THE DARKNESS - Last Of Our Kind

Wydawca: Canary Dwarf Ltd / Kobalt Label Services / (BestBuy) / Universal Music / Copyright Control / Soyuz Music
Rok wydania: 2015

  1. Barbarian
  2. Open Fire
  3. Last Of Our Kind
  4. Roaring Waters
  5. Wheels Of The Machine
  6. Mighty Wings
  7. Mudslide
  8. Sarah O'Sarah
  9. Hammer & Tongs
  10. Conquerors
  11. Messenger [bonus w edycji amerykańskiej z BestBuy, japońskiej i Deluxe]
  12. Always Had The Blues [bonus w edycji amerykańskiej z BestBuy, japońskiej i Deluxe]
  13. Million Dollar Strong [bonus w edycji Deluxe]
  14. I Am Santa [bonus w edycji Deluxe]
The Darkness - Last Of Our Kind

Skład: Justin Hawkins - śpiew, gitara; Dan Hawkins - gitara; Frankie Poullain - gitara basowa, śpiew w [10]; Emily Dolan Davies - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Trevor Weston - monolog w [1]; 236 The Darkness Fans - chórki w [3]

Produkcja: Dan Hawkins

Do czterech razy sztuka, chciałoby się rzec. Trzy podejścia nie przekonały mnie do zespołu The Darkness. Pamiętny debiut z 2003 roku, którym tak wszyscy się zachwycali, nie odpowiadał mi brzmieniowo, do tego jeszcze przerysowane wokale Justina Hawkinsa cięły mnie po uszach. Na dwójce i trójce po prostu brakowało hitów, za to Last Of Our Kind z 2015 r. potrafił powalić mnie na kolana jak mało co w ostatnim dziesięcioleciu.

Najpierw nieco historii. O The Darkness świat usłyszał w 2003 r. przy okazji wydania Permission To Land, który to krążek szybko sprzedał się w nakładzie powyżej miliona egzemplarzy (trzeba przyznać, rzadka rzecz, jak na rockowych debiutantów we współczesnym świecie), głównie dzięki singlowemu I Believe In A Thing Called Love. Po dwóch latach załoga zaatakowała rynek muzyczny płytą One Way Ticket To Hell... And Back w nieco zmienionym składzie, ale atak ten był raczej średnio udany. Później wokalista opuścił szeregi grupy z powodów alkoholowo-narkotykowych, a w wyniku rozłamu powstały dwa zespoły: Stone Gods i Hot Leg. W oryginalnym składzie Brytyjczycy pojawili się w 2011 r. puszczając w świat swój trzeci wypiek, Hot Cakes. Z mojego punktu widzenia czuć było poprawę pod względem wokalnym, Justin przestał przesadzać z falsetem, ale krążkowi dramatycznie brakowało hitów, w efekcie czego zapomniałem o tej formacji na kilka lat. Nastał rok 2015 i moja dziewczyna zaczęła napominać mi, że w tymże roku wyjść ma "nowe The Darkness" z perkusistką w składzie, a oliwy do ognia dolało jeszcze zgrabne, singlowe Open Fire. W Europie płyta ta pojawiła się na początku czerwca i od razu zakupiłem ją jako prezent dla zainteresowanej, po czym zaczęły się intensywne odsłuchy podczas jazdy samochodem. Nagrania były tak cholernie dobre, że po jakichś 2 miesiącach zaopatrzyłem się w drugi egzemplarz, tym razem własny, nie digipakowy. Zestaw otwiera poważny tekstowo, opowiadający o najeździe Wikingów na wschodnią Anglię Barbarian, choć utwór zobrazowano żartobliwym, animowanym teledyskiem. Numer ten to prawdziwy strzał między oczy; najpierw ciekawe intro mówione, dalej ostry riff i w końcu przejście w zagrywki, których nie powstydziłoby się klasyczne Def Leppard z czasów Pyromanii. Mógłbym tego słuchać bez końca, gdyby nie to, że po nim mamy nie mniej killerskie Open Fire. Tutaj z kolei dostajemy kompozycje utrzymaną w średnim, nieco podbitym tempie, która na myśl przywodzi najlepsze ścieżki prezentowane w stylu The Cult, plus ostre jak brzytwa gitary tu i ówdzie. Murowany hit, kto się zna, to z pewnością go doceni. Balladowo rozpoczyna się tytułowe Last Of Our Kind, które jest swego rodzaju hymnem na cześć odchodzącej generacji fanów dobrej muzy, przynajmniej ja tak to odbieram. Melodykę dopracowano tu do perfekcji, urzekają harmonie i dobrze dobrane wokale/chórki (chórki śpiewają fani grupy) oraz wspaniała, przemyślana, ultramelodyjna solówka. W drugiej części refrenów pojawiają się jeszcze "punkowe" progresje, na które pewnie nie zwróciłbym gdzie indziej uwagi, ale tutaj brzmią one po prostu świetnie i dodają energetyki. Na czwartej pozycji stoi Roraring Waters będące swoista mieszanką stylistyczną AC/DC (wstęp), Aerosmith (większość zagrywek) i Queen (wpływy słyszalne w warstwie wokalnej). Również rzecz warta uwagi, choć po poprzedzającej ją serii przebojów nie będzie miała już łatwo. Przyszedł czas na coś spokojniejszego, bez szczególnych fajerwerków, mamy więc balladę Wheels Of The Machine. Ścieżka strukturalnie dość prosta, z wpływami muzyki country, zwłaszcza w partiach gitar, a mimo to ma w sobie to coś, że potrafi urzec. W Mighty Wings wrażenie robi umiejętne budowanie napięcia, od nieco mrocznego wstępu, przez cięższe gitary, po wesołe, optymistyczne zagrywki. To tutaj zaśpiewy Justina Hawkinsa brzmią najbliżej dokonań Queen, więc fani Freddiego Mercury'ego będą wręcz wniebowzięci. Kolejna pozycja w secie to Mudslide (autorstwa perkusistki), które musi mieć jakiś ukryty sens, bo kompletnie nie mogę dopasować tekstu do muzyki ;). Pewne części liryków mogłyby sugerować jakiś poważny temat, ale kontrastuje to z mocno radosną, momentami nawet wręcz kowbojską muzyką. Dalej nadchodzi mój koszmar z tego albumu - jedyny tutaj zgrzyt, kompletnie nie leżąca mi ballada Sarah O'Sarah. Irytują mnie te słodkawe melodyjki i masakrycznie banalny refren. Nie będę się nad tym dłużej rozwodził, wybaczcie. Hammer & Tongs to prosty rock'n'rollowy numer, gdzie doszukać można się wpływów nawet samych klasyków takich jak The Rolling Stones. Może już nie tak hiciorski, jak cały desant ścieżek z pierwszej połowy płyty, ale i do klapy mu daleko. Zwykłe wydanie albumu zamyka bardzo fajna balladka zatytułowana Conquerors (za mikrofonem staje basista Frankie Poullain). Dzięki takim piosenkom wiele hair metalowych załóg podbijało rynek muzyczny w drugiej połowie lat '80 ubiegłego wieku. Takie przykładowo Poison mogłoby się zawstydzić. Całości zniszczenia dopełniają "stadionowo" aranżowane chórki. Arena rock w najczystszej postaci. A teraz coś, czego nie lubię, mianowicie wydawanie tego samego krążka w kilku wersjach w różnych częściach świata i z różnymi bonusami. Drażni to, zwłaszcza jak już się zakupiło płytę w wersji podstawowej ;). Posiłkując się siecią, zdobyłem jednak te brakujące kawałki i oto ich recenzja. Messenger to bardzo fajny utwór utrzymany w stylu naśladowców AC/DC, tyle że grających weselej (Krokus, Helix itp.), plus oczywiście wszystko doprawione bardziej typowymi zaśpiewami z aresnału Hawkinsa. Tytuł Always Had The Blues mówi sam za siebie, dodam tylko, że tutejsze bluesowanie też jest wesołe. Bardzo zgrabna kompozycja i aż szkoda, że wraz z poprzedniczką i nastepczynią nie weszła w skład podstawowy wydawnictwa. W Million Dollar Strong mamy zagrywki gitarowe, które jakoś kojarzą mi się z nagraniami Scorpions z lat '80, tyle tylko, że wokalnie jest tu znów "queenujący" Justin. Wisienką na torcie są też wplecione aranżację dęciaków i prosta, lecz łatwo wpadająca w ucho solówka. Kto nie może doczekac się choinek, prezentów i reszty bożonarodzeniowych klimatów, niech sięgnie po I Am Santa. Spokojny, nastrojowy kawałek z obowiązkowymi dzwonkami.

Last Of Our Kind to jak do tej pory zdecydowanie najlepsze dzieło The Darkness i zarazem ścisła czołówka płyt, jakimi obdarzył nas rok 2015. Jak się okazuje, mimo niezbyt przychylnych czasów, wciąż można nagrać coś przebojowego. Tym razem będę miał grupę na uwadze i zaczekam na jej kolejny album z nadzieją, że będzie równie wyśmienity. Sięgajcie śmiało po ten krążek, nie sugerujcie się niewielką ilością jego recenzji w polskojęzycznych zasobach Internetu. To naprawdę solidna płyta!

Oficjalna strona zespołu: www.thedarkness.co.uk