czy w ogóle uwzględnić ten album, bowiem w moim odczuciu jest znacznie słabszy niż cztery poprzednie, doskonałe płyty. Jednak po namyśle stwierdzam, że warto choćby dla czterech utworów, które mi się tutaj podobają. Może z czasem spodoba się więcej, bo nie da się ukryć, że Winger to wciąż zespół perfekcjonistów. Tym razem po prostu nie trafili trochę z repertuarem.

Rozczarowaniem roku jest z całą pewnością "Babylon" W.A.S.P., choćby dlatego, że to raczej EP niż album (dwa cudze kawałki, dwie ballady, nie ze mną te numery panowie). Może nie byłoby to nic dziwnego, bo W.A.S.P. mieli słabsze krążki w dyskografii, ale po ostatnim świetnym "Dominatorze" zaostrzyłem sobie apetyt na coś podobnych lotów. Szkoda. Z wyróżnień, warto wspomnieć album Baltimoore "Quick Fix", "The Hardest Town" Rhino Bucket oraz dobry krążek polskiego Silver Samurai "Back To The 80's". Całkiem przyzwoite wydawnictwa. I to by było na tyle. Życzę wszystkim udanego płytowego roku 2010.

GUCIOMIR

Chris Laney - PureSteel Panther - Feel The SteelW.E.T. - W.E.T.The Last Vegas - Whatever Gets You OffFreakshow - Freakshow

Nie traćmy czasu na niepotrzebne wstępy, gdyż nie ma sensu, aby powtarzać innych redaktorów. Let's rock!

1. Chris Laney Pure
Właściwie jedyna płyta, która swoim poziomem znacznie wybiła się ponad resztę tegorocznych wydawnictw. Już od pierwszych sekund oczarowały mnie agresywne, ostre partie gitar, a dalej było jeszcze lepiej. Polecam i zachęcam do kupna w ciemno wszystkim tym, którzy lubią mocne, melodyjne granie. Laney udowodnił, że jest bardzo wszechstronnym muzykiem. Zdecydowanie postać roku. Cóż za debiut, cóż za siła...

2. Steel Panther Feel The Steel
Nie ujmę tego trafniej niż mój kolega po fachu: "płyta jest chamska, wulgarna, nieokrzesana, dziecinnie niegrzeczna... ale muzycznie techniczna, dopracowana, melodyjna i ostra”. Pomimo pewnego początkowego sceptycyzmu sięgnąłem po "Feel The Steel" i usłyszawszy "I kiss your mouth even after you swallow my load” wiedziałem, że szybko się od niej nie oderwę. Pierwszorzędny pastisz. Steel Panther jako jedyni byli w stanie zdetronizować Laneya, chociaż trwało to jedynie kilka tygodni w moim prywatnym rankingu.

3. W.E.T. W.E.T.
Uważny czytelnik zauważy, że jest to jedyna stricte AOR-owa płyta na mojej liście. Materiał na niej zawarty jest rewelacyjny, a "One Love" może uchodzić za utwór roku. Jednocześnie W.E.T. uświadamia mi, że pod AOR-owym względem 2009 rok był znacznie słabszy od 2008, kiedy takich "wetów” było znacznie więcej. Kapelę polecę tym, którzy oczekują od AOR-u czegoś więcej niż melodii i łagodnego brzmienia.

4. The Last Vegas Whatever Gets You Off
Krążek spodobał mi się już za pierwszym przesłuchaniem, ale wraz z biegiem czasu nabrał jeszcze więcej mocy. Może to kwestia lepszego sprzętu grającego w wozie, ale kiedy przed paroma dniami ponownie uruchomiłem "Whatever Gets You Off", wiedziałem, że wydawnictwo jest jednym z najlepszych tegorocznych. Spodoba się z pewnością fanom hard rocka z końcówki lat '80, gdyż brzmi tak, jakby muzycy żyli właśnie w tym okresie.

5. Freakshow Freakshow
Plejada gwiazd musiała zrobić swoje. Płyta nie jest najłatwiejsza w odbiorze i z pewnością nie jest przeznaczona dla każdego. Sądzę jednak, że tak właśnie wygląda przyszłość hard rocka i obym się nie pomylił. Freakshow to oczywiście kopia Miss Crazy, ale wraz z tym albumem Marcus Allen Christopher wskoczył na wyższy poziom i otarł się o upragnione mistrzostwo. Szkoda, bo jeśli wierzyć plotkom zespół zakończył już swój żywot.

6. Johnny Lima Livin' Out Loud
Coś dla fanów Bon Jovi. Bodaj najlepszy krążek Limy, a przynajmniej na mnie zrobił największe wrażenie. Jest to granie łatwe w odbiorze i bez problemu wpadające w ucho. Można się przy nim zapomnieć, o czym boleśnie się przekonałem otrzymując mandat za nadmierną prędkość.

7. Winger Karma
Przypominają się stare dobre czasy, przypomina się "Pull". Kip i Reb są w wysokiej formie, co dodatkowo potwierdzili w warszawskiej Progresji. Płyta bogata, dopracowana, nagrana ze smakiem i pewnym rzadko spotykanym wyczuciem. Solówka w "Witness" po prostu zabija, a utwory z całego krążka długo chodzą po głowie.

8. Arthur Falcone' Stargazer The Genesis Of The Prophecy
Album brzmi, jakby powstał w latach '80 i nie chodzi o same utwory, ale o ich brzmienie. Za rekomendację właściwie wystarczyłoby przyrównanie płyty do twórczości Yngwiego Malmsteena z okolic "Trilogy" i "Eclipse". Arthur Falcone udowodnił swoją klasę, a "The Genesis Of The Prophecy" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

9. Steevi Jaimz My Private Hell
Płyta została wyprodukowana przez Chrisa Laneya i już sam ten fakt, świadczy niezbicie o klasie Chrisa. Steevi Jaimz nagrał jeden z najlepszych, kto wie czy nie najlepszy album w swojej karierze i jeśli mam być szczery, to spodobał mi się bardziej niż jego wcześniejsze dokonania w Tigertailz. Tak czy inaczej, solowy Laney jest znacznie ciekawszy i nie podlega to żadnej dyskusji.

10. Joy Machine ... To Be Rock And Not To Roll...
Jakże miły polski akcent. Porcja bardzo dojrzałego, energicznego gitarowego grania. To skandal, że tak utalentowani muzycy nie byli w stanie znaleźć wytwórni chętnej na podpisanie kontraktu. Tym samym zespół zdecydował się udostępnić swoją muzykę za darmo i gorąco zachęcam do odwiedzenia ich strony internetowej. Jedyny minus? Tytuł płyty.

Tradycyjnie postanowiłem wyróżnić kilka zespołów, przy czym przypomnę, że wyróżnienia nie oznaczają zajęcia miejsc tuż za finałową dziesiątką w rankingu.

Highest Dream Far Away From Here
Jedna z najlepszych AOR-owych płyt tego roku, szkoda jedynie słabszej produkcji, gdyż gdyby pozbawić Highest Dream tej wady, to album powalczyłby o top10

Europe Last Look At Eden
Bardzo pozytywna niespodzianka. Nie sądziłem, że zespół nagra w swoim nowym stylu album, który przypadnie mi do gustu. Kilka kawałków powala, szkoda, że znalazło się też sporo wypełniaczy.

Silver Samurai Back To The '80s
Kolejny polski akcent i ponownie gorąco zachęcam do wspierania zespołu. Panowie wbiliby się do top10, gdyby nie słabiutkie teksty utworów śpiewanych po angielsku (te po polsku były ok).Zatrudnijcie kogoś porządnego do pisania słów, a będziecie wielcy!

Jorn Spirit Black
Do Jorna byłem od dawna uprzedzony i sam właściwie nie wiem czemu. Tym wydawnictwem wokalista przekonał mnie jednak do siebie. Kupa świetnego grania.

Blanc Faces Falling From The Moon
AOR-owy album, który naprawdę może się podobać. Głupio mi się do tego przyznać, ale nie znałem wcześniej tej formacji i wiem, że muszę nadrobić zaległości. Jeśli chodzi o ich najnowszy krążek, to szkoda jedynie, że materiał jest mało różnorodny.

The Trophy The Gift Of Life
Granie trochę inne od tego co słucham na co dzień, ale spodobało mi się tak bardzo, że przez parę dni nie mogłem się od niego oderwać. Polecam.

Minusy:
Lita Ford - fatalna płyta, nieudany powrót. Wyłączyłem go po paru utworach.
101 South - takiego nudnego krążka nie spodziewałem się po AOR-owych gigantach. Liczyłem na znacznie, znacznie więcej.

Rok 2009 zostawił po sobie mieszane odczucia. Z jednej strony wydanych zostało naprawdę sporo płyt, ale z drugiej spodziewałbym się większej ilości dobrych krążków. Z przykrością stwierdzam spadek poziomu AOR-owych wydawnictw, których było wiele, ale nieliczne wybiły się ponad przeciętność. Legendy nie zachwyciły (po raz kolejny), ale cieszyć może to, że większość albumów trzyma wysoki poziom. Był to jednocześnie rok debiutantów, o czym można się przekonać przeglądając moje zestawienie najlepszych tegorocznych płyt. Podejrzewam, że 2010 też będzie należał do młodych, utalentowanych i zarazem nieznanych jeszcze kapel. Apetyt podsycają dodatkowo zespoły, które w poprzednich latach zwróciły na siebie moją uwagę. Mam na myśli Crashdïet, H.e.a.t, Crazy Lixx, Wig Wam, Loud Lion. Powrócą jedne z moich ulubionych legend, czyli Giant, Firehouse, Ratt oraz Fifth Angel. Czuję, że 2010 będzie rewelacyjny i już nie mogę się go doczekać.

GUITARRIZER

DGM - FrameSteevi Jaimz - My Private HellSilent Memorial - RetrospectiveVindictiv - Ground ZeroVoices Of Rock - II: High & Mighty

Rok 2009 to niemal istny potop, prawdziwy zalew sceny melodyjnych odmian rocka, jeśli chodzi o ilość płyt, jakie ujrzały światło dzienne. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przesłuchałem ponad pół tysiąca pozycji, co daje liczbę prawie dwukrotnie większą w porównaniu z rokiem poprzednim. Nie oznacza to, że wybór najlepszych wydawnictw do niniejszego zestawienia był przez to trudniejszy, wręcz przeciwnie, większość krążków była na tyle słaba, że została zdyskwalifikowana niemal na starcie, ale o tym pożalę się przy końcu całego wywodu. Nie próżnowali twórcy AOR-owi, ale poziom nagrań większości grup był zbliżony, toteż w moim zestawieniu ten gatunek będzie niemal nieobecny. Podobnie rzecz się miała z klasycznym hard rockiem, poziom wyrównany, natomiast rzuca sie w oczy tendencja do wydawania coraz większej liczby albumów w tej stylistyce. Czyżby wracała moda na granie w klimatach Led Zeppelin? Z rockiem, czy też metalem progresywnym było różnie. Większość wydawnictw była niestety taka sobie, jednak udało mi się wygrzebać kilka perełek, które trafiły na moją listę.

Tradycyjnie w przypadku przygotowanego przeze mnie zestawienia kolejność wzmiankowanych pozycji nie gra szczególnej roli. Oto moje typy do miana najlepszej płyty roku 2009:

1. DGM Frame
Płyta Włochów była moim absolutnym faworytem od czasu, jak tylko wyszła i nic nie strąciło jej z piedestału aż do końca roku. Dużo karkołomnych riffów, rewelacyjne brzmienie, wysoki poziom techniczny, wspaniałe melodie... Doskonały pokaz możliwości technicznych Simone Mularoniego i reszty chłopaków.

2. Steevi Jaimz My Private Hell
Jeden z albumów, które łatwo pokochać od pierwszego usłyszenia. Steevi nagrał krążek lepszy niż jego niegdyś macierzyste Tigertailz, a do tego jest to jedna z najlepszych produkcji ze stajni Chrisa Laneya, w mojej ocenie nawet lepsza niż jego solowe wydawnictwo.

3. Silent Memorial Retrospective
Fakt faktem, że największą zasługą Szwajcarów jest sklonowanie najlepszych według mnie dokonań Dream Theater. Oryginalności wprawdzie zero, ale za to jakie wykonanie! Kraj serów i czekolad może poszczycić się jeszcze jednym produktem wysokiej jakości.

4. Vindictiv Ground Zero
Godny następca rewelacyjnego debiutu, choć w przeciwieństwie do niego znalazło się tu kilka słabszych kompozycji. Z drugiej strony ilość smaczków, jakie zostały tu wplecione, w tym klasyczna mini-orkiestra, jest po prostu ujmująca i rekompensuje nieliczne mankamenty wydawnictwa.

5. Voices Of Rock II - High & Mighty
Doskonały przykład na to, że producenci mogą wykreować prawdziwe dzieło sztuki. Postawiono na sprawdzone patenty, nie eksperymentowano i przede wszystkim zatroszczono się o zebranie pod jednym dachem najlepszych "głosów rocka". Dodam, że rocka melodyjnego. Po dwóch wspaniałych albumach rośnie apetyt na trzeci.

6. Solna Eurameric
Najzabawniejsze w przypadku tej płyty jest to, że przy pierwszych dwóch przesłuchaniach kompletnie mi się nie podobała. A po kilku kolejnych już nie mogłem się od niej oderwać... Świetna robota Pameli Moore i nadzwyczaj udane zgranie instrumentalistów co do wspólnego kierunku. Trochę za dużo znalazło się tu ballad, ale wybaczam.

7. Chickenfoot Chickenfoot
Szczerze mowiąc, podchodziłem z rezerwą do informacji o tym wydawnictwie. Byłem przekonany, że takie osobistości jak Sammy Hagar i Joe Satriani nie zgrają się i wyjdzie z tego jakiś chłam. Jakże się myliłem. To jedno z najlepszych, nawiązujących do klasyki wydawnictw hard rockowych w ostatnich latach.

8. Lynyrd Skynyrd God & Guns
Ta legenda southern rocka jest po prostu nieśmiertelna. Pomimo przeciwności losu robi swoje i co najważniejsze, nagrywa rewelacyjny krążek potwierdzając tym samym swoje pierwsze miejsce w gatunku. Płyta ma ten niesamowity klimat, który sprawia, że wydaje się być autentyczna, naturalna i skomponowana z sercem.

9. Pantommind Lunasense
Totalne zaskoczenie. Kompletnie nie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę jakiś progmetalowy zespół z Bułgarii i w dodatku tak dobrze grający. Zresztą chłopaki przykładają się nie tylko do muzyki, godna pochwały jest też szata graficzna okładki, że nie wspomnę o stronie internetowej kapeli.

10. Hardcore Superstar Beg For It
Ta ekipa ewoluuje i to w kierunku, jaki bardzo mi odpowiada. Jest w tym pewnego rodzaju świeżość i energia, jest i pewnego rodzaju nadzieja, że nie wszystko co nowe musi być mizernej jakości. Płyta spodobała mi się ze względu na pewne podobieństwa stylistyczne do Gemini Five "Sex Drugs Anarchy", gdzie uwiodły mnie te same cechy w nagraniach.

11. Adagio Archangels In Black
Był to jeden z pierwszych albumów, jakie trafiły w moje ręce Anno Domini 2009 i jakie bardzo często gościły w moich głośnikach w pierwszej połowie roku. Wielu słuchaczy oburza się na fakt, że ta francuska grupa tak odważnie podeszła do eksperymentów w łączeniu ze sobą zdawałoby się odleglych gatunków (pojawiły się nawet growle). Cóż, mnie się to spodobało.

12. Amaryllis Inquietum Est Cor
Nasza rodzima ekipa z Poznania porwała się na nietypowy eksperyment i połączyła muzykę dawną z rockiem progresywnym. Ponieważ nie jest to granie łatwe i stereotypowe, raczej nie wróżę muzykom komercyjnego sukcesu, ale jestem pewien że album docenią słuchacze ceniący sobie oryginalność i wysoki poziom wykonawczy.

13. Jorn Spirit Black
Ten norweski wokalista nie przestaje mnie zaskakiwać i zaczyna nagrywać krążki, które trafiają w mój gust. "Spirit Black" jest w mojej ocenie lepszym wydawnictwem od "Lonely Are The Brave", choć i tamto złe przecież nie było. Mam przeczucie, że najlepsze dzieło Jorna jeszcze przed nami.

14. Arthur Falcone' Stargazer The Genesis Of The Prophecy
Niby nic oryginalnego, bo utalentowany włoski gitarzysta raptem kopiuje styl Ritchiego Blackmore'a i Yngwiego Malmsteena, ale w jaki sposób to robi, to kapelusze z głów! Jest jak swego rodzaju animator, potrafi włożyć w swe granie tyle duszy, że łatwo dałbym się oszukać, czy nie gra tu może sam Blackmore lub Yngwie.

15. Vinnie Moore To The Core
Vinman potwierdza swoją klasę kolejną płytą, na którą przyszło czekać maniakom gitarowego wymiatania parę ładnych lat. Wirtuoz nie odkrywa na niej w zasadzie niczego nowego, raczej pokazuje, że wciąż jest w wysokiej formie. Przede wszystkim nie ulega modom, robi swoje, przy tym udowadniając, że nie wszystko w dziejszych czasach jest dla kasy, a prawdziwa sztuka się obroni.

16. Joe Stump Virtuostic Vendetta
Umiejętności tego wioślarza są niepodważalne, choć wciąż nie wiem, czy naśladowanie Malmsteena w jego stylu gry to zaleta, czy może wręcz przeciwnie. Najbardziej w pamięci utkwił mi utwór "The Dance Of Kashani" i jest on w moim odczuciu swojego rodzaju wizytówką owego krążka.

17. Veloce Hystoria Shining & Majestic
Progmetal z neoklasycznymi wtrętami grają Francuzi znakomity i pewnie znaleźliby się w pierwszej dziesiątce, gdyby na płycie zaśpiewał jakis lepszy wokalista. Siłę rażenia mają podobną do ubiegłorocznego wydawnictwa Hollow Haze i jak dla mnie jest to mniej więcej ta sama liga.

18. Dream Theater Black Clouds & Silver Linings
Nowojorczycy odgrażali się, że szykują cos na miarę "Images And Words", rzeczywistość okazała się wprawdzie zupełnie inna, ale album jest pod conajmniej kilkoma względami lepszy od swego poprzednika, więc należy mu się miejsce na niniejszej liście. Dream Theater to teraz zespół metalowy, nadal jednak potrafiący zaskoczyć od czasu do czasu jakimś ciekawszym pomysłem.

19. W.A.S.P. Babylon
Płyta ekipy Blackiego wydaje mi się trochę za krótka, ale jest na tyle dobra, że mi to jakoś szczególnie nie przeszkadza. Można dyskutować, czy jest to pozycja lepsza od "Dominatora", ale niezaprzeczalny jest fakt, że swój sukces zawdzięcza klonowaniu pomysłów z klasycznych krążków grupy.

20. Winger Karma
Załoga Kipa to jeden z moich ulubionych zespołów od wielu lat, więc to niemal pewne, że cokolwiek nagrają, to mi się spodoba. Najnowsze dziecko Wingera podoba mi się, niemniej jednak nie aż tak bardzo jak poprzedni album studyjny, "IV", stąd też i niższe miejsce na tej liście rarytasów.

Znakomitych wydawnictw było w roku 2009 całe mrowie i by oddać sprawiedliwość temu rocznikowi, należałoby listę rozszerzyć do conajmniej 50-60 pozycji. Z różnych powodów z mojego zestawienia wypadło wiele zespołów, co nie znaczy, że nie są one godne uwagi. Wśród nich były m. in. Sunstorm, Hardline, Heaven & Hell, Steel Panther, Constancia, Impellitteri, Place Vendome, Dirty Penny, Europe, Mob Rules, Dynazty, Shakra, Fire, Doro, Black River, Eruption, Overland, Babylon Bombs, Praying Mantis, Mind Key, Wildstreet, Jaded Heart, Gotthard, Danger Danger, Joy Machine, UFO, Tango Down, FarCry, Lynch Mob, Grand Design, Stryper, W.E.T., Adamantra, Salute, Rob Balducci, Heartlyne, Status Minor, Great White...

Chciałem jeszcze przy okazji wspomnieć o dwóch cholernie dobrych piosenkach, które mocno zapadły mi w pamięć i długo mnie "prześladowały". Pierwsza to "4 Leaf Clover" Strypera, posiadająca niesamowity klimat i wybijająca się dalece ponad i tak całkiem niezły album. Drugą jest "Too Far Away" polskiego Black River - nadzwyczaj udane połączenie wpływów Motörhead, Danzig i Deftones urzekło mnie od razu i nadal mnie kręci.

W kategorii umiarkowanych rozczarowań roku mógłbym wymienić płyty Lillian Axe, Danger Danger i Queensrÿche. Po pierwszej ekipie spodziewałem się większej ilości melodii i rewelacyjnych solówek, po drugiej materiału o większym stopniu różnorodności (choć sama płyta jest dobra). Co do ekipy Geoffa, to bardziej zawiniły moje oczekiwania, po prostu naiwnie spodziewałem się czegoś na stylistkę "Empire". Pewnego rodzaju rozczarowaniem jest też fakt, że w zalewie tak ogromnej liczby albumów, tylko niewielki ich procent posiada jakieś walory artystyczne. A szkoda, bo poprzedni rok w takim ujęciu procentowym był o wiele lepszy.

Nadzieje na rok 2010? Jestem ciekawy, co też tym razem zmajstruje Alice Cooper. Niesłychanie ucieszyła mnie wiadomość o powrocie na scenę muzyczną grupy Fifth Angel, bo ich drugi krążek od wieków uważam za jeden z najlepszych w gatunku hard rocka. Możliwe że pozytywnie zaskoczy mnie inna powracająca załoga - Fates Warning. Mam przeczucie, że nowy materiał Gianta nie dorówna jego starszym nagraniom, ale obym się mylił. Apetyt rozbudzają zapowiedzi nowych wydawnictw Ratt, M.ill.ion, Keel, Silent Call, Sora i Symphony X. Doświadczenia z ostatnich lat nauczyły mnie także nie ignorować zdolnych debiutantów i "spodziewać się" miłych niespodzianek.