Relacja z koncertu Night Mistress/Uriah Heep, 17-11-2015
Progresja Music Zone [Main Stage], Warszawa

Życie rockmana nie jest łatwe - ale jakie przyjemne... Ostatnio miałem szczęście do podziwiania legend heavy metalu i hard rocka na żywo - po koncercie Nazareth, miałem okazję uraczyć się występem Uriah Heep. Był to ważny koncert - pierwszy w ramach trasy Rock The Haus Tour i zarazem jeden z dwóch w Polsce zorganizowanych przez Cinematographer Productions. Różnica między tymi koncertami legend polegała na tym, że przed występem Nazareth wiedziałem, że mam oczekiwać solidnego, porządnego koncertu hard rockowego w dobrym stylu - i to otrzymałem. Po Uriah Heep zaś nie wiedziałem, czego oczekiwać. Co dostałem...? O tym poniżej!

Uriah Heep: Rock The Haus Tour 2015 Poprzedzana przez heavy metalowe Night Mistress legendarna formacja zaczęła swój występ potężnie. Wśród publiczności nie było nikogo, kto nie wyrwałby się do zabawy przy Gypsy i Look At Yourself. Najwyższe obroty zostały utrzymane przez cały koncert, począwszy od Hanging Tree i Rainbow Demon. Honoru ballad i lirycznych motywów broniły utwory Wise Man i The Wizard, przy których można było odpocząć w przerwie zawieruchy heavy metalu. Dzięki utworowi The Law z najnowszej płyty odkryłem to, co po cichu kołatało mi się po głowie od czasu utworów Justice czy Dead Men Don't Talk Budgie. Otóż przyszłością heavy metalu i sekretem żywotności starych dinozaurów jest poszerzenie sprawdzonej formuły hard&heavy o pulsację muzyki funky. The Law ma jednocześnie groove muzyki funky i pazur heavy metalu - tutaj połączone doskonale! Najnowszą płytę, Outsider, reprezentowały jeszcze kompozycje One Minute oraz Can't Take That Away przypominający styl Deep Purple - motorykę utworu napędzały młotkujące bębny i świdrujące klawisze.

Poza tymi trzema fragmentami, Uriah Heep postawili na rzeczy stare, znane i kochane. Wokalista Bernie Shaw udowodnił, że na scenie czuje się jak ryba w wodzie, swobodnie zagadując i żartując z widownią, a przy tym operując wyraźną angielszczyzną przystępną obcokrajowcom (nieczęste zjawisko u anglojęzycznych gwiazd). Kupił mnie lojalnym ostrzeżeniem przed powrotem do 1972 roku, kiedy królował progresywny rock i wydłużone kompozycje. Upewniwszy się, że widownia da radę ustać, zespół rozpoczął The Magician's Birthday. Faktycznie, był to najdłuższy i najbardziej pokręcony utwór z setu. Na szczęście, "zawiodłem się", kiedy oczekiwałem lejących się flaków i klusek. Cała "dłużyzna" utworu to gitarowe solo, z podkładem perkusji, który poszczególnymi kołowrotkami na podwójnych centralkach albo salwami na talerzach nie pozwalał rozmarzyć się albo przysnąć.

I tutaj dwa słowa o perkusiście i kondycji zespołu. Russell Gilbrook wydaje się najmłodszy spośród muzyków i jest w ich gronie zastrzykiem świeżej krwi i energii. Maltretuje swój instrument z takim zapamiętaniem i oddaniem, że reszta formacji, nawet gdyby nie chcieli, musi dotrzymywać mu kroku. Dość prosty, ale okazale prezentujący się zestaw perkusyjny (dwie centralki, dwa kotły, werbel i talerze porozwieszane na efektownej ramie) był solidnie używany, zwłaszcza podwójna stopa i mnóstwo talerzy. To dawało muzyce Uriah Heep energii, której nawet nie spodziewałem się po muzykach ze stażem kilku dekad! Reszta składu jednak także nie próżnowała. Harmonie na cztery wokale, podmalowane klawiszami, to majstersztyk konsekwencji i zorganizowania zespołu. Ostatecznie żaden z muzyków nie nauczył się grać wczoraj i nie stanęli na scenie dzisiaj po raz pierwszy... Na scenie widać cały czas uśmiechniętego, gestykulującego nad i wokół gitary niczym kapłan błogosławiący wiernych Micka Boxa, gitarzystę i jedynego oryginalnego członka Heep, siedzącego za instrumentami klawiszowymi Phila Lanzona wyglądającego jak doktor Emmet Brown z Powrotu do przyszłości, Daveya Rimmera z wielką gitarą basową o dziwacznym, ale wybitnie heavy metalowym kształcie i Berniego Shawa, wokalistę przypominającego nawet nie ojca chrzestnego, a starszego brata współczesnej stylówy Vince'a Neila i Sebastiana Bacha. Każdy muzyk ma swój indywidualny styl, a razem tworzą zgrany - wizualnie i dźwiękowo - zespół.

Bernie Shaw nie musiał dwa razy zachęcać do wspólnego śpiewania standardów, takich jak Stealin' czy Sunshine, a zagrane jeden po drugim July Morning i Lady In Black jednocześnie wzruszyły i podnieciły niejednego na widowni - młodego czy starego. Uriah Heep to stare sceniczne wygi, więc wiedzą, że publikę trzeba zostawić w stanie oszołomienia i ekscytacji. W myśl tej zasady na bis uraczyli nas kompozycjami Birds Of Prey i niemożliwie energetycznym Easy Livin'. Zdecydowanie, życie rockmana nie jest łatwe - trzeba chodzić na koncerty, wzruszać się na nich i szaleć... Ale ktoś musi - to my, dzielne rzesze, bierzemy ten obowiązek na karki i uszy, z dumą i radością!

P.S. Słuchacze, którzy są ciekawi współczesnej kondycji Uriah Heep, a nie mieli okazji zobaczyć ich na żywo, mogą sprawdzić możliwość ulubieńców za pośrednictwem aż dwóch wydawnictw. Mowa tu o koncertowej płycie Live at Koko, London 2014 oraz nadchodzącej Totally Driven z ponownie zarejestrowanymi klasycznymi utworami zespołu. Hard Rock Service poleca!

Lista utworów:

  1. Gypsy
  2. Look at Yourself
  3. The Hanging Tree
  4. Rainbow Demon
  5. The Law
  6. Sunrise
  7. Stealin'
  8. The Magician's Birthday
  9. Wise Man
  10. The Wizard
  11. One Minute
  12. Can't Take That Away
  13. July Morning
  14. Lady in Black
  15. Bird of Prey [bis]
  16. Easy Livin' [bis]


Organizatorem koncertu było Cinematographer Productions.

Oficjalna strona Uriah Heep: www.uriah-heep.com

Autor: Dawid "Qstosz" Odija