Relacja z koncertu Kruka/Uriah Heep, 18-11-2015
Centrum Kultury Rotunda, Kraków

Jest kilka piosenek - wszystkie, o dziwo, z kręgu klasycznego hard rocka - których dźwięki i słowa pamiętam tak długo, jak głosy rodziców. Towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, także podczas dokonywania strasznego odkrycia, że nie każdy słyszał i wie, co to jest Black Sabbath... Wsłuchiwałam się w nie za każdym razem, kiedy tata włączał coraz bardziej zużyte przez lata kasety w buczącym samochodowym radiu. Tak jak ja, każdy fan tego gatunku muzyki ma swoje wspomnienia związane z tym, jak nauczył się go słuchać i ważne momenty w życiu, którym ów gatunek akompaniował. Czas biegnie nieubłaganie i chociaż głosy na nagraniach nigdy się nie starzeją, ich właścicielom przybywa lat... a nam okazji, żeby ich podziwiać na scenie. Takim to sentymentalnym wstępem, pozostawiając za sobą nastrój filozoficzno-egzystencjalny, przedstawiam wielką gwiazdę i podstawę mojego muzycznego jestestwa – zespół Uriah Heep!

Uriah Heep: Rock The Haus Tour 2015 Słuchając po tysiąckroć Lady in Black, nigdy nie spodziewałam się, że uda mi się usłyszeć ten numer na żywo. Przecież znam go od zawsze, słuchał go już mój tata lata przed moimi narodzinami, więc jakie było prawdopodobieństwo, że panowie doczekają mojej dorosłości i samodzielnych wypraw na koncerty...? Jak się jednak okazuje dość spore, bo mimo prawie 7 dekad na karku panowie z Uriah Heep trzymają się świetnie, nagrywają nowe płyty i koncertują po całym świecie. Po udanym koncercie w Warszawie, kolejnego dnia Rock the Haus Tour legenda hard rocka przybyła do Rotundy, by i w dworze Kraka przypomnieć, co to rock’n’roll!

Kampania promocyjna koncertu zaczęła się już ładnych kilka miesięcy wcześniej, toteż zdziwiła mnie niewielka ilość ludzi oczekujących na otwarcie bram przed klubem. Jak się później okazało, frekwencja całkiem dopisała - po prostu do części z nas nie dotarła informacja o opóźnieniu otwarcia bram o pół godziny. Jak to zwykle bywa z pół godziny zrobiło się kolejne pół… i troszkę…, a polska natura dawała o sobie znać, kiedy to mamusie zaciągnięte przez dzieci na koncert gderały, jakoby miały go wysłuchać z obecnego miejsca. W końcu i one się doczekały i spokojnym krokiem zajęły stojące miejsca pod sceną. Pierwsza myśl – scena ta wydawała się dość mała jak na tak wielką gwiazdę. Ma to jednak swoje ogromne zalety – mniejszy ścisk, mniej potłuczonych gnatów pod sceną i mniej ocierających się spoconych ciał… Minusy też muszą jednak być i tutaj apel – jeśli idziesz na koncert w małym klubie, błagam, nie jedz kiełbasy z czosnkiem. Inaczej każdy Twój oddech będzie się niósł na sąsiadujących mało przyjemną bryzą rozkładu międzyzębnego (ble!).

W końcu nadeszła godzina 20:00. Miły organizator z Cinematographer Productions grzecznie nas przywitał i zaprosił do wysłuchania supportu – zespołu który ma już za sobą rozgrzewanie publiczności przed wielkimi gwiazdami. Panie i panowie – Kruk! Chłopcom udało się pomieścić na kawałku sceny pozostawionym im przez gwiazdę wieczoru i w plątaninie kabli dali z siebie naprawdę wszystko, zapewniając tłuszczy świetną rozrywkę. W tym miejscu pokłon dla organizatora za pomysł tak świetnego supportu. Kruk spisał się doskonale. Również składając hołd Deep Purple, choć wzięli na kark trudne zadanie, bo Child in Time to numer niezwykle wymagający instrumentalnie i wokalnie. Tutaj z pomocą przyszła niejaka Julia, choć moim zdaniem Andrzej [Kwiatkowski, obecnie wokalista Fatum, gościnnie występujący z zespołem - przyp.red.] również sam dobrze radził sobie z falsetami. Pokłon także w stronę gitarzysty KrukaPiotr [Brzychcy - przyp.red.] po niedawnym złamaniu prawej ręki założył nań stabilizator i dzielnie wyszedł na scenę odziany w skóry, zakute w stal buty i z niemal dziecięcym uśmiechem na twarzy. Panowie przywrócili mi wiarę w sens istnienia zespołów supportujących – bardzo dziękuję!

Kruk przed Uriah Heep w Krakowie, 17.11.2015 Kruk odleciał, kable pozwijano, na scenie zrobiło się jakby przejrzyściej, a kiedy odsłonięto wielkie piece opatrzone podpisem "Mick Box", wiadomo było, że to już czas! Wyjątkowo długie strojenie basu przedłużyła jeszcze pęknięta struna i konieczność wymiany powyginanego, strasznie blackmetalowo wyglądającego instrumentu na coś wyglądem bardziej stonowanego. Po krótkim wstępie wspomnianego już pana z organizacji, zupełnie na luzie, machając przyjaźnie w naszą stronę, na scenę weszli członkowie grupy Uriah Heep. Mick Box w niebieskich dżinsach i kowbojkach z krokodylej skóry, założył niebieskie okulary i "dosiadł" białego Gibsona. Bernie Shaw, jak na showmana przystało wystąpił w pobłyskujących tu i ówdzie, przykuwających wzrok spodniach, niebieskich kowbojkach i białej koszuli, opierającej się na wydatnym już piwnym mięśniu wokalisty. Obowiązkowe turkusy oczywiście również zagościły na rękach obu panów, okute w srebro błyszczące niemal tak jasno jak estradowe oświetlenie na scenie. Skromnie ubrany Phil Lanzon szybko schował się za ścianą zabudowanego Hammonda i ze swej klawiszowej niszy pozdrawiał publiczność z serdecznym uśmiechem. Również obudowany ogromną ramą wielopoziomowej perkusji, zajął swoje miejsce Russell Gilbrook. Najnowszy nabytek zespołu, bo w jego składzie dopiero od dwóch lat, Davey Rimmer jako jedyny kolorowy element swej czarnej garderoby, zaprezentował Martensy… w kwiatki.

Pierwszy zaczął klawiszowiec… intonując znaną wszystkim nutę Gypsy. Nie do opisania jest szaleńcza energia, którą uwolnił z siebie wokalista, oprawiając słowa piosenki znaczącą gestykulacją. Mimo niewielkiej ilości miejsca na krakowskiej scenie, Bernie nie pozostawał w miejscu ani na chwilę. Dzięki zastosowaniu systemów bezprzewodowych, kable nie ograniczały ruchu ani jemu, ani żadnemu z gitarzystów. W innym wypadku nie mógłby również wykorzystać tak niezwykłego rozwiązania jak kabura – na mikrofon! Również odsłuchy zastąpione zostały słuchawkami w uszach muzyków. Jedynie Mick pozostał przy klasycznych odsłuchach, za którymi ukrył swój pedal pad. Kolejny numer, którego nie trzeba przedstawiać – Look at Yourself - okraszony został krótkim solo perkusyjnym. Trzecim zaprezentowanym przez klasyków utworem był Rainbow Demon. Świetny i typowo sceniczny numer został genialnie przyjęty przez wykrzykujący słowa refrenu tłum. "Are you warmed up yet...?" Jasne, że byliśmy. W sam raz na zagrany po raz pierwszy w tej części kraju kawałek z najnowszego wydawnictwa zespołu – The Law. Nie jest to mój faworyt z Outsidera, znacznie bardziej liczyłam na Can’t Take That Away, który mieli przyjemność usłyszeć warszawscy fani, a którego w Krakowie niestety zabrakło. Rozumiem jednak, że skandujące "the law!" ma silniejszą sceniczną wymowę. Te czterdzieści lat, które dzieli tę od poprzednio zagranych kompozycji, dało się uchwycić już w pierwszych dźwiękach. To czterdzieści lat historii, rozwoju i eksperymentowania Uriah Heep z muzyką, o którym jeszcze później będzie mowa.

"Teraz musicie robić to, co ten gość za tym ogromnym zestawem bębnów..." No i jak tu było frontmana nie posłuchać...? W ten sposób wspólnie dośpiewaliśmy do Sunrise i zostaliśmy oficjalnie nazwani mianem "part of the show". "...Cofnijmy się teraz do roku 1973. Nagraliśmy wtedy album Sweet Freedom…" I cóż innego mogłoby teraz nastąpić, jeśli nie kolejny klasyk w postaci Stealin’. Przyjemnie było patrzeć na ojców z dziećmi i dziadków z wnuczkami (naprawdę!) śpiewających razem utwór sprzed tak wielu lat, być świadkiem jak muzyka ożywa w gardłach młodych i starych i tych w średnim wieku, kobiet, mężczyzn… to właśnie, moi drodzy, nazywa się być ponad podziałami. "Był ’73, to teraz ’72, tak inny! Tylko jeden rok wcześniej, ale wtedy muzyka Uriah Heep była inna, bardziej eksperymentalna, zespół zaczynał grać wtedy coś, co dziś nazywamy prog rockiem. Nie nagrywali jakichś 2-3 minutowych radiowych piosenek, a epickie 7-8 minutowe utwory. Rok 1972 – The Magician’s Birthday!" I jak pięknym historycznym rysem zapowiedział Bernie, nastąpiła prawdziwa uczta dla konesera tego wymagającego gatunku, który mógł napawać się również gitarowym solo Boxa. Po całym zamieszaniu scena ściemniła się, zgasły na przemian wcześniej miesiące się kolorami centrale perkusji i 3/5 zespołu zniknęło za kulisami. "Phil, zostaliśmy sami" – rzekł Bernie"chyba zasłużyliśmy na to". Tak też klawiszowy zaintonował sentymentalny i refleksyjny Wise Man. Pozostali muzycy powrócili naturalnie. Mick chwycił za elektroakustyka i oto mieliśmy okazję usłyszeć drugi tego wieczoru numer z płyty Demons and Wizards. Demon już był, to teraz czarownik - The Wizard. Nadszedł czas na drugi i, jak się okazało, ostatni tego wieczoru utwór, pochodzący z nowego wydawnictwa. One Minute został momentalnie podchwycony przez słuchaczy, którzy bawili się przy nim i śpiewali, jakby obecny był w repertuarze Uriah Heep od zawsze, nie tylko od roku.

Uriah Heep w Krakowie, 17.11.2015 Nocy hitów jednak jeszcze nie nadszedł koniec. Nie odeszłabym usatysfakcjonowana z Rotundy nie usłyszawszy jeszcze trzech, oczekiwanych zapewne nie tylko przeze mnie, tytułów. Okrzyknięta jedną z najlepszych ballad wszech czasów – July Morning otwarła finałową trójkę. Tutaj z solówką wychylił się nieśmiało, pozostający w cieniu starszych kolegów Davey Rimmer. Nareszcie nastał moment utworu, na który czekałam od chwili, gdy przeszła mi przez myśl możliwość uczestnictwa w koncercie tak wielkiej gwiazdy. "She came to me one morning…" Lady in Black nigdy dotąd tak nie brzmiało. Trwóżcie się ci, którzy muzyki słuchacie jedynie z nagrań w domu, albowiem nie wiecie, jaka potęga kryje się w nich, gdy płyną z estradowego nagłośnienia. Nie sposób opisać magię, która wstępuje w te znane przecież przez całe życie dźwięki, gdy słyszy się je tuż pod sceną, całym ciałem czując uderzenia w bębny i mocne podbicia basu. Oto cała prawda o hard rocku – muzyce żywej, zmieniającej twarz jak aktor w teatrze sceny rządzonej przez muzyków... (ale filozofii miało już nie być... - przyp.aut.). Nie wiem ile razy odśpiewaliśmy "aaaaa aaaaa…" - grunt, że panowie spotkali się całą piątką na środku sceny, pięknie pokłonili i udali za estradę dziękując i życząc dobrej nocy (nawet w polskiej mowie!) Owacjom nie było końca, a nawoływań fanów zlekceważyć niepodobna. Bernie zapowiedział więc jeszcze jeden, ostatni utwór. Nie mogłoby to być przecież nic innego niż Easy Livin’! Świetną zabawę i cudowny wieczór pełen niezapomnianych wrażeń przerwało kolejne, ostatnie już pożegnanie. Jeszcze tylko suweniry w postaci kostek i pałeczek powędrowały do rąk zgromadzonych najbliżej sceny i oto nastała cisza. Trudno było się pogodzić z tym, że to już koniec. Niemniej jednak trzeba było skierować się powolnym krokiem do samochodu i udać się w drogę powrotną do domu.

Z szesnastu utworów zaprezentowanych fanom w Warszawie, krakowscy słuchacze usłyszeli jedynie trzynaście. Zabrakło The Hanging Tree, jednej z moich ulubionych kompozycji z Firefly, oraz również świetnej pozycji z Outsidera Can’t Take That Away. Na bisie również Warszawa wyszła lepiej. Oprócz Easy Livin’ zabrzmiał tam też Bird of Prey ze świetnego albumu Salisbury. Pozostaje mi jedynie zrzucić winę na smog… albo na smoka! Tak czy inaczej, pozostają wspomnienia z występu jednej z opok dzisiejszej muzyki hard rockowej i heavy metalowej. Niezapomniane przeżycie – świetny koncert jednej z tych nielicznych gwiazd, które zdecydowanie lepiej brzmią słuchane na żywo niż w domowym zaciszu, czy samochodowym szumie. Występem w Krakowie Uriah Heep zakończyli trasę w Polsce. Nie traćmy jednak nadziei. Niebawem ukaże się nowa płyta zespołu, a być może wraz z nią nowe plany koncertowe, w których, miejmy nadzieję, zostanie uwzględniony kraj na Wisłą. Na razie pozostaje nam wielce podziękować i zaprosić ponownie!

Lista utworów:

  1. Gypsy
  2. Look at Yourself
  3. Rainbow Demon
  4. The Law
  5. Sunrise
  6. Stealin'
  7. The Magician's Birthday
  8. Wise Man
  9. The Wizard
  10. One Minute
  11. July Morning
  12. Lady in Black
  13. Easy Livin' [bis]


Organizatorem koncertu było Cinematographer Productions.

Oficjalna strona Uriah Heep: www.uriah-heep.com

Autor: Nienor (Joanna Bockenheimer-Ruszkowska)