Koncert w cylindrach - relacja z koncertu RavenEye/Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators, 20-11-2015
Atlas Arena, Łódź

Jeden z najlepszych, najbardziej charakterystycznych gitarzystów świata już po raz trzeci odwiedził nasz kraj. A ja po raz trzeci mogłem zameldować się na tym kolejnym z rzędu wspaniałym koncercie i powiem krótko: Slash to mistrz. Ciężko znaleźć osoby, które na hasło "Slash" zrobią wielkie oczy i powiedzą: "Nie, nie wiem, kto to". Nawet osoby bliżej niezwiązane z muzyką rockową kojarzą choćby charakterystyczny wygląd gitarzysty. Fanom nie umknęły oczywiście fakty, że ich ulubieniec przytył, włosów ma trochę mniej, a cylinder jest już chyba zamontowany na stałe - za czasów Guns N’ Roses wyglądało to trochę inaczej. Cylinder nie był jeszcze obowiązkowy, tak samo jak okulary przeciwsłoneczne - dzisiaj już nieodzowne... Mimo wszystko wizerunek ten ogółem na przestrzeni lat zmienił się niewiele.

Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators Przejdźmy jednak do samego koncertu, zorganizowanego przez Metal Mind Productions, a odbywającego się w łódzkiej Atlas Arenie 20 listopada 2015 roku. Na początku każdy uczestnik na płycie dostawał czarny cylinder. Domyślam się, że gitarzyście zrobiło się bardzo miło, widząc tylu oddanych fanów w prawie takim samych jak on kapeluszach. Setlista była dosyć ciekawa, ale w porównaniu z zeszłym rokiem zmieniła się niewiele. You’re A Lie było pierwszym utworem i wystarczył, by tłum po prostu oszalał. Strefa Golden Circle była gęsto "zaludniona", dlatego skaczący widzowie w krótkim czasie zrobili niesamowity ścisk. Ja, będąc już dosyć doświadczonym "koncertowiczem" wiedziałem, że ta energia w końcu opadnie i koniec końców będę w sumie jednym z niewielu skaczących przy każdej piosence... Osoby niskiego wzrostu miały jednak z początku naprawdę ciężko, dlatego często wycofywały się w spokojniejszy teren. Wracając jednak do samego występu - następny był Nightrain. Kawałek z pierwszej płyty Gunsów był jednym z najmocniejszych punktów całości. Bajeczne riffy, jeszcze lepsza solówka, energia i moc po prostu oczarowały tłum. Myles Kennedy naprawdę dawał radę, chociaż zdecydowanie brakuje mu w sposobie śpiewania agresji, z jakiej znamy Axla. Mimo wszystko cała sekcja to naprawdę utalentowani muzycy. W następnej kolejności zespół zaserwował nam kilka kawałków z solowych wydawnictw gitarzysty - World On Fire i Apocalyptic Love. Zaczęli od dynamicznego Avalon, potem nieco spokojniejsze Standing In The Sun oraz Back From Cali ze znakomitym początkowym riffem i późniejszym mocnym uderzeniem wszystkich instrumentów. To według mnie zresztą jeden z najlepszych numerów Slasha w ogóle. Wicked Stone z bogatym brzmieniem i spokojnym, klimatycznym spowolnieniem w środku utworu również rozochocił publikę. Ciężko znaleźć na World On Fire najmocniejszy akcent, ale na pewno to właśnie Wicked Stone jest jednym z nich. Bad Rain to zaś obłędny, gęsty jak lasy Amazonii riff i energia, której próżno szukać we współczesnych utworach nowych zespołów rockowych. Co następuje dalej...? Otóż charakterystyczne intro perkusji - rozpoczyna się You Could Be Mine i tłum znów szaleję. To właśnie piosenki Guns N’ Roses wydają się być najmocniej oczekiwanymi punktami koncertu. Ja sam w wielu momentach po prostu zamykałem oczy i wczuwałem się całym sobą w utwór. Usłyszeć szlagiery najlepszego hard rockowego zespołu świata - to dosłownie orgazm dla uszu.

Gdy jednak gunsowy akcent dobiegł końca, nadszedł czas na Doctor Alibi z Toddem Kernsem na wokalu. Znakomity basista okazał się się również świetnym frontmanem zachwycając mocnym głosem. Wysoki wokal sprawdził się również w następnym numerze - Welcome To The Jungle, który stanowił kolejny magiczny moment koncertu. Gdy stoisz niedaleko od sceny i widzisz Slasha grającego te charakterystyczne, dobrze znane na całym świecie dźwięki, to czujesz, że po prostu odpływasz. Dla takich chwil warto być tam i chłonąć tę piękne, niestarzejące się ani trochę brzmienie. Beneath the Savage Sun to kolejny solowy numer z ostatniej płyty, również świetny utwór do skakania i machania głową. Po tych kilku szybkich kawałkach przyszła pora na Starlight i wszyscy obecni włączyli swoje latarki w telefonach, unosząc je nad głowę. Miało to też związek z zamachami w Paryżu tydzień wcześniej, gdzie wielu takich jak my, głodnych muzyki rockowej uczestników koncertu zginęło z rąk terrorystów. Cała hala rozświetliła się na te kilka minut i było to naprawdę wzruszające. The Dissident znowu poderwał publikę do różnorakiego tańca. Gdy zaś zabrzmiały pierwsze nuty Rocket Queen, wszyscy oszaleli. Tak jak rok temu, utwór był wydłużony o kilka minut popisową solówką Slasha. I uwierzcie mi, on naprawdę potrafi hipnotyzować swoją perfekcyjną grą... Przez dwanaście minut stałem wpatrzony w rożnego rodzaju popisy, co jakiś czas zamykając oczy i wczuwając się w dźwięki dwugryfowej gitary... To było piękne, bez dwóch zdań. Po tym szalonym numerze przyszła zaś kolej na Bent To Fly - i szczerze mówiąc, ten utwór na żywo zachwyca o wiele bardziej niż na płycie. Mówiąc krótko - znakomity wokal Mylesa, mocne bębny, żadnej monotonii w grze Slasha. Jak wspomniałem, World On Fire nie ma słabych momentów, co potwierdził kolejny, szybki tytułowy numer. World On Fire nie bez powodu był przecież pierwszym udostępnionym kawałkiem, który mogliśmy oficjalnie usłyszeć. Żwawo i dynamicznie Slash przeszedł do najlepszej w mojej opinii piosenki na Apocalyptic Love. Anastasia to dla mnie coś obłędnego. Patrząc na wykonanie tego utworu na żywo, z bliskiej odległości, naprawdę można popłakać się ze szczęścia... Dwugryfowa gitara, akustyczny początek, piękne i trudne technicznie solówki, charakterystyczny riff, wokal, sekcja rytmiczna. W mojej opinii to już kultowy utwór i jeden z najwyśmienitszych dowodów na talent bohatera wieczoru. Kolejna przedłużona solówka hipnotyzowała moje wszystkie zmysły i w tamtym momencie łzy szczęścia napłynęły do oczu. Jeśli Slash zagrałby tylko ten jeden jedyny utwór na koncercie - i tak przyszedłbym posłuchać.

Następnie wydarzyło się coś niecodziennego. Slash powiedział do mikrofonu o jakiejś niespodziance i na parę chwil pomyślałem o nowym, nieopublikowanym jeszcze utworze... bądź też, co teraz wydaję się zabawne, o Axlu Rose. Nastąpiło jednak zupełnie co innego, bo na scenę weszła... Doda. Wszyscy wydawali się trochę zmieszani, mimo że zaśpiewane przez nią Sweet Child o’ Mine i tak poderwało ludzi do zabawy. Cóż, bilet kupiony, Slash jest, Myles, Todd, Brent i Frank także są gdzieś z tyłu, więc... trzeba się bawić. Dla mnie to była jednak kompletna żenada. Mimo poprawnego głosu, Doda nie nadaje się do dzikich "gunsowych" numerów, co było wyraźnie słychać. Na finał koncertu zabrzmiało już tylko Slither z repertuaru Velvet Revolver i na bis – znów gunsowe Paradise City, tak jak rok temu.

Podsumowując, był to cudowny, niesamowity, magiczny koncert. Na następny jadę w ciemno (nawet jeśli znowu będzie jakaś Doda). Jedyne, czego żałowałem, niewielkie zmiany w setliście. Slash nie sięgnął po inne, rzadziej grane numery, chociaż publika z pewnością bawiłaby się jeszcze lepiej np. przy Double Talkin’ Jive, Out Ta Get Me czy na przykład Serial Killer zagranym zresztą w Katowicach. Mimo wszystko byłem zachwycony. Do zobaczenia następnym razem, Slash!



Lista utworów:

  1. You're a Lie
  2. Nightrain
  3. Avalon
  4. Standing in the Sun
  5. Back from Cali
  6. Wicked Stone
  7. Bad Rain
  8. You Could Be Mine
  9. Doctor Alibi
  10. Welcome to the Jungle
  11. Beneath the Savage Sun
  12. Starlight
  13. The Dissident
  14. Rocket Queen
  15. Bent to Fly
  16. World on Fire
  17. Anastasia
  18. Sweet Child O' Mine
  19. Slither [intro - Feel Like Makin' Love]
  20. Paradise City [bis]


Oficjalna strona Slasha: www.slashonline.com

Autor: Cezary W.