Kilka ostatnich tygodni było dla naszej redakcji czasem bardzo pracowitym. Trzeba było zebrać wszystkie wydawnictwa z ubiegłego roku, raz jeszcze solidnie przesłuchać (a sporo tego było), pofilozofować nad nimi, posortować, przecedzić, finalnie ocenić. Jakiż byłby z tego wszystkiego pożytek, gdybyśmy nie opublikowali wyników naszych rozmyślań? Tak więc zapraszamy do lektury i przypominamy, że odbiór muzyki jest zawsze czysto subiektywny...

Punktacja zestawienia całościowego:
W zależności od miejsc przyznanych przez poszczególnych redaktorów płytom zostały przyporządkowane punkty. Za pierwsze miejsce w rankingu album dostawał 10 punktów, za drugie 9 i tak aż do dziesiątego, za które można było otrzymać 1 punkt. Otrzymane wyniki zostały zsumowane i w ten sposób zostało wyłonionych 10 najlepszych wybranych przez redakcję płyt.

1. Whitesnake Good To Be Bad - 38 pkt
2. Marcello-Vestry Marcello-Vestry - 32 pkt
3. Eclipse Are You Yeady To Rock - 31 pkt
4. H.e.a.t H.e.a.t - 27 pkt
5. White Lion Return Of The Pride - 23 pkt
6. Tesla Forever More - 21 pkt
7. Guns N' Roses Chinese Democracy ex aequo Driver Sons Of Thunder - 18 pkt
9. Uriah Heep Wake The Sleeper ex aequo AC/DC Black Ice - 17 pkt

A teraz szczegółowe uzasadnienia poszczególnych typujących...

GUITARRIZER

Vindictiv - VindictivSeventh Wonder - Mercy FallsDriver - Sons Of ThunderMarcello / Vestry - Marcello / VestryM.ill.ion - Thrill Of The Chase

Po bardzo udanym muzycznie roku 2007 nadeszła kolej na rewelacyjny 2008. Szczerze mówiąc tak udanego okresu jak ten nie było chyba od prawie 15 lat. Doskonałe płyty wyszły w wielu gatunkach muzycznych, przede wszystkim w tych związanych z profilem naszego serwisu. Pozycje te ukazywały się niemal lawinowo, tak więc rzadko kiedy zdarzało mi się sięgać po starsze nagrania i w mojej wieży niemal non-stop kręciły się nowości. O ile rok poprzedni zdawał się upłynąć pod sztandarami sleaze rocka, o tyle kolejny wydaje się należeć szczególnie do AORu i rocka/metalu progresywnego, choć oczywiście zaskoczyły nas i takie gatunki jak klasyczny hard rock. To jeszcze nie koniec dobrych wiadomości. Kraj nad Wisłą zaczęły coraz liczniej odwiedzać różne zespoły prezentujące swój repertuar w wersjach koncertowych. Oby tak dalej, zawsze dobrze jest skonfrontować material studyjny z tym, jak wypada on na scenie.

Wybranie 10 najlepszych krążków AD 2008 byłoby rzeczą niezwykle trudną, bo płyt godnych uwagi było chyba więcej niż tych słabszych, toteż postanowiłem pójść na łatwiznę i zamiast standardowej dziesiątki wymienić ich dwadzieścia. Kolejność nie jest szczególnie zobowiązująca, każda z wymienionych pozycji ma w sobie coś szczególnego i nie znalazła się tu przypadkiem. Oto moja lista:

1. Vindictiv Vindictiv
Ekipa Lindholma zaskoczyła mnie zupełnie. Edman za mikrofonem przeszedł samego siebie i ciężko go poznać, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, jaką metamorfozę przeszedł od czasów, kiedy śpiewał u Malmsteena i Noruma. Szwedzi nagrali album bez wypełniacza, bardzo składny jako całość i pełen zapadających w pamięć melodii. Brzmieniowa i aranżacyjna perła. Pierwsze miejsce na liście zawdzięcza temu, że najdłużej gościła w moich głośnikach.

2. Seventh Wonder Mercy Falls
Raz jeszcze Szwedzi. Muzycy zrobili sobie wycieczkę po kilku melodyjnych gatunkach muzyki rockowej i była to wycieczka udana. Ogromną rolę grają tu klawisze, choć i pozostałe instrumenty nie zostają daleko w tyle. Zespół bardzo ambitnie podszedł do sprawy i nagrał najlepszą pozycję w swej dyskografii. Co ciekawe, każda kolejna jak dotąd płyta była lepsza od poprzedniczki, nie mogę się więc doczekać kolejnej.

3. Driver Sons Of Thunder
Album miał wyjść na początku lat '90, może i dobrze, że się wtedy nie ukazał, bo w 2008 jasno błyszczy wśród wydawnictw z pogranicza hard rocka i melodic metalu. Piosenki zostały dopracowane, przearanżowane, dokomponowano też kilka nowych w podobnym stylu, ale i zachowano różnorodność między kompozycjami. Już dawno nie słyszałem Roba Rocka w tak dobrej formie, dobrze jest też zobaczyć Roya Z w innej roli niż producenta. Krążek rozbudził mój apetyt i mam nadzieję, że zespół tym razem już nie zniknie ze sceny muzycznej na dłużej.

4. Marcello-Vestry Marcello-Vestry
Był to silny kandydat do płyty roku i pewnie pozostałby na szczycie, gdyby nie to, że AOR nawet grany z hard rockowym zacięciem nigdy nie będzie tak ambitny jak wydawnictwa zahaczające o progres. Tak czy inaczej, płyta wspaniała, bez słabych utworów, pełna dobrych melodii, technicznych solówek, rewelacyjnie wręcz wyprodukowana. Panowie Ravel i Marcello trzymają klasę i aż chce się czekać na nowe wynurzenie Danger Danger, w którym obaj się przecież udzielają.

5. M.ill.ion Thrill Of The Chase
To było pierwsze CD z ubiegłorocznych nowości, jakie usłyszałem i zakupiłem w wersji oryginalnej przez Internet nie mogąc doczekać się sklepowej premiery (w sklepach nie widzę go zresztą do tej pory). Im więcej razy płyty słuchałem, tym bardziej mi się podobała. Pikanterii dodaje fakt, że jest to jak dotąd najlepsze dzieło Szwedów, oby ich kiedyś słuchacze docenili, bo jak na taki staż, to nie są raczej zbyt popularni, a szkoda, według mnie to wielki zespół. Jedna z ostatnich ostoi prawdziwego hard rocka, z Hammondami. Szkoda też, że odszedł z grupy Jonas Hermansson, oby nowy gitarzysta nie był gorszy.

6. H.e.a.t H.e.a.t
Jeszcze jedno wydawnictwo, na które czekałem niecierpliwie, zanim w ogóle wyszło. Podobał mi się pomysł fuzji dwóch różnych zespołów, by finalnie stworzyć projekt dużo wyższych lotów. Z pewną nadzieją patrzę na muzyków jako nastepców i kontynuatorów dawnego oblicza ich rodaków Europe. Płyta jak z lat '80, zasadniczo AORowa, choć nie brak i ostrzejszych momentów - właśnie te momenty podobają mi się najbardziej i życzyłbym sobie, by na kolejnym krążku grupa podążyła w takim kierunku. Niech to teraz ktoś przetłumaczy na szwedzki ;).

7. Uli Jon Roth Under A Dark Sky
To chyba najbardziej ambitny projekt, jaki słyszałem w ciągu ostatnich kilku lat. Uli pokazał już, że potrafi przearanżować i zagrać Vivaldiego, teraz bierze się za operę i próbuje dogonić Wagnera, co mu szczerze mówiąc całkiem nieźle wychodzi. Aż serce się kraje, że pod względem komercyjnym będzie to pewnie porażka, bo pod względem artystycznym jest to przecież arcydzieło. Apeluję do fanów Malmsteena i muzyki poważnej, by chociaż oni sięgneli po ten rążek i w ten sposob uchronili go przed zapomnieniem.

8. Uriah Heep Wake The Sleeper
Trudno w to uwierzyć, ale Uriah jest jak wino, im starsze tym lepsze. Muzycy sprawili mi miłą niespodziankę nagrywając tak potężny materiał. Najlepszy album w kategorii "klasyczny hard rock w 2008 r.", w zasadzie rzecz bezdyskusyjna. Stara, dobra stylistyka, podana w dopieszczonej studyjnej oprawie. Rzecz dostępna jest też w formie analogu, a jakże, chwilami żałuję, że nie dysponuję adapterem, ale dzięki takim nagraniom zaczynam rozważać jego zakup.

9. Silent Call Creations From A Chosen Path
Po Vindictiv i Seventh Wonder jeszcze jedno dzieło łączące w sobie melodyjnego rocka z progresem. Z zakupem płyty zwlekałem spory czas, bo połowa ścieżek była w moim mniemaniu zbyt podobna do siebie. W końcu zamówilem przez Internet, bo przecież w sklepach taki towar na półkach nie leży i teraz nie żałuję - spodobało mi się tu wszystko. Wielki plus za brzmienie i produkcję, mało kto przykłada do tego wagę w dzisiejszych czasach, kiedy to panuje "garażowy sound".

10. Eclipse Are You Ready To Rock
Sample z tego krążka usłyszałem dość wcześnie, więc wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać. Rewelacyjna kopia Whitesnake (którego wprawdzie w moim zestawieniu zabrakło, ale pomijam go z czystym sumieniem, gdyż niemal na pewno będzie na listach moich kolegów) z dodatkami a'la Europe, Malmsteen, czy nawet na upartego Mr. Big. Nie wiem, czy płyta ta wejdzie do jakiegos kanonu klasyki melodyjnego hard rocka, ale jestem przekonany, że to jedna z najbardziej godnych uwagi pozycji wydanych po 2000 roku.

11. Bob Catley Immortal
Szanowałem zawsze Magnum i Catleya, choć równocześnie podchodziłem do nich z dystansem. Dla mnie byli przede wszystkim pewnym symbolem wytrwałości, bo robili swoje bez względu na panujące mody. Namówiony przez redakcyjnego kolegę sięgnąłem po ten krążek o tytule kojarzącym mi się z jakimś black metalem i przeżyłem szok. Toż to bardzo dobrze wyprodukowany kawał melodyjnego hard rocka, który faktycznie wydaje się być nieśmiertelny. Dobrze, że jeszcze ktoś na brytyjskiej ziemi broni jej honoru w zalewie brit popu oraz tanich plastikowych gwiazdeczek jednego sezonu w branży i trzech sezonów w brukowej prasie.

12. Alice Cooper Along Came A Spider
Alice może być dobrym przykładem na to, że po pewne rzeczy po jakimś czasie warto sięgnąć ponownie. Skreśliłem tego artystę z listy moich zainteresowań, kiedy ukazała się niezbyt według mnie udana płyta "The Eyes Of Alice Cooper", coś mnie jednak tknęło by po latach sięgnąć po "pająka". I pozytywne zaskoczenie. Krążek łączy w sobie klasycznego Coopera z tym z czasów "Hey Stoopid", do tego jeszcze teksty wydają się być całkiem interesujące, że nie wspomnę o wstawce kończącej płytę. Dla fanów Alicji rzecz obowiązkowa.

13. Joe Satriani Professor Satchafunkilus
Wirtuoz gitary wyrobił sobie u mnie opinię kolesia, którego kolejne wynurzenia można kupować w ciemno. Cokolwiek nagra, zawsze mi się podoba, zawsze mnie czymś zaskoczy. Tym razem hitem okazało sie promowane teledyskiem "I Just Wanna Rock", ze swym hard rockowym brzmieniem plasującym się blisko lat '70, także arcytajemniczy otwieracz w postaci "Musterion", ale nie tylko. Płyta ląduje w zestawieniu na niższych pozycjach dlatego, że do najlepszych albumów Joego jest jej jednak daleko, a wiem, że Satcha stać na więcej.

14. Brother Firetribe Heart Full Of Fire
Krążek w mojej ocenie lepszy od dobrze przyjętego debiutu. Na jego niekorzyść przemawia zbyt duża liczba podobnych do siebie kompozycji, ale za to dwa utwory tutaj są jak dla mnie nieśmiertelne. Mówię o "Game They Call Love" i "Out Of My Head". Chętnie usłyszałbym cały album utrzymany w takiej stylistyce. Aż dziw bierze, że wioślarz marnuje się w jakimś Nightwishu.

15. Motörhead Motörizer
Kolejną miłą niespodziankę zrobiła mi ekipa Lemmy'ego. Nie przepadałem za Motörhead, ich kompozycje trafiały w mój gust wybiórczo, toteż i dyskografię tej zasłużonej przecież grupy znałem po łebkach. Oto jednak motocykliści powrócili z nadzwyczaj udanym dziełem i o dziwo, ich materiał mi się od razu spodobał. Trafili w dobry okres, kiedy to wręcz zalany AORem szukałem czegoś prostego, ale energetycznego i mocnego zarazem.

16. Rockarma Bring It!
Melodyjny hard rock / hair metal łączący w sobie najlepsze cechy Ratt, Poison, Danger Danger, China, Def Leppard... Czy trzeba lepszej rekomendacji? Zapełniaczy brak, no i można sobie przypomnieć przekrojowo, jak brzmial hair metal w swych złotych latach. Dużo dojrzalszy materiał od debiutu, oby chłopakom starczyło pomysłów na jeszcze conajmniej dwie płyty, uznam ich wtedy za kapelę spełnioną. Jeśli ktoś szuka muzyki na party, po "Bring It!" powinien sięgnąć w pierwszej kolejności.

17. Steve Stevens Memory Crash
Modzie na "staroświeckość" i "klasyczność" uległ też Steve Stevens, jeden z najbardziej poważanych przez mnie wioślarzy. Mało który gitarzysta operuje tak licznymi technikami wydobycia dźwięku z taką precyzją, a do tego ma jeszcze niewyczerpaną głowę pomysłów i potrafi poruszać się po odległych od siebie gatunkach muzycznych. Stevens ma u mnie plusa za miłośc do hard rocka i flamenco oraz szacunek, że i progres nie jest mu obcy. Po tych wszystkich latach, kiedy to muzyka rockowa lat '80 była deprecjonowana przez niemal każdy większy magazyn muzyczny, wielkie brawa za odwagę i ukłon w stronę tego, co było dobre.

18. Michael Vescera A Sign Of Things To Come
Mój ulubiony wokalista u Malmsteena i Grapowa wreszcie pozbierał się i nagrał album solowy z dokładnie takim materiałem, na jaki ja i pewnie inni fani czekałem. Podoba mi się to, że do współpracy zaprosił nie tylko uznane gwiazdy, ale i dał szansę mniej znanym muzykom. Podoba mi się fakt, że Michael sam zrealizował i wyprodukował swój krążek i chętnie w roli producenta go jeszcze kiedyś usłyszę. Nie ma się co oszukiwać, stare pokolenie dobrych producentów powoli się wykrusza i tacy goście jak Vescera czy Dennis Ward są na wagę złota.

19. Sister Sin Switchblade Serenades
Hard rock, sleaze rock i niemiecki metal... Brzmi smakowicie i takież to jest. Główną atrakcją jest tu głos wokalistki Liv, ale i pozostali muzycy potrafią przemycić do twórczości grupy wiele wigoru. Jedyne, co mi trochę przeszkadza, to za mała różnorodność kompozycji i liczę na to, że ten mankament zostanie wyeliminowany na kolejnym, oby jeszcze lepszym krążku. Jeśli ekipa nie straci impetu, to jest szansa na najlepsze dzieło w ich dyskografii.

20. Kissin' Dynamite Steel Of Swabia
Biorąc pod uwagę młody wiek muzyków tworzących tę niemiecką brygadę chyba wreszcie doczekałem się kapeli, która godnie może zastapić w przyszłości weteranów sceny takich jak Helloween czy Accept, bo utwory oferowane przez chłopaków najbardziej przypominają te grupy. Członkowie zespołu mają zaledwie po 16-18 lat, a czują rocka i przede wszystkim prezentują nadzwyczaj wysoki w stosunku do swego wieku poziom techniczny. Oby nie popadli w rutynę, oby się nie zniechęcili, a wróżę im sukces.

Nie chcąc rozciągać zbytnio listy musiałem pominąć BARDZO WIELE godnych uwagi pozycji. By ulżyć memu sumieniu na szybkiego wspomnę tylko, że nadzwyczaj udanymi krążkami poczęstowali nas też m. in. Bonfire, Dokken, Silence, Frozen Rain, Gemini Five, Royal Hunt, Jorn, Yngwie Malmsteen, Hungryheart, Faithfull, H.A.R.D., Bombay Black, Starbreaker, Def Leppard, Sinner, Black Stone Cherry, White Lion, Tempestt, Wharenaldo...

Koledzy sugerowali, żeby poza zestawieniem najlepszych albumów roku wprowadzić też największe jego rozczarowanie. Moja lista rozczarowań nie będzie długa, po prostu w zalewie tak znakomitych wydawnictw nie rozwodziłem się zbytnio nad tym, co jest słabe, czy co nie wyszło. Przede wszystkim rozczarowały mnie nowe dzieła Jennifer Batten i Marty'ego Friedmana, nie dorównujące swoim poprzednikom. Zawiedli mnie Loud Lion i Danger Danger tym, że pomimo zapowiedzi ich krążki nie ukazały się w roku 2008. Oczekiwałem zapowiadanego po wieloletniej przerwie kolejnego solowego Vinnie Moore'a, którego premierę również przełożono, niestety. Może jakoś wytrzymam...

2009 zapowiada się również bardzo interesująco, poza wspomnianym dziełem Vinniego wyczekuję z niecierpliwością następcy udanego debiutu Vindictiv. Ostatnim albumem wbiło mnie w ziemię Lillian Axe i oto kolejną swoją odsłonę muzycy szykują właśnie teraz, poprzeczka wysoko, ale znając wcześniejszą dyskografię grupy jestem niemal pewien, że poniżej pewnego poziomu nie zejdą. Moi faworyci z Cornerstone też pomału zbierają pomysły na nowe wydawnictwo, szanse na jego edycję w ciągu najbliższych 12 miesięcy są wpradzie nikłe, ale spróbuję wywiedzieć się więcej szczegółów u samego źródła... Mike Portnoy zapowiedział, że jego macierzysta załoga Dream Theater kończy nagrywanie czegoś, co ma być rzekomo podobne do niezapomnianego "Images And Words", dodam, że działa to na mnie jak płachta na byka. Apetyt po 2008 r. urósł i nie będę ukrywał, że spodziewam się niespodziewanego. Liczę na kolejnych uzdolnionych debiutantów, którzy wyjdą z ukrycia i pokażą światu, że melodyjny rock jeszcze nie umarł i umierać nie zamierza.

LSDISEASE

White Lion - Return Of The PrideTesla - Forever MoreGuns N' Roses - Chinese DemocracyDokken - Lightning Strikes AgainMetallica - Death Magnetic

Jeszcze na początku tego roku wydawało mi się, że nie ma szans, aby ten rok powtórzył sukces ubiegłego, jeśli chodzi o udane wydawnictwa płytowe. Okazało się jednak, że to właśnie w 2008 postanowiło o sobie przypomnieć kilku gigantów hard rockowego grania, którzy święcili swoje triumfy w ogległych latach '80. Nie wiem, co było do tego bodźcem, ale najwyraźniej starzejący się rockmani zdali sobie w końcu sprawę, że jedyna publiczność, która czeka na ich płyty, to publiczność hard rockowa z utęsknieniem wspominająca czasy świetności tej muzyki. Dlatego moje zestawienie to hołd złożony weteranom, którzy w wielkim stylu wrócili po latach spędzonych gdzieś poza hard rockiem, jakiego najbardziej lubimy.

1. White Lion Return Of The Pride
Ten album nieprzypadkowo dostał taki tytuł. Chociaż może do legendarnego "Pride" jakoś niespecjalnie nawiązuje, to nawiązuje do moim zdaniem znacznie lepszej płyty "Mane Attraction" z 1991 roku, po wydaniu której zespół zawiesił działalność na długie lata. No i są. Co prawda nie ma już w zespole wirtuoza gitary Vito Bratty, ale zastąpiono go muzykiem, który może śmiało wejść w buty mistrza. Niejaki Jackie Law pokazał niemałą klasę i jak dla mnie jest to isntrumentalne objawienie roku. Płyta jest u mnie na miejscu pierwszym zestawienia także dlatego, że nie ma tutaj słabego kawałka, a co więcej, są one w miarę różnorodne i sprawia to, że wydawnictwa słucha się wyśmienicie. Dwa kawałki z tego krążka, "Sangre De Cristo" i "Battle At Little Big Horn" to małe arcydzieła. Ten drugi zresztą uważam za utwór tego roku. Majstersztyk.

2. Tesla Forever More
Tutaj powrót, ale po "zaledwie" czterech latach. Następca "Into The Now" to moim zdaniem nie tylko dojrzalsza płyta niż poprzednik, ale i spokojnie dorównuje takiemu "Bust A Nut" wydanemu w 1994 roku. Podobnie jak w przypadku White Lion mamy tutaj do czynienia z dosyć urozmaiconym repertuarem, który w swej znakomitej większości powala na kolana. Że też jeszcze komuś się chce dopracowywać takie 'detale' jak solówki. Poza tym utwór "So What!" polecam każdemu do śniadania zamiast porannej kawy.

3. Guns N' Roses Chinese Democracy
Nie będę kłamał, że kiedykolwiek byłem fanem tego zespołu. Po latach niebytu największy dupek w muzycznym showbiznesie wraca z płytą, którą miałem wyśmiać już choćby za to, że majstrowano nad nią ponad 13 lat wydając 13 milionów baksów. Po przesłuchaniu Chińskiej Demokracji byłem jednak zaskoczony i każdy kolejny odsłuch powodował, że coraz bardziej przyzwyczajałem się do tych dźwięków. Płyta to napewno niejednostajna, może trochę za długa, ale posiadająca pewien magnetyzm. Coś, co sprawia, że chce się po nią sięgać. No i brzmieniowo krążek wyśmienity. Obok płyty Motleyów jest to najlepiej brzmiący hard rockowy album w tym roku.

4. Dokken Lightning Strikes Again
Tutaj mogło być różnie. Wybrałem płytę Dokken, jako że długo przewodziła w moim zestawieniu. Co prawda zespół w różnych składach jest w miarę aktywny także w ostatnich latach, nie mniej jednak "Lightning Strikes Again" to powrót do stylu, jaki grupa prezentowała w latach '80. Okazało się też, że Jon Levin potrafi zagrać jak George Lynch, jak chce. Na płycie "Hell To Pay" tego słychać nie było, a tutaj, palce lizać. Solo w "Judgement Day" to być może solo roku. No i Don w wokalnie dobrej formie. Tak trzymać.

5. Mötley Crüe Saints Of Los Angeles
Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek wrócą, by jeszcze raz bezkompromisowo skopać tyłek. A jednak. Do płyty nie przekonałem się od razu, ale po czasie do mnie dotarła i stałem się zakładnikiem tych niewątpliwie mocnych dźwięków. Tak sobie wyobrażam hard rock u schyłku tej dekady i mam nadzieję, że i w przyszłej będziemy się modlić do świętych z Los Angeles. Brzmieniowo to dla mnie album roku. I jeszcze jedno - Mick Mars rules.

6. Metallica Death Magnetic
Album tuż za Motleyami, tak żeby fani starej 'Mety' poczuli wnerw;). A właśnie to jest stara dobra Metallica. W kategorii 'pozytywne zaskoczenie roku' z całą pewnością ten album miałby u mnie pierwsze miejsce. To, że "Death Magnetic" to najlepsze dzieło zespołu od czasu Czarnego Albumu, to oczywistość. Natomiast to, że nagrali krążek stylistycznie zbliżony do "...And Justice For All"? Bardziej prawdopodobne było, że AC/DC przywoła zza światów Bona Scotta, niż to, że kompletnie zmanierowani rockmani pokroju Ulricha czy Hetfielda postanowią wskrzesić ducha Metalliki lat '80. A jednak. Może album nie dorównuje legendarnemu "Justice...", ale jest z całą pewnością najlepszym thrashowym wykopem ostatnich lat.

7. Bonfire The Räuber
Fanem Bonfire nigdy nie byłem, chociaż z dużą przyjemnością słucham obecnie ich starych nagrań. Te jednak jak dla mnie zostały przyćmione ich tegorocznym dziełem, które na dodatek jest concept albumem. "The Räuber" to zbiór dobrze skomponowanych i zagranych utworów, w większosci przedniej klasy. Cieszę się też, że Niemcy pokusili się o zamieszczenie tutaj numerów śpiewanych w języku ojczystym, co sprawia, że całość brzmi jakoś bardziej wiarygodnie. Myślę, że to najbardziej szczera płyta Bonfire.

8. Whitesnake Good To Be Bad
Tego, że Whitesnake prezentuje zawsze wysoki poziom, nie muszę chyba nikomu specjalnie tłumaczyć. Z tym że "Good To Be Bad" to pierwszy album od czasu "Restless Heart", a tamten krążek ukazał się 11 lat temu. Dla mnie to jedna z lepszych płyt Białego Węża i ku mojej uciesze udziela się na niej jeden z moich ulubionych gitarzystów - Reb Beach. Pokazał tu klasę nie mniejszą niż na ostatniej, zresztą świetnej płycie Winger. David Coverdale jest z kolei absolutnym fenomenem. Mimo sześciu dych na karku śpiewa, jakby był dwa razy młodszy. Płyta jest naprawdę dobra.

9. Van Der Graaf Generator Trisector
Trzeba wspomnieć coś z progresu. Van Der Graaf Generator powrócił po długiej przerwie 3 lata temu średnim albumem "Present", tym razem jest już znacznie lepiej. Chociaż nie wszystkim pasuje, że nie ma tu Eddiego Jacksona, ja jakoś nie grymaszę i delektuję się dźwiękami tej jakże dziwnej, ale wciągającej muzyki. Bez kozery powiem, że ekipa Hammilla to jeden z moich ulubionych zespołów wszechczasów, a płyty które nagrywali w latach '70, są prawdziwymi majstersztykami kompozytorsko aranżacyjnymi. Trisector to zaledwie dotknięcie tamtej magii, ale biorąc pod uwagę, że mamy 2008 rok, niezmienne podejście zespołu do wykonywania swoich numerów robi ogromne wrażenie. Płyta zdecydowanie nie na prywatki, chyba że ktoś chce na nich mordować ;)

10. Exodus Let There Be Blood
No i jeszcze jedna legenda thrash metalu. Koledzy z Metalliki uplasowali się jednak wyżej w zestawieniu, gdyż zaprezentowali premierowe kawałki. No właśnie. "Let There Be Blood" to po prostu nagrany ponownie album "Bonded By Blood". Kiedy to było? W 1985? Śpiewał wtedy z nimi nieżyjący już Paul Baloff. Tu w jego buty wchodzi Rob Dukes i okazuje się, że pasują. Tytuł tego krążka jest oczywiście parafrazą nazwy albumu AC/DC, co wydaje mi się naturalne po tym, jak muzycy Exodusa wielokrotnie przyznawali się do fascynacji australijską grupą, a Exodus to w zasadzie taka thrashowa wersja AC/DC. Brzmieniowo ten album zabija, nie słyszałem ciężej brzmiącej płyty od lat, a przy tym produkcja bardzo klarowna. Jak oni to do diabła osiągnęli?

W roku 2008 ukazało się tyle dobrych płyt, że bez trudu mógłbym wymienić jeszcze kilka, jak choćby krążek Motörhead czy M.ill.ion. Natomiast największym rozczarowaniem roku jest dla mnie album "Black Ice" AC/DC, z którego zwyczajnie wieje nudą. Szkoda że po 8 latach ci weterani zawiedli. Mimo to rok ubiegły był chyba najlepszym dla hard rockowego grania w tej dekadzie. W każdym razie było z czego wybierać. Oby ten był jeszcze lepszy.

GUCIOMIR

H.e.a.t - H.e.a.tHungryheart - HungryheartBrother Firetribe - Heart Full Of FireEdguy - Tinnitus SanctusBullet - Bite The Bullet

Jeżeli mam być szczery, to rok 2008 odrobinę mnie rozczarował. Pierwsze półrocze znacznie rozbudziło apetyt, końcówka mogła być jednak lepsza. Przede wszystkim zawiodły legendy, część z nich nagrała bardzo dobre albumy, ale wiele słynnych kapel nie sprostało stawianym im wymaganiom. Legendarna Chińska Demokracja Gunsów nie spodobała się wielu fanom zespołu, a dowodem na to może być fakt, że po pierwszej fali niesamowitych wyników sprzedaży (magia nazwy) statystyki te poleciały na łeb na szyję. Ludzie zorientowali się, że tak naprawdę Axl nie ma im nic do zaoferowania. Nowe AC/DC jest mdłe i nudne, a co gorsza można odnieść wrażenie, że zespoły kopiujące tych Australijczyków grają obecnie lepiej od samego AC/DC. O Extreme i TNT nie będę wspominał przez litość. Po co niszczyć swoją legendę? Honeymoon Suite próbowało pójść w dobrym kierunku, ale chęci nie wystarczyły. Nie spodobało mi się "Lightning Strikes Again" Dokkena, choć muszę przyznać, że kilka kawałków nie było tam takich złych. Po niesamowitym "World Upside Down" House Of Lords zaprezentowało słabsze "Come To My Kingdom", choć oddam honor Christianowi i przyznam, że połowa tej płyty jest całkiem niezła. Najnowsza Tesla, choć poprawna i dobra, mogła być znacznie lepsza. Ten zespół stać z pewnością na więcej. Zawiodło mnie również Mötley Crüe, choć pewnie niektórzy fani tej formacji patrzą na ich krążek w bardziej przychylny sposób. Def Leppard to cień dawnej załogi i choć nagrali swój najlepszy od długiego czasu krążek, to jednak nadal nie jest to, co powinno.

Do plusów 2008 roku należałoby zaliczyć to, że utwierdza on mnie w przekonaniu, że moda na melodyjne granie powraca, czy też że powróciła już na dobre. Narzekałem przed chwilą, że wiele znanych kapel wydało słabe w mojej ocenie płyty, ale patrząc na to z drugiej strony, sam fakt ich wydania jest dowodem na to, iż melodyjne granie znowu zaczęło się opłacać. Że ludzie ponownie mają ochotę słuchać takiej muzyki. To dobrze. Żeby nie było niedomówień, powiem nawet więcej: ilość dobrych i bardzo dobrych płyt, które zostały wydane w 2008 roku, jest zadowalająco duża. Właściwie każdy mógł wśród nich znaleźć coś dla siebie. Z tymi wybitnymi było już jednak trochę gorzej i moim zdaniem grupę najlepszych albumów można z łatwością ograniczyć do 10, może 20 pozycji.

Poniżej prezentuję moje subiektywne zestawienie top10 minionego roku, dalej znalazło się również trochę miejsca dla pojedynczych wyróżnień.

1. H.e.a.t H.e.a.t
Długo, bardzo długo zastanawiałem się nad tym, która z wydanych w tym roku płyt powinna zająć zaszczytne pierwsze miejsce w podsumowującym rok rankingu. H.e.a.t zawsze znajdowali się w mojej czołówce, czasami spadali z piedestału, później jednak na niego wracali. Wszystko zależało od tego, czy miałem akurat ochotę na słuchanie lżejszej odmiany hard rocka. Kiedy w końcu zabrałem się do pracy i zacząłem analizować miniony okres, doszedłem do wniosku, że to właśnie H.e.a.t zapewnili mi najwięcej radości i rozrywki. Płyta ta jest bezapelacyjnie najlepszym AORowym albumem wydanym w 2008 roku i jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek zostały wydane. Album ten może śmiało, bez żadnych kompleksów konkurować z klasykami gatunku i powinien w ekspresowym tempie stać się elementem płytoteki każdego, absolutnie każdego fana AORu. Tego rodzaju muzyki po prostu nie da się grać lepiej. Cieszy, że grupa intensywnie koncertuje i że regularnie przypomina o swojej działalności. Mam nadzieję, że zawojują świat ;)

2. Hungryheart Hungryheart
2008 rok miał szczęście do świetnych debiutów. Włosi z Hungryheart nagrali świetny, przebojowy materiał, który z niesamowitą łatwością wpada w ucho. Przyjemnie słucha się wszystkich znajdujących się na płycie kompozycji, polecam szczególnie "It Takes Two", "The Only One" czy też "Stealing The Night". Zastanawia mnie tylko to, jakim cudem nieznani wcześniej Włosi tak zgrabnie połączyli młodzieńczą werwę z dojrzałością? Gdyby tak właśnie miała wyglądać przyszłość hair metalu, to nie miałbym zupełnie nic przeciwko. Wychodzi na to, że chyba jestem konserwatystą, ale jak tu nim nie być, gdy z głośników leci tak przebojowa muzyka? I to w dodatku tak cholernie dobra. Dla fana hair metalu poznanie tego albumu jest obowiązkowe, a nieznajomość go to zbrodnia.

3. Brother Firetribe Heart Full Of Fire
Jeden z moich faworytów z pierwszej połowy roku, tak zwany "pewniak". Świetna dawka melodyjnego hard rocka i jednocześnie potwierdzenie tego, że Brother Firetribe są jednym z najlepszych młodych zespołów grających ten właśnie rodzaj muzyki. Porywają mnie właściwie wszystkie kompozycje, które znajdują się na płycie i myślę, że album można kupować niemal w ciemno. A co najważniejsze, fani debiutu grupy powinni być szczęśliwi. Skandynawowie nie zawiedli, a przy nagranym przez nich materiale można się świetnie bawić. Zwyczajowo pojawił się cover "lotniczego" soundtracku... ciekawe czy i na trzecim albumie formacji znajdzie się taki akcent. Na koniec przytoczę słowa, których użyłem w recenzji "Heart Full Of Fire": "Brother Firetribe potrafią urzec umiejętnym łączeniem klawiszy z potężną mocą i z przebojowością."

4. Marcello-Vestry Marcello-Vestry
Był taki czas, że gdyby H.e.a.t miało spaść z pierwszego miejsca, to debiut Marcello-Vestry byłby jednym z pierwszych pchających się na to zaszczytne miejsce kandydatów. Płyty świetnie się słucha, stanowi ona niejako pomnik postawiony melodyjnemu hard rockowi z lat '80, a by to dostrzec, należy wgłębić się w słowa umieszczonych na albumie utworów. Chyba nawet sąsiedzi polubili ten krążek, bo o dziwo nie uderzali po rurach, kiedy głośno go słuchałem ;). Płyta zyskuje znacznie wraz z kolejnymi przesłuchaniami.

5. Edguy Tinnitus Sanctus
Kto by pomyślał, że (dawniej) powermetalowa grupa wyda w tym roku jeden z ciekawszych albumów z pogranicza hard rocka, AORu oraz power metalu (najmniej jest tutaj chyba tego ostatniego). Walka o nową publiczność? A może bezsprzeczny dowód na to, że melodyjne granie wraca do łask i że ma szansę na prawdziwe odrodzenie? "Tinnitus Sanctus" nie spodoba się w oczywisty sposób fanom starego oblicza formacji, trafia jednak idealnie w moje gusta muzyczne i jeżeli ktoś czyta teraz te słowa, to najpewniej i jemu spodoba się ta płyta. Jak by nie było, między innymi taki właśnie rodzaj muzyki promuje Hard Rock Service.

6. Bullet Bite The Bullet
Kiedy posłuchałem "Black Ice", czyli najnowszego albumu AC/DC, pomyślałem, że weterani nie powinni tworzyć już nowych kawałków, ale po prostu skupić się na koncertowaniu. Młode wilki pokroju Bullet, czy też Airbourne po prostu niszczą swoich mentorów. "Bite The Bullet" polecam przede wszystkim osobom, które oczekiwały lepszego, świeższego, mocniejszego albumu ze strony sławnych Australijczyków. Bullet, w tym co robią, są bardzo szczerzy i szkoda, że nie mają wystarczająco dobrej promocji, aby przebić się na szersze wody. Bardzo solidne i równe wydawnictwo. No i oczywiście mocne! Are you ready to bite?!!!

7. White Lion Return Of The Pride
Na początku był zawód, sam już nie pamiętam dlaczego. Później jednak wróciłem do tej płyty i zachodziłem w głowę, dlaczego mogłem ją tak szybko spisać na straty. Dodam również, że nie każdy jest przeciwnikiem Mike'a Trampa, jak to można by wywnioskować po umieszczonych na naszym serwisie recenzjach. Wokalista ten nigdy mi nie przeszkadzał i uważam, że jego głos pasuje do granej przez kapelę muzyki. "Return Of The Pride" mogłaby być trochę bardziej dynamiczna, ma jednak w sobie pewien specyficzny klimat, który przypadł mi do gustu. Świetne wolniejsze kawałki i jednocześnie świetna płyta, choć żeby w pełni ją docenić trzeba jej poświęcić trochę czasu.

8. Eden's Curse The Second Coming
Im więcej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że debiut Eden's Curse był jednak minimalnie lepszy od "The Second Coming". Nie zmienia to jednak faktu, że płyta ta jest nietuzinkowa i że robi na mnie spore wrażenie. Na uwagę zasługuje też fakt, że grupa pracuje w ekspresowym tempie i jeśli wierzyć zapewnieniom udzielanym w wywiadach, kolejna pozycja do dyskografii jest już w drodze. Szczerze mówiąc, nie mogę się jej już doczekać. "The Second Coming" polecam osobom mającym ochotę na dobry, dość ambitny melodyjny metal z wtrąceniami z innych gatunków. Uwielbiam tę ekipę.

9. Whitesnake Good To Be Bad
Niektórzy zarzucają nowemu Wężowi, że za mało jest w nim Węża, a za dużo Aldricha. Tak się jednak składa, że cenię sobie tego gitarzystę i uważam te zarzuty za niezbyt trafione marudzenie. Coverdale potwierdził swoją wysoką formę i udowodnił, że legenda może dobrze i skutecznie wrócić w starym stylu (czy muszę wspominać, ile kapel powinno moim zdaniem wziąć z niego przykład?). "Good To Be Bad" to moim zdaniem jeden z najlepszych powrotów jakie miały miejsce w tym roku i żałuję niezmiernie, że nie miałem możliwości pojawienia się na koncercie Whitesnake w Warszawie. Oby była jeszcze kiedyś taka okazja...

10. Work Of Art Artwork
Delikatny AOR na najwyższym światowym poziomie. Kiedyś takie kapele robiły sporą karierę, a miliony ludzi zachwycały się Toto czy też Survivor. Work Of Art z pewnością nie zdobędzie takiej popularności, mam jednak nadzieję, że uda im się dotrzeć do trochę szerszej publiczności. Z pewnością są tego warci, a grana przez nich muzyka jest wyjątkowo przyjazna dla radio. Oby te ostatnie zdanie podchwycili jacyś polscy radiowcy ;). Polecam szczególnie takie kawałki jak "Whenever U Sleep" oraz "Why Do I".

Wyróżnienia:

Eclipse Are You Ready To Rock
Poznanie tej płyty doradzało mi wiele osób i nie mówię tu tylko o kolegach z redakcji. Wbrew obietnicom całość nie wpadła mi do ucha po pierwszych przesłuchaniach. Dla pojedynczych kawałków, takich jak chociażby "How To Mend A Broken Heart" dałbym się pewnie posiekać i z łatwością trafiły one do grona najlepszych numerów, jakie słyszałem w tym roku. Płycie dałem kilka "kolejnych szans" osłuchałem się z całym materiałem i pomimo początkowego sceptycyzmu muszę przyznać, że album ten to faktycznie kawał dobrego, porządnego grania. Jego uroki zaczyna się doceniać jednak z czasem i tym, co można przyznać bez najmniejszego wahania, jest to, że "Are You Ready To Rock" jest niebanalne.

Gemini Five Sex Drugs Anarchy
Bardzo dobry sleaze czerpiący wzorce żywcem z Crashdïet. Brzmi potężnie i dobrze się go słucha, kiedy ma się ochotę na trochę kopa w muzyce. W tym przypadku sąsiedzi reagowali odrobinę nerwowo, ale myślę, że można to im wybaczyć. Płyta nieźle się sprawdza jako odreagowywacz.

Big Cock Motherload
Ponownie dobra dawka AC/DC, tylko że tym razem podana bardziej w stylu Kix. Interesujący album pełen dobrych utworów i jeżeli tylko polubić prześmieszne, seksistowskie liryki, to jest to pozycja, której warto dać szansę. Pierwszy raz wpadłem na ten krażek na początku roku i wtedy tak bardzo do mnie nie przemówił. Może dlatego, że zbyt bardzo zachwycałem się wtedy AORem? A może dlatego, że wcześniejsze płyty zespołu przeleciały przeze mnie niezauważone? Przygodę z Big Cock (trochę głupio to zabrzmiało, ale co tam) można śmiało zaczynać od Motherload.

Miss Crazy II
Płyta, która zaskakuje energią i złością wydobywającymi się z głośników. Słychać na niej znaczną poprawę materiału w stosunku do debiutu grupy, który notabene nie był taki porywający. "II" słuchałem głównie w samochodzie i w ten sposób się do niej przekonałem. Niezłe połączenie sleazu z elementami Cinderelli. Czekam na więcej i gorąco polecam!

Gypsy Pistoleros Para Siempre
Płycie tej można zarzucić słabszą, garażową produkcję. Można również ponarzekać na to, że kilka kawałków na płycie nie jest porywających i że pewnie dałoby się ją ulepszyć. W normalnym rankingu Gypsy Pistoleros nie mogliby zbyt wysoko zawędrować, dział wyróżnień nie trzyma się jednak tak kurczowo zasad. "Para Siempre" wciągnęło mnie bardzo mocno i świetnie się przy nim bawiłem przez kilka dni. Powiem więcej: co jakiś czas mam ochotę wracać do tego krążka, aby przesłuchać kilka moich ulubionych kawałków. Uwagę zwraca również fakt, że sam pomysł na kapelę jest oryginalny. Nie na codzień spotyka się Anglików udających hiszpańskich cyganów, grających hard rocka z elementami flamenco. Dzięki Gypsy Pistoleros pokochałem tak zwany Spanglish.

Dobrych płyt, które godne są polecenia, byłoby oczywiście więcej. Wymieńmy chociaż kilka z nich. Fanatykom hair metalu przypadnie z pewnością Rockarma, której liczne inspiracje sięgają po takie sławy jak Ratt, Firehouse, czy też Dokken. Wysoką formę potwierdził Ted Poley, a jego najnowsze wydawnictwo, tym razem w duecie z Vic'iem Riverą bije na głowę wszystkie jego wcześniejsze solowe dokonania. Zważywszy na to, że Marcello-Vestry było na jeszcze wyższym poziomie, oczekiwania dotyczące zbliżającego się Danger Danger są ogromne. Bardzo spodobało mi się "No Man's Land grupy Myland", które zapewniło mi wiele godzin dobrej zabawy. Gdyby za mikrofonem stał jakiś lepszy, pozbawiony tego paskudnego akcentu wokalista, to kto wie, może Myland znaleźliby się w zestawieniu? Ich największą siłą są niesamowite melodie i jeszcze bardziej niesamowite refreny. Całkiem ciekawie zaprezentowało się Kissin' Dynamite. Grupa składa się tak na oko z licealistów, ale chłopaki wiedzą już, co to znaczy hard rock. Z takich kawałków jak "Let's Get Freaky" bije moc, a liryków do "I Hate Hip Hop" po prostu nie da się nie polubić. Poprawne płyty nagrali Sinner oraz Sister Sin i był taki okres, kiedy bardzo mi się one podobały, nie przetrwały jednak próby czasu. O dziwo, całkiem nieźle wypadło Lordi, nagrywając kto wie czy nie najlepszy album we własnej karierze. Gdyby na "Silver Spoons And Broken Bones" Stone Gods było mniej wypełniaczy, to pewnie i o tym albumie napisałbym trochę więcej ciepłych słów. Wspomnieć należałoby jeszcze o Khymera, dla której w powyższych listach najzwyczajniej w świecie zabrakło miejsca. Wielbione przez wielu Driver, również przypadło mi do gustu, choć w mniejszym stopniu.

Jaki będzie rok 2009? Pozostaje mieć nadzieję, że bardzo dobry. Zauważmy, że wiele tytułów, na których wydanie liczyłem jeszcze w tym roku, zostało przesuniętych na później. Czekają nas zatem takie pozycje jak Firehouse, jak Danger Danger, Gotthard, przy odrobinie szczęścia dostaniemy nową Shakrę. Powinno zostać wydane nowe Wig Wam, spotkamy się również z Teer, Litą Ford, Hardline, Place Vendome, Stryper, Impellitteri... Lista "nadziei" jest z pewnością znacznie dłuższa.

CZŁEKO

Driver - Sons Of ThunderEclipse - Are You Ready To RockEden's Curse - The Second ComingSister Sin - Switchblade SerenadesKhymera - The Greatest Wonder

Rok 2008 z pewnością zapisze się w annałach melodyjnego rocka złotymi zgłoskami. Liczba bardzo konkretnych pozycji była tak obfita, że niestety jako najświeższe z ciał redakcyjnych nie zdołałem wszystkich z nich ogarnąć. Mimo tego te, które trafiły w me ręce, zostały przeze mnie dogłębnie spenetrowane i znalazły swe odbicie w top "dyszce". Rodzi się za to pytanie, czy rok nadchodzący choć po części zdoła zaspokoić wygłodniałe apetyty rockersów? Wszystkim z nas gorąco tego życzę, a przynajmiej, aby wychodzące pozycje nastawione były głównie na efektywność w przyciąganiu słuchaczy. Liczę również na tegorocznych debiutantów z H.e.a.t na czele, że podziałają na tyle szybko i skutecznie obdarzając wszystkich kolejnym powiewem świeżości. Na te tajemnice zna odpowiedzi główny naczelny redakcji serwisu, dlatego w celu konkretów wszelkie zapytania proszę kierować do niego ;)

Lista moich kandydatów przedstawia się następująco:

1. Driver Sons Of Thunder
Dobrze się stało, że Rob Rock i spółka swego pełnometrażowego wydawnictwa nie wydali w '90 roku. Tak miażdżącego miszmaszu hard & heavy łączącego style takich tuzów jak Icon, Fifth Angel czy Judas Priest nie dane było mi słyszeć od wieków. Nie muszę chyba dodawać, że dzięki temu przez dłuższy czas zapomniałem jak smakuje spożywanie pokarmów w pozycji siedzącej. Pozostaje mi nadzieja, że każde z kolejnych lat obdarzy kolekcję fanów choć jednym z podobnych stylowo krążków.

2. Marcello-Vestry Marcello-Vestry
Krystaliczna produkcja i niezwykle rześkie melodie podniosły niezwykle poprzeczkę wielce zapowiadanej premierze nowych Dangerów. Niech o mocy tego krążka świadczy sytuacja, że mój kumpel - zatwardziały daeath metalowiec - w swoim top 100 zamieścił nutę "Fireworks". Po prostu mus dla częstych organizatorów imprez plenerowych.

3. H.e.a.t H.e.a.t.
Szwedzcy debiutanci tymże krążkiem jednoznacznie wskazali swoim rodakom z Europe, w jakim kierunku winna zmierzać ewolucja ich nowo przygotowywanej płyty. Radość z grania to najlepsze słowa oddające zawartość materiału. Może kiedyś wreszcie doczekam się koncertu sąsiadów zza Bałtyku w ojczystym kraju. Póki co pozostaje napawanie się dźwiękami płynacymi z odtwarzacza. Teoretycznie mogli zagrać odrobinę ciężej, ale chłopaki myślą strategicznie i w kolejnych odsłonach z pewnością uderzą w bardziej mocniejsze nuty.

4. Eclipse Are You Ready To Rock
Komu H.e.a.t nie przypadł zbytnio do gustu, w tym przypadku nie może kręcić nosem. Konkretny hard rock z niezwykle efektywnie płodnej tegorocznie Skandynawii. Łacząc style Whitesnake(te gitary w stylu Sykesa - mniam), Europe i Mr. Big udowodnili, że wcale nie potrzeba uciekać w nowoczesne brzmienia, aby zdruzgotać mą muzyczną świadomość.

5. Eden's Curse The Second Coming
Załoga pod przewodnictwem charyzmatycznego Edena znów przyprawiła mnie o zawrót głowy. Co z tego, że riffy trochę mniej zapadają w pamięć niż w przypadku debiutu, ba - materiał zyskał jeszcze bardziej na żywiołowości. Fanom eurohardu wstyd byłoby nie skonsumować tak przystępnie zaserwowanych kawałków.

6. Sister Sin Switchblade Serenades
Co z tego, że granie zawarte na longplayu jest bardzo proste w swym wyrazie, skoro za każdym odpaleniem płyty cały podskakuję niesiony energią unoszącą się w powietrzu. Takiej głosowej zadziory w spódnicy wypada pozazdrościć, a sleazerockowcom dać się zaślinić.

7. Vindictiv Vindictiv
Jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem za czymkolwiek związanym z graniem a'la Dream Theater. Zawsze kojarzyło mi się to ze słodkimi melodyjkami utrzymanymi w dziwnych tempach. O dziwo, zostałem oczarowany patentami zastosowanymi przez Edmana i Lindholma i być może będzie to antidotum na dotychczas występującą u mnie chorobę zwaną "rasizmem progresywnym".

8. Brother Firetribe Heart Full Of Fire
Po raz kolejny w zestawieniu umieszczam chłopaków z chłodnych rejonów Europy. Nie na darmo tytuł płyty wskazuje, z czym będziemy mieć na niej do czynienia. Gorące klawisze nadające tempo większości piosenek aż nakazują, żeby spalić trochę poświątecznych przysmaków. Nie skreślajcie ich tylko za dość nowoczesne brzmienie "parapetu".

9. Dokken Lightning Strikes Again
Czy to ważne, że to już nie ten sam Don w strunach głosowych co kiedyś? Racją jest, że parę kawałków zostało dogranych trochę na siłę, ale reszta jednoznacznie potrafi porwać i nasunąć pytanie, czy dinozuary rocka w całości straciły swą moc przebojowości.

10. Khymera The Greatest Wonder
Parę osób na pewno popuka się w czoło, z jakich względów umieściłem tak klasycznych AORowców w zestawieniu. Po prostu album ów skłania mnie zawsze do rozmyślań i ucieczki od spraw życia codziennego, a Ward na wokalu wreszcie pokazuje, że nie tylko potrafi być producentem. Znam ludzi, którzy twierdzą, że tak powinno brzmieć amerykańskie disco polo, ale to tylko Borderline, za które w każdych okolicznościach dałbym się pokroić.

FR3DRO

Eclipse - Are You Ready To RockWhitesnake - Good To Be BadFrom The Inside - VisionsBob Catley - ImmortalStarbreaker - Love's Dying Wish

Pamiętam jak dziś, gdy pisząc zestawienie najlepszych albumów 2007 roku zastanawiałem się, co będzie dalej, czy "odrodzenie" hard rocka osiągnęło już swoje apogeum, czy też to dopiero początek jego drugiej młodości, a następne lata będą tego najlepszym dowodem. Czas leci, skończył się rok 2008, a zatem przyszedł czas na jego podsumowanie. Mogę w tej chwili z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że był to najlepszy "hard" rok od wielu, wielu lat, być może nawet od ostatniej dekady. O ile w 2007 roku świetne hard rockowe albumy można było policzyć na palcach obu rąk, to w 2008 roku pojawiło się tyle bardzo dobrych krążków, że próbując wymienić je wszystkie należałoby zrobić listę liczącą nawet 40 pozycji. Zapewne w tej kwestii zgodzą się ze mną moi redakcyjni koledzy i mogę się założyć, że ich zestawienia będą bardzo zróżnicowane, biorąc pod uwagę fakt, że naprawdę było w czym wybierać. Ja postanowiłem mimo wszystko ograniczyć się do opisu dziesięciu moim zdaniem najlepszych płyt 2008 roku, przy czym od razu mówię, że zadanie to było cholernie trudne. Aby jednak nie być gołosłownym w twierdzeniu, że ubiegły rok naprawdę obfitował w świetne wydawnictwa, pozwoliłem sobie również na wskazanie (bez szerszego opisu) płyt, które znalazły się w moim zestawieniu w drugiej dziesiątce tak, aby i na te płyty czytający to zestawienie zwrócili swoją uwagę. A zapewniam, że naprawdę warto. Zatem zaczynamy:

1. Eclipse Are You Ready To Rock
Ten album był dla mnie totalnym zaskoczeniem. Zespół znałem z ich wcześniejszych dokonań, były one naprawdę dobre, ale szczerze nie spodziewałem się, że chłopaki będą w stanie nagrać bodaj najlepszy hard rockowy album, jaki słyszałem w ostatnich kilku latach. Ten krążek to po prostu killer, brak w nim jakichkolwiek wypełniaczy. Mało tego, nie znam osoby, której nie spodobałby się chociażby utwór "Million Miles Away" i nie mówię tutaj tylko o osobach zaznajomionych z hard rockiem. Świadczy to bez wątpienia o tym, że zespołowi udało się utrafić w gusta niemal każdego słuchacza. Liczę, że tak świetny odbiór nowego dzieła Eclipse skłoni inne młode zespoły do nagrywania podobnych krążków. W moim zestawieniu niekwestionowany lider. A osoby dalej niezdecydowane odsyłam do mojej recenzji płyty na łamach naszego serwisu.

2. Whitesnake Good To Be Bad
Tutaj wyjawię, że miałem chwile zwątpienia, komu przyznać zaszczytne drugie miejsce. O ile przy obsadzeniu najwyższego stopnia podium nie miałem żadnych wątpliwości, tak z miejscem drugim i trzecim jest już problem. Ale po namyśle przyznaję to miejsce najnowszemu, wydanemu po latach przerwy albumowi Białego Węża. David Coverdale zapowiadał, że wracają w wielkim stylu, że nowy album będzie kwintesencją brzmienia i charakteru Whitesnake. Po kilkukrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że wydawnictwo jest naprawdę bezbłędne. Wszystko brzmi w nim tak, jak powinno, nawet Davidowi, pomimo wieku, dalej nie zabrakło charyzmy. Kawałki są melodyjne, nasycone siarczystym brzmieniem gitar dwóch znakomitych gitarzystów. A zatem, skoro wszystko niby ok, dlaczego nie miejsce pierwsze? Przecież Whitesnake to legenda, zespół, na którego muzyce się wychowałem, który już trzy razy widziałem na żywo i dalej nie mam dosyć. Chyba dlatego, że wraz z genialnym rzemiosłem zabrakło trochę na "Good To Be Bad" duszy, w takiej ilości, która towarzyszyła poprzednim klasycznym albumom Węża. Takiej duszy, którą swój "Are You Ready To Rock" naładowali panowie z Eclipse, przez co w moim odczuciu zasługiwali na oczko wyżej przed legendą.

3. From The Inside Visions
Trzecie miejsce po namyśle przyznaję najnowszemu projektowi Danny’ego Vaughna, chociaż granica pomiędzy miejscem trzecim i czwartym w tym przypadku jest bardzo "giętka". Album od pierwszego przesłuchania wzbudził moją sympatię, a ostatnio przyznam, że słucham go niemal non stop i dalej nie mam dosyć. Słychać na płycie trochę Tyketto z czasów "Don’t Come Easy", trochę wczesnego Journey, a to wszystko okraszone naprawdę świetnym wokalem Vaughna (swoją drogą nie wiem, dlaczego do tej pory nie zaliczałem go do grona moich ulubionych wokalistów) Trzecie miejsce przyznaję jednak głównie ze względu na obecność na "Visions" takich takie majstersztyków jak "Making Waves" (dla mnie jeden z najlepszych utworów 2008 roku), bezbłędne "Telemetry", świetne "Days Of Hunger" czy przepięknej, rewelacyjnie zaśpiewanej przez Vaughna ballady, przypominającej "monster ballads" z lat '80, tj. "One More Night In Heaven".

4. Bob Catley Immortal
Miejsce czwarte użyczyłem najnowszemu albumowi wokalisty legendarnego Magnum. Przyznam, że już same zapowiedzi tego krążka wzbudzały we mnie ogromne nadzieje. Wskazywały na to już same nazwiska osób uczestniczących przy powstawaniu albumu, takie jak Magnus Karlsson czy Dennis Ward. Karlsson zasłynął już jako kompozytor na tak genialnych projektach jak Allen/Lande czy Starbreaker. Ward z kolei to, jak wiadomo, jeden z najlepszych obecnie producentów muzyki hard rockowej. To nie mogło się nie udać i faktycznie "Immortal" to w mojej ocenie bodaj najlepszy album Catleya, który mimo swojego podeszłego wieku pokazuje, że można dalej grać świetną muzykę i prezentować do tego naprawdę mocną formę wokalną. Świetne, mocno brzmiące, melodyjne kawałki z rewelacyjnymi refrenami zapadają na długo w pamięci. Wystarczy wymienić chociażby takie killery jak "Open Your Eyes", "One More Night" czy "War In Heaven" i już wiadomo, że album zasługuje na wysokie miejsce w zestawieniu za 2008 rok.

5. Starbreaker Love’s Dying Wish
Druga płyta projektu wspomnianego wyżej Magnusa Karlssona oraz ex-wokalisty TNT - Tony’ego Harnella być może nie zachwyca tak jak debiut, co nie zmienia faktu, że to kawał porządnego rockowego grania. Karlsson postanowił tutaj nieco poeksperymentować, słychać na płycie dużo nowoczesnego brzmienia, wpływ tzw. modern rocka, ale mnie jakoś zupełnie to nie przeszkadza. A piąte miejsce przyznaję za takie perełki, jak "End Of Alone", "Hide", "Building A Wall", "The Day Belongs To Us" czy "This Close".

6. Khymera The Greatest Wonder
Przyznam, że kompletnie nie spodziewałem się, że to właśnie Khymera nagra najlepszy według mnie w 2008 roku album z gatunku AOR. Dennis Ward sprawdził się tutaj zarówno w roli producenta jak i wokalisty, przez co pokazał, że naprawdę utalentowany z niego gość i chyba nie ma instrumentu, na którym nie potrafiłby zagrać, robiąc to przy tym niesamowicie dobrze. Kawałki, takie jak np. "Beautiful Life", "Borderline", "No Sacrifice" czy tytułowe "The Greatest Wonder" na długo zapadają w pamięć i chociażby ze względu na te utwory warto sięgnąć po ten jakże świetny krążek.

7. Jorn Lonely Are The Brave
Nie będzie wielce odkrywczym stwierdzenie, iż Jorn Lande to jeden z najbardziej zapracowanych wokalistów, co roku udzielający się w kilku znaczących projektach. W roku 2008 roku Lande wydał swój kolejny solowy album, którym nie udało mu się wprawdzie zachwycić wielbicieli jego twórczości z czasów Worldchanger, ale którym udowodnił po raz kolejny, że artysta z niego nietuzinkowy, że dalej przewodzi w zestawieniu najlepszych obecnie rockowych gardeł. Płyta w mojej ocenie lepsza od "The Duke", co daje nadzieję, że z każdym kolejnym albumem będzie już tylko lepiej. A niezdecydowani niech posłuchają chociażby kawałków takich jak "War Of The World" czy "Promises". Hard rockowe emocje gwarantowane.

8. Marcello-Vestry Marcello-Vestry
Ten album to istne objawienie. Projekt duetu Rob Marcello i Frank Vestry zaraz po swojej premierze wzbudził ogromny zachwyt praktycznie wszystkich wielbicieli hard rockowego brzmienia. Zachwyt z pewnością zasłużony. Już pierwszy na płycie utwór "Fireworks" przywodzi na myśl dokonania takich zespołów jak Firehouse czy Danger Danger z lat ich największej świetności. Do tego dodajmy jeszcze niesamowity warsztat gitarowy Roba Marcello i otrzymujemy naprawdę mieszankę wybuchową. Mimo wszystko ja płytę stawiam dopiero na ósmej pozycji, głównie ze względu na to, iż w mojej ocenie kawałki nie grzeszą oryginalnością, odnosi się wrażenie, że to już przecież gdzieś było, ktoś już tak kiedyś grał. Pomimo braku oryginalności wyjątek stanowi znakomity wręcz kawałek "One More Night", którego mogę słuchać godzinami i po prostu dalej nie mam dosyć.

9. Journey Revelation
Najnowsza płyta legendarnego już zespołu Journey jest najlepszym dowodem świadczącym, iż czasami warto nagrać swoje demo i wrzucić je na serwis YouTube. W ten właśnie sposób, nikomu nieznany wokalista, pochodzący z Filipin Arnel Pineda został namaszczony na nowego gardłowego Neala Schona i spółki. Z tej okazji zespół nie tylko nagrał nowe utwory, ale postanowił również nagrać na nowo, z nowym wokalistą swoje największe przeboje, które umieścił na "Revelation" na tzw. Bonus CD. Patent jak najbardziej się opłacił, płyta rozeszła się jak ciepłe bułki, a Ci którzy ją nabyli, na pewno nie są rozczarowani. Pineda głos ma naprawdę świetny, chociaż czasami trudno odróżnić go od Steve’a Perry’ego. Oczko dziewiąte z prozaicznego powodu. Albumy wymienione wyżej są po prostu… lepsze.

10. Guns N’ Roses Chinese Democracy
No i najbardziej kontrowersyjne miejsce. Przyznam, że zastanawiałem się długo czy przyznawać "chińskiej demokracji" miejsce w dziesiątce. Pewnie gdybym zaprzestał słuchania albumu po dwóch, trzech odsłuchach, nigdy nie znalazłby się w tym zestawieniu. Czy tego jednak chcę, czy nie, krążek po prostu się broni i naprawdę zasługuje na uwagę. Cały ten szum wokół najnowszego albumu Rose był w mojej ocenie nieco przesadzony, nie ukrywajmy, że drugie "Appetite For Destruction" czy "Use Your Illusion" to nie jest i nigdy nie będzie. Nie zmienia to jednak faktu, że płyty słucha się dobrze, a niektóre utwory naprawdę na długo zapadają w pamięć. Na uwagę zasługują chociażby świetne tytułowe "Chinese Democracy", "Better", "Street Of Dreams", "There Was A Time" czy "This I Love". Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z moją ukrytą słabością do Gunsów, których naprawdę uwielbiałem w latach podstawówki, czy też płyta ta jest po prostu dobra. Tak czy inaczej, byłoby z mojej strony nieuczciwym nie zamieszczenie jej w niniejszym zestawieniu.

Druga dziesiątka kształtuje się następująco:

11. H.e.a.t H.e.a.t
12. Dokken Lightning Strikes Again
13. Edguy Tinnitus Sanctus
14. Firewind The Premonition
15. Ayreon 01011001
16. Crown Of Thorns Faith
17. Tesla Forever More
18. House Of Lords Come To My Kingdom
19. M.ill.ion Thrill Of The Chase
20. Eden’s Curse The Second Coming

NIENOR

Motörhead - MotörizerAC/DC - Black IceJudas Priest - NostradamusUriah Heep - Wake The SleeperBonfire - The Räuber

Jako że sercem i duszą wciąż żyję w latach świetności tych największych, tych od których cały ten błogosławiony zamęt się rozpoczął (choć jeszcze mnie wtedy na świecie nie było), nie pójdę w ślad redakcyjnych kolegów wyszukując najbardziej lśniące perełki roku 2008. Tym samym specjalnie oryginalna nie będę i zapewne rewelacji w to zestawienie nie wniosę, ale tradycją się już stało, że Nienor murem przy klasykach stoi i podkreśla to, co w minionych latach było z punktu widzenia historii hard rocka najważniejsze, acz niekoniecznie zawsze lotów tak wysokich jak nowe wydawnictwa. Chcąc nie chcąc trudno jest mi się nie wyłamać choćby krztę od tej zasady i nie zwrócić uwagi na takie albumy, które szczególnie w ostatnim roku mnie zachwyciły. Nie sposób wymieniać wszystkie ważne pozycje, ale ponieważ takie zestawienie w gruncie rzeczy jest subiektywną oceną, zaznaczę jedynie te, które najbardziej przypadły mi osobiście do gustu... Cóż, zdajcie się na mój pokręcony gust ;). Tak też z założenia klasycznie z nutką tego "nowego" odliczanie czas zacząć (kolejność jak zwykle niezobowiązująca)!

1. Whitesnake Good To Be Bad
... a raczej good to be back, bo trudno opisać radość, jaką poczułam na wieść o nowym albumie Davida - mojej pierwszej platonicznej miłości z dzieciństwa, a już na pewno mowa słów nie zna takich, którymi można by określić uciechę, jaką sprawiło mi przesłuchiwanie najnowszego dzieła Białego Węża. Nic dodać nic ująć, tej pozycji nie mogło zabraknąć!

2. Motörhead Motörizer
Z początku było ciężko, bo znajdźcie mi kogoś bez fanatycznego zamiłowania do Motörhead, kto po pierwszym przesłuchaniu pokochałby ten materiał, ale później nie ma już wątpliwości! Na "Motörizera" warto było czekać! Prawdziwe dzieło starych wyjadaczy. Szkoda tylko, że brodawki Lemmy'ego ciągle nie chcą odrosnąć ;).

3. AC/DC Black Ice
One hot angel, one cool devil... i wszystko jasne! Wielki powrót legendy! Jak tu chcieć czegoś więcej od przeszłych 366 dni? Wielkie zespoły z wielkich czasów nagrywają wielkie albumy! 2008 come back! "Black Ice" to definicja AC/DC. Słowa są tutaj zbędne, tego trzeba słuchać, uczyć się tego i przekazywać innym!

4. Judas Priest Nostradamus
Po rewelacyjnym "Angel Of Retribution", który postawił poprzeczkę bardzo wysoko, wyzwaniem dla ekipy Judasza było nagrać coś równie dobrego i szczerze powiem, że wyszło im to tak... średnio. Płyta jest koncepcyjna, o majestatycznym wydźwięku, który sprawia, że słuchacz staje się o taaaki malutki, bardzo ciekawa, ale rozwleczona i zdecydowanie za długa. Ktoś powie, że Halfordowi i ekipie wolno wszystko, bo tak! Jakaś prawda w tym jest. To oni kreowali trendy metalowe, wychowało się na nich przynajmniej dwa pokolenia obwieszonych łańcuchami wariatów mojego pokroju, więc faktycznie... jak tu odmawiać im wielkości. Klasa idzie w parze z etykietą. Z tego powodu trudno mi nie wymienić "Nostradamusa" jako jednego z najważniejszych wydawnictw 2008 roku.

5. Uriah Heep Wake The Sleeper
Kolejna pozycja obowiązkowa z cyklu "stare dobre", tym razem w odsłonie po 10 letniej nieobecności dinozaurów klasycznego rocka na scenie. Trudno było uwierzyć w zapowiedzi nagrywania nowego albumu przez ekipę podstarzałych Brytyjczyków, ale jakże przyjemnie było dostać w końcu do ręki ten długo oczekiwany krążek. Na tym zestawieniu żaden album nie pojawia się przypadkowo. "Wake The Sleeper" ma swoją misję - misję wypełnienia pokoleniowej dziury i jednoczenia ojców z synami. Tak! To ten album, przy którym chętnie usiądą i posłuchają go starsi i młodsi wielbiciele rocka. Znakomity kawał roboty!

6. Bonfire The Räuber
Wiele niespodzianek miał w zanadrzu ten stary rok, ale niewiele tych przyprawiających o dreszcze przyprawione falą podniecenia jak zupełnie niespodziewany album Bonfire. Mimo pewnych "dziwolągów" zamieszczonych na krążku muzyka na nim zawarta to dzieło życia Niemców znanych z takich hitów jak "American Nights". Kompozycje są przemyślane, wyważone, przesiąknięte duchem lat '80, ale w dojrzałym stylu. Zachwyciło mnie to odnalezienie kompromisu między tym co było, a tym co jest. Już za samą balladę "Love Don’t Lie" byłam skłonna umieścić na niniejszym zestawieniu The Räuber. Masterpiece!

7. H.e.a.t. H.e.a.t
Oto i powiew świeżości wśród zakurzonych nazw wymienionych w mojej koncepcji zestawienia za rok 2008. Do nowości z natury odnoszę się z ogromnym dystansem, bo należę do tego typu ludzi, którzy nie wywalają starych ciuchów z sentymentu i nie bardzo przejmują się modą. Przyznam się jednak szczerze, ze spuszczoną głową i zaczerwienionymi policzkami, że dawno żaden album nie wciągnął mnie do tego stopnia co "H..e.a.t". Mogę słuchać go w kółko dniami i tygodniami, co uważam za niespotykany fenomen. Trudno uwierzyć w datę wydania tych zakorzenionych w duchu lat '80 kompozycji. Kawałki wpadają w ucho od strzału, a później trudno się od nich uwolnić - plątają się w głowie godzinami, póki nie wróci się do nich i nie przesłucha kolejny raz i tak w nieskończoność. Nawet najbardziej zatwardziałych w ideologii metalu przyłapywałam na nuceniu pod nosem Straight for your heart, niebawem po tym, jak zarazili się tą niezwykle zjadliwą bakterią. W plebiscycie na płytę roku głosowałabym z pewnością właśnie na "H.e.a.t"!

8. TNT Atlantis
"The New Teritory", poprzedni album TNT dochodził do mnie długo, ale w końcu przeciągnął mnie na swoją stronę. Podobnego scenariusza spodziewałam się i tym razem. O, jak bardzo byłam w błędzie! "Atlantis" to zwrot w całkiem innym kierunku, posunięcie niezwykle ryzykowne, śmiałe i rzadko spotykane w kręgach zespołów o ustalonej pozycji, z pozytywnym skutkiem. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę, ale jakże przypadło mi to do gustu! Muzyka w stylu The Beatles po trochu, a na poły Queen pod szyldem TNT! Zaskoczeniu mojemu nie było granic, ale i uśmiech na mojej twarzy sprawił, że zaczęła przypominać hamburgera. Fakt, szkoda starego dobrego "10 000 Lovers", ale wynik tego frankensteinowego doświadczenia zasługuje na ogromne brawa i bezwzględnie na umieszczenie na tej liście.

9. Edguy Tinnitus Sanctus
W tych panach nadzieję pokładałam od samego początku, mimo cichych podśmiechiwań redakcyjnych kolegów, wiedziałam że będą z nich ludzie i nie zawiodłam się! Teraz mogę tylko powiedzieć: A NIE MÓWIŁAM?! Świetny hard rockowy album power metalowego zespołu. Jedyne co mnie martwi, to fakt, że i ci przesympatyczni Niemcy dali się wciągnąć w modę grania wilde'owskich riffów. Czepiam się właściwie tylko dla zasady, bo niczego to właściwie krążkowi nie ujmuje, nadal uważam, że jest jednym z najlepszych w tym zestawieniu.

10. Journey Revelation
Journey przebyło długa podróż od znalezienia nowego wokalisty, godnego zająć tak znamienite miejsce w tak uznanym zespole, do szczytu amerykańskiego Billboard.com. Droga uwieńczona niesamowitym sukcesem, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności Neal Schon trafił w końcu za pośrednictwem YouTube na Arnela Pinedę, a później było już tylko lepiej. Zaskakujące umiejętności nowego piejcy Journey pozwoliły na nagranie genialnego albumu, od początku do końca zakotwiczonego w stylu zespołu. Tego nie można przegapić! Każdego, kto jeszcze nie sięgnął do tego wydawnictwa nawołuję do poprawy!

Sumienie nie daje mi spokoju, że nie wymieniłam powyżej ani nowego albumu Nazareth, ani moim zdaniem średnio udanego, ale znaczącego wydawnictwa Mötley Crüe. Sen z powiek spędzał będzie mi zapewne już po opublikowaniu zestawienia bardzo dobry nowy Dokken, ale i Guns N' Roses, którego szczerze powiedziawszy wolałam nie opisywać wcale, chyba że w dziale "największe rozczarowania 2008". Świetnie spisali się też Tesla, Jorn i wielu, wielu innych, o których nie wspomniałam. Niespodziewana płodność zeszłego roku nastawia mnie optymizmem na kolejny. Dużo bardziej cieszy niemoc zdecydowania, co było najlepsze niż ustawiczne poszukiwania czegokolwiek w katalogu z odpadkami wytwórni muzycznych. Oficjalnie rok 2008 uważam za zamknięty ze znakomitym wynikiem i mam nadzieję na podobny w przyszłym!

AC

Paul Gilbert - Silence Followed By A Deafening RoarYngwie Malmsteen - Perpetual FlameAxel Rudi Pell - Tales Of The CrownPoley / Rivera - Only HumanDef Leppard - Songs From The Sparkle Lounge

1. Paul Gilbert Silence Followed By A Deafening Roar
Dawno nie słyszałam tak żywej, bogatej instrumentalnej płyty! Nie spodziewałam się, że mój gitarowy idol, Paul Gilbert jest w tak wyśmienitej formie. Kompozycje są przemyślane (gitarnik sam przyznaje się, że długo nad nimi pracował), zgrabne i przede wszystkim pełne energii oraz wpadające w ucho. Mimo braku typowych śpiewanych refrenów melodie na długo pozostają w głowie i ma się ochotę ich słuchać jeszcze i jeszcze…

2. AC/DC Black Ice
No wreszcie! Oto album, na który czekałam najdłużej i wreszcie jest! Poza tym moja ulubiona kapela, więc mam do niej szczególny stosunek. Nie zawiodła i tym razem. Zbyt wielkich innowacji nie ma, ale w przypadku tej formacji to rzecz naturalna i do zaakceptowania. Pozostało oczywiście to, co najlepsze - żywiołowe riffy, typowy johnsonowy wokal, pewna domieszka bluesa. Najmocniej "rozwalające" pozycje to według mnie "Big Jack", "Money Made" oraz "She Likes Rock N Roll". Trudno pominąć także zaskakująco odmienny "Anything Goes".

3. Bullet Bite The Bullet
Czegoś takiego ostatnio mi brakowało. Ostro, drapieżnie, ale bez jakiejś bezsensownej galopady. Ci panowie po prostu wiedzą, czego chcą i sumiennie do tego dążą. A i z jakim efektem! Kawałki "Dusk Til Dawn" oraz "The Rebels Return" po prostu uzależniają. Reszta jest również świetna. Rockmani popisali się!

4. Motörhead Motörizer
No proszę, proszę, jak to można szybko się uwinąć i wydać kolejny, doskonały krążek zaraz po "Kiss Of Death". Stary Lemmy wciąż miewa się znakomicie, co chyba nie jest dla fanów zbytnim zaskoczeniem, wszak jest on dziadem nieśmiertelnym!

5. Eclipse Are You Ready to Rock
A oto rarytasik dla fanów Whitesnake oraz ogólnie pojętego hard rocka tego typu. Płyta, której od samego początku do końca można słuchać z takim samym zaangażowaniem (i to nie raz i nie dwa), a tak naprawdę nieczęsto się to zdarza z uwagi na jakieś zapychacze. Ten album na szczęście wolny jest od tego typu historii. Na dobre wrażenie wpływają chwytliwe melodie i ich rozmaitość. Polecam gorąco!

6. Yngwie Malmsteen Perpetual Flame
Kolejna pozycja, której twórcą jest niezaprzeczalny mistrzunio wiosła. Yngwie nie zwalnia tempa, nadal kreuje magiczne światy dzięki swoim zręcznym paluszkom. Dodatkowym smaczkiem na tej płycie są goście. Muzyk zaprosił do współpracy między innymi Tima "Rippera" Owensa. Na albumie znajduje się 12 kawałków i każdy z nich jest naprawdę udany!

7. Whitesnake Good To Be Bad
Po tylu latach działalności ciągle w formie. Ekipie Coverdale’a nadal nie brakuje pomysłów, które śmiało realizują. Nowa płyta stanowi świetną zwartą całość, utrzymaną nadal w konwencji lat '80. Muszę także dodać, że materiał ten fenomenalnie sprawdza się koncertowo, czego miałam okazję doświadczyć w grudniu minionego już roku. Znakomite "Can You Hear The Wind Blow" oraz "Best Years" to według mnie i nie tylko - główne przeboje tego krążka.

8. Axel Rudi Pell Tales Of The Crown
Jak zawsze porządnie, jak zwykle na poziomie. Jest melodyjnie i klimatycznie, podobnie do poprzedników. Fani powinni być usatysfakcjonowani, jeśli nie oczekują zbyt wielkich zmian. Do gustu przypadł mi najbardziej numer "Angel Eyes".

9. Poley/Rivera Only Human
Był w tym roku okres, że ta płyta zupełnie zawróciła mi w glowie. Nawet nie dlatego, że uwielbiam Danger Danger, którego Poley był wokalistą - jego solowy materiał jest bowiem zupełnie inny. Jednakże pozostało to, co najważniejsze, czyli specyficzny, miękki wokal Teda. Krążek dość spokojny, ujmująco delikatny, ale na pewno nie mdły.

10. Def Leppard Songs From The Sparkle Lounge
Mówią, że "nowy Def, to już nie to, co stary Def" i ziarenko prawdy w tym jest, aczkolwiek akurat w tym wypadku jakiegoś strasznego zawodu z tej racji nie odczuwam. "Nowy Def" podoba mi się, może nie w takim stopniu jak chociażby "Hysteria" z 1987, "On Through The Night" (1980) czy "High ‘N’ Dry" (1981), ale to porządna pozycja wydawnicza, którą przyjemnie jest od czasu do czasu sobie odpalić. Energetyczne "Gotta Let It Go" oraz "Hallucinate" na pewno w jakimś stopniu staną się źródłem dobrego samopoczucia u każdego słuchacza!

CRUEHEAD

Mötley Crüe - Saints Of Los AngelesShinedown - Sound Of MadnessHinder - Take It To The LimitBuckcherry - Black ButterflyThe Quireboys - Homewreckers And Heartbreakers

Co za rok! Już od kilku lat wciąż zauważalny jest postęp, jeżeli chodzi o jakość i ilość hard rockowych albumów. Jeszcze kilka lat temu trudno było uzbierać 10 wyróżniających się płyt w przekroju 12 miesięcy, a teraz rozłożyłem 22 sztuki kandydatów do poniższego zestawienia. Zakładając, że w obecnych czasach, kiedy to dzięki Internetowi raczej nie kupujemy "kota w worku", ilość ta wydaje się naprawdę bardzo dobra. Co więcej wybrane perełki nie odejdą w zapomnienie za kilka miesięcy, to albumy z serii tych "must have".

Pozycje 1, 2, 3 potraktowałbym na równi. To trzy różne albumy, każdy z nich wybitny i tak naprawdę bardzo ciężko było mi się zdecydować o kolejności, w końcu prym wzięła super subiektywna ocena nazwy (czyt. osobistego zaszeregowania marki).

1. Mötley Crüe Saints Of Los Angeles
Kto by przypuszczał, że jeszcze wrócą z nowym albumem, kto by przypuszczał, że jeżeli wrócą, to zdecydują się na tak mocne brzmienie. To oni wyeksponowali sleaze ponad 25 lat temu i także dziś pokazują, jak to powinno brzmieć współcześnie.

2. Guns N' Roses Chinese Democracy
Po ponad 14 latach nazwa Guns N' Roses wróciła. Nowy album jest kompletnym dziełem. Urozmaicone kompozycje są rewelacyjnie zagrane i krystalicznie wyprodukowane, a Axl nigdy nie śpiewał tak dobrze. Dla mnie to najlepszy album pod tym szyldem.

3. Shinedown Sound Of Madness
Poprzednie dwa albumy miały swoje mocne strony, jednak brzmienie dość wyraźnie osadzone w stylistyce grunge skutecznie mnie odpychało. Tym razem nagrali album o brzmieniu potężnym i hard rockowym. Ten zespół ma coś do powiedzenia i mówi to wyraźnie.

4. Tesla Forever More
Zespół, który nigdy nie schodzi poniżej swojego bardzo wysokiego poziomu. Tak jest i w tym przypadku. Od początku do końca mamy do czynienia ze zbiorem soczystych hard rockowych numerów, żadnych wypełniaczy.

5. Hinder Take It To The Limit
Ten album mnie zaskoczył. Tu nie ma już żadnych naleciałości z Nickelback, jest za to melodyjność którą znamy z "Hysterii" Def Leopard, "Dr. Feelgood" Crue, czy "The Razor's Edge" AC/DC w bardziej współczesnych aranżacjach. Hinder to nie kolejny modern rockowy zespół, to kontynuator najlepszej odmiany hard rocka.

6. Buckcherry Black Butterfly
Ich poprzedni album "15" rozłożył mnie na łopatki zupełnie. Buckcherry ustanowiło nową jakość i stało się już klasyczne. Obecny album nie jest już może tak dobry jak wcześniejszy, ale wspomniana jakość zobowiązuje i oprócz 2- 3 numerów kontynuują w sposób udany swoją rock'n'rollową drogę

7. Quireboys Homewreckers And Heartbreakers
Jak to cudownie usłyszeć Quireboys ponownie w wielkiej formie. Drużyna Spike'a nagrała album wybitny, o brzmieniu raczej typowym dla tego zespołu, jednak wciąż wyjątkowym.

8. Alice Cooper Along Came A Spider
Mistrz wrócił. Nowy album jest przepełniony schizofrenią i glamową melodyjnością, czyli tym co wyznacza jakość u Alice. Trochę szwankuje produkcja, ale można się przyzwyczaić.

9. Steve Stevens Memory Crash
Wielki, mały Stevie znów daje o sobie znać. Tym razem nie flamenco, a stary dobry hard rock (oczywiście troszkę flamenco i tu się znajdzie). Co ważne, nie ma tu przesady z technicznymi fajerwerkami, służą one jedynie jako ozdobniki do melodii, których tu cała masa. Najlepsze instrumentalne wydawnictwo od bardzo dawna.

10. Extreme Saudades De Rock
I kolejny powrót wielkiej grupy. Kolejny udany. Choć w tym przypadku nawet przez chwilę nie wątpiłem, że stać ich na bardzo dobry album. Nuno jest wyjątkowym gitarzystą i potwierdza to także tym razem, momentami ciarki przechodzą po plecach. Słychać, że zespół wciąż dobrze się rozumie. A to z kolei może spowodować, że doczekamy się następnych albumów. Może jeszcze lepszych.

Wspomnę jeszcze o kilku nazwach, które niejako o włos nie znalazły się w powyższej 10. Def Leppard, Whitesnake nagrali naprawdę dobre albumy, które ku mojemu zaskoczeniu dość często goszczą w odtwarzaczu. Backyard Babies także nagrali super sleazowy krążek, zaprzeczając niejako spadkowi formy na poprzednich dwóch płytach. Jest jeszcze Butch Walker ze swoim nowym, wyjątkowo osobistym dziełem…ale czy to hard rock?

Aż ciężko mi uwierzyć, że nowy 2009 rok może być tak dobry jak ten, który się niedawno skończył. Może podobnie jak w 2008 zespoły Shinedown i Hinder także w tym obecnym zaskoczy mnie coś niespodziewanego.

HARDLOVER

Whitesnake - Good To Be BadUriah Heep - Wake The SleeperMarcello / Vestry - Marcello / VestryJourney - RevelationSinner - Crash & Burn

Chyba żaden rok w ostatniej dekadzie nie obfitował w tak dużą liczbę dobrych wydawnictw jak 2008. Pojawiały się dobre płyty w niemal każdej odmianie melodyjnego grania (hard rock, AOR, rock progresywny, metal), miejsce w pierwszej "10" było zatem zarezerwowane nie tyle dla najlepszych, co dla tych robiących największe subiektywne wrażenie na odbiorcy. Rok 2008 stał przede wszystkim pod znakiem doskonałych powrotów artystów popularnych kiedyś i to one dominują w moim zestawieniu. A więc po kolei:

1. Whitesnake Good To Be Bad
Jak dla mnie absolutny numer 1, nie tylko ze względu na muzyków grających na płycie (brawa dla Aldridge’e i Beacha), co przede wszystkim na same kompozycje, stanowiące doskonałą i spójną muzyczną syntezę lat '70, '80 i '90. Nie ma tu ani jednego wypełniacza, w utworach jest dużo powietrza, świetne melodie, doskonałe zagrywki gitarowe, jednym słowem wszechobecna jest muzyczna magia, której tak bardzo brakuje wielu współczesnym zespołom.

2. White Lion Return Of The Pride
Niezwykła muzyka zawarta na tym albumie przyciąga coraz bardziej po każdym przesłuchaniu. White Lion nagrali płytę inną od wcześniejszych, dojrzalszą, poważniejszą, smutniejszą, ale też znacznie lepszą. Paradoksalnie zmiana brzmienia wyszła zespołowi na dobre, doskonale trafili z wyborem gitarzysty, nawet marudzący głos Trampa (jedyny mankament całości) nie jest w stanie zepsuć bardzo dobrego wrażenia.

3. Uriah Heep Wake The Sleeper
To płyta trochę niedoceniona, niezauważona. Rockowi weterani nagrali dzieło zawstydzające dokonania młodzików polotem i muzyczną wyobraźnią. Doskonałe, oparte na grze gitary i Hammondach brzmienie, przemyślane, dopieszczone kompozycje, składają się na najlepsze wydawnictwo Uriah Heep od wielu lat.

4. Eclipse Are You Ready To Rock
Niesamowity muzyczny koktajl wpływów kilku zespołów, tworzący wbijającą w ziemię hardrockową płytę. To jeden z tych albumów, które przenoszą słuchacza we wspaniałe lata osiemdziesiąte. Płyta bardzo spójna i konsekwentna, składająca się właściwie z samych żywiołowych hitów.

5. Marcello-Vestry Marcello-Vestry
Początkowo album mi się nie spodobał, myślałem, że dobrze zagrany, ale brak na nim kompozycji zapadających w pamięć. Po kilku przesłuchaniach ta opinia musiała się zmienić. Kolejna płyta brzmiąca, jakby została skomponowana i nagrana w latach '80. Ani jednej fałszywej nutki, świetne utwory, rewelacyjni instrumentaliści.

6. Tesla Forever More
Ta kapela nie nagrała tak dobrej płyty od bardzo dawna. Świetna mikstura hardrocka i southern rocka ze szczyptą nowoczesnego brzmienia, sporo utworów zapadających na długo w pamięć ("Forever More", "So What", "The First Time"), bardzo dobre riffy i solówki. Głos Keitha nie każdemu się podoba, trzeba jednak przyznać, że doskonale pasuje do takiej muzyki.

7. Dokken Lightning Strikes Again
Po latach dryfowania po muzycznej mieliźnie Don Dokken z kolegami wrócił do tego, co wychodzi mu najlepiej: do śpiewania i grania hard rocka. Sporo bardzo dobrych, typowych dla dawnego wcielenia zespołu, kawałków, dużym plusem albumu są również znakomite ballady, no i głos wokalisty (co akurat nie jest żadnym zaskoczeniem).

8. Poley-Rivera Only Human
Połączenie charakterystycznego, łagodnego głosu Teda Poley’a z gitarowymi zagrywkami Vica Rivery wypadło więcej niż dobrze. Materiał ciekawie zaaranżowany, urozmaicony, sporo dobrych melodii, na płycie praktycznie nie ma wypełniaczy, innymi słowy muzyka, której słucha się bardzo przyjemnie i która powoduje, ze apetyt na kolejne dzieło Danger Danger rośnie…

9. Journey Revelation
Wokalne odkrycie roku - Arnel Pineda - sprawdziło się doskonale w roli frontmana tej kapeli (zarówno w starym jak i w nowym repertuarze). Wbrew wybrzydzającym album dobry, kompozycje zróżnicowane, ciekawie zaaranżowane. Zespół niby nie stworzył niczego wielkiego, jednak uznanie dla "Revelation" rośnie wraz z każdym przesłuchaniem.

10. Sinner Crash & Burn
Z całej dziesiątki właśnie ta płyta zawiera muzykę najprostszą, najbardziej generyczną, najbardziej "niemiecką", świadomie chropowatą. Płyta może niezbyt ambitna muzycznie, ale bardzo równa, pozbawiona wypełniaczy. Co tu gadać - fajnie się tego słucha, chociaż rozumiem, że umieszczenie tego albumu w "10" niektórym wyda się kontrowersyjne…

Po takiej uczcie, jaką zafundowały nam stare i nowe zespoły w 2008 roku, ciężko pisać o rozczarowaniach. Jako że takie jednak były, pozwolę sobie wymienić trzy największe:

Silent Rage Four Letter Words
Smutny przypadek dowodzący tego, że powrót po latach z nowym materiałem nie zawsze musi być udany. Płyta brzmi niby nieźle, zespół niby zachował charakterystyczny sposób budowania utworów (rytmika), jednak same kompozycje po prostu leżą na całej długości. Na tym albumie nie ma absolutnie nic godnego zapamiętania, ani jednego dobrego utworu, mamy za to rockowy bełkot. Szkoda….

Sammy Hagar Universal Cosmic Fashion
Szokujący groch z kapustą w wykonaniu bądź co bądź legendy rocka. Koszmarny, industrialny utwór tytułowy, nieudane wycieczki w stronę funku i grunge’u w kilku innych, spora dawka wypełniaczy. Płyta krótka, ale i tak bronią się na niej tylko 2-3 utwory.

Guns N’ Roses Chinese Democracy
Wiem, że są obrońcy tej płyty, że niby nowoczesna, dobrze wyprodukowana, ciekawa, itd. Jednak jak dla mnie album stanowi niestrawny miks różnych elementów muzycznych (niepotrzebne wycieczki w stronę industrialu, brit popu, pasują do reszty jak kwiatek do kożucha), w którym bronią się może ze 3 kawałki. Płyta jest rozwleczona i po prostu nudna, w wielu utworach po obiecujących zwrotkach uderza brak przyzwoitych refrenów, na kilka należy w ogóle spuścić zasłonę milczenia. Nadmuchany przez media balon pękł jak bańka mydlana.

Ogólnie rzecz biorąc, rok 2008 bardzo wysoko ustawił poprzeczkę obecnemu. Ten, ze względu na wiele zapowiadanych wydawnictw (Vengeance, Lynyrd Skynyrd, Firehouse, Danger Danger, Bad Habit, Gotthard, Europe, Ace Frehley), może być równie dobry. Dobrze byłoby, gdyby wszystkie grupy wykonujące melodyjne odmiany hard rocka były tak reklamowane jak AC/DC czy Guns N’ Roses. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że sprzedanie 500000 płyt przez wymienione zespoły leży w sferze marzeń…