Souls having touched are forever entwined...
Relacja z Made In Warsaw - IV Memoriału Jona Lorda
16.10.2015, Warszawa - klub "Proxima"

Patrząc na rok 2015 z perspektywy polskiego fana Deep Purple, trudno uznać zarówno minione już, jak i nadchodzące miesiące za mało istotne. Wręcz przeciwnie! Już w lutym David Coverdale w sposób jednoznaczny nawiązał do swojej purpurowej przeszłości. A mianowicie - zapowiedział studyjny album Whitesnake z ponownie nagranymi i częściowo przearanżowanymi utworami Deep Purple z okresu swojej w nim bytności. Już sam zamysł kompilacji spod znaku Purpury Mark III i IV wywołał gorące dyskusje wśród fanów. Kwestionowano zasadność ponownego mierzenia się Coverdale'a z własnymi ikonicznymi partiami wokalnymi sprzed czterdziestu lat, padały oskarżenia o odcinanie kuponów i wtórność. Koniec końców wydany w maju The Purple Album zyskał sobie tylu zwolenników, co przeciwników. Promująca go i nadal trwająca trasa The Purple Tour natomiast nieszczęśliwie ominęła nasz kraj. O Polsce nie zapomnieli za to Deep Purple. Już pod koniec zeszłego roku firma Metal Mind Productions ogłosiła przyjazd formacji do Łodzi w październiku 2015, jak natomiast okazało się jakiś czas temu - w Atlas Arenie u ich boku wystąpi zespół CETI. Dołóżmy do tego udział Rogera Glovera w tegorocznym festiwalu Soundedit '15 w Łodzi oraz coraz bardziej szczegółowe informacje na temat powstawania kolejnej płyty, jakie docierają do nas z purpurowego obozu... A to przecież jeszcze nie koniec związanych z zespołem ważnych dat i wydarzeń, które przynajmniej część wielbicieli miała podkreślone na czerwono w swoich kalendarzach. Znów w dniu przypadającym dokładnie trzy miesiące po kolejnej rocznicy śmierci Jona Lorda - 16 października - w Warszawie rozbrzmiały ponownie potężne dźwięki Hammondów i jedne z najsłynniejszych blackmore'owskich riffów. Ci, którzy rok temu wspólnie celebrowali pamięć jednego z największych muzyków rockowych wszech czasów, odnajdywali znajome twarze zarówno wśród zgromadzonej publiczności, jak i na scenie...

IV Memoriał Jona Lorda Właśnie 16 października w klubie Proxima odbyła się bowiem czwarta już edycja przedsięwzięcia warszawskiego składu Made In Warsaw - Memoriał Jona Lorda. Tym razem impreza miała charytatywny wymiar. Dochód z biletów oraz sprzedaży plakatów został przekazany fundacji Rak N' Roll na pomoc dotkniętej chorobą nowotworową p. Annie Krząkale-Woźniak. U boku gospodarzy, Made In Warsaw (Łukasz Jakubowicz - instrumenty klawiszowe; Robert "Kazon" Kazanowski - gitara; Błażej "Błarz" Grygiel - gitara basowa; Szymon Pawlak - perkusja) wystąpili goście. Wśród nich znaleźli się: Katarzyna Łaska w duecie z Bartoszem Hołownią, Grzegorz Kupczyk (CETI), Michał Jelonek, Gienek Loska, Bartosz Kossowicz (Quidam), Maciej "Maxx" Koczorowski (Chainsaw), Piotr Brzychcy (Kruk), Krzysztof Sokołowski (Night Mistress), Ksawery Buczkowski (ex-Panteon), Maciej Bąk (Letters From Silence, Stardust Memories), Mateusz Grzmiel (ex-SteelFire), Piotr Proniuk (Natalia Sikora), Michał Burzymowski (Ania Rusowicz) i Sławek Kosiński (Urszula). Po raz kolejny koncert znakomicie poprowadził dziennikarz motoryzacyjny Grzegorz Traczewski. Nie zabrakło tam także Hard Rock Service - zarówno wśród patronów medialnych koncertu, jak i pod samą sceną.

Mottem tegorocznego Memoriału było hasło Souls having touched are forever entwined. Widoczny na bannerze witającym publiczność cytat zaczerpnięto z dedykowanego pamięci Lorda utworu Deep Purple Above And Beyond (Now What?!, 2013). Z kolei również widoczne na bannerze i plakatach hasło "Tribute to Deep Purple & more..." jasno nawiązywało do kontynuacji formuły z roku 2013 i 2014. Właśnie wtedy pomiędzy purpurowe standardy wpleciono tak mniej znane utwory formacji, jak i akcenty związane z pozostałymi dokonaniami Jona Lorda. Dawało to nadzieję także i w tym roku na usłyszenie nie tylko żelaznego zestawu w postaci Black Night, Child In Time i Smoke On The Water, ale również i utworów z repertuaru Whitesnake czy solowego dorobku zmarłego w 2012r. bohatera wieczoru.

Rozpoczęło się jednak akcentem na wskroś klasycznym. Rola otwieracza przypadła tytułowemu utworowi z purpurowej płyty Stormbringer z 1976r. w wokalnej interpretacji Michała Czaplickiego. Ów "zwiastun burzy" należycie przygotował grunt pod kolejne utwory, wprowadzając publiczność w odpowiedni klimat. Wokalista zniknął jednak ze sceny wraz z wybrzmieniem ostatnich dźwięków, ustępując miejsca niecodziennemu trio. Mikrofon dzielili Krzysztof Sokołowski (Night Mistress, kiedyś także Exlibris) i Maciej "Maxx" Koczorowski z Chainsaw, towarzyszył im zaś akompaniujący Made In Warsaw na... skrzypcach Michał Jelonek. Ten nietypowy dodatek do rockowego instrumentarium znakomicie sprawdził się tak w potężnym, rozpędzonym Highway Star, jak i - a może przede wszystkim - w kolejnym w setliście Lazy. Najdłuższa na płycie Machine Head kompozycja gości w memoriałowym repertuarze już od pierwszej edycji imprezy w 2012r. i co roku jest okazją do licznych instrumentalnych popisów. Podczas tegorocznej odsłony koncertu w hołdzie Lordowi nie miało być w tym względzie inaczej, co gromkimi brawami nagrodziła warszawska publiczność i do czego przyczynił się także udział gościnnie grającego skrzypka. Dynamiczny duet Sokołowskiego i Koczorowskiego został tu jednak zastąpiony przez kolejnego gościa tegorocznego Memoriału - Bartosza Kossowicza z Quidam. Wraz z kolejnym utworem i kolejną zmianą za mikrofonem (nieco zapomniany Spanish Archer z The House Of The Blue Light wykonał znany z poprzednich odsłon projektu Made In Warsaw Adam Panasiuk) stało się jasne, że pierwszą część Memoriału zdominują relatywnie krótkie sety i częste rotacje na scenie.

Wyjątkiem od tej reguły okazał się być występ znanego z okresu współpracy z zespołem SteelFire Mateusza Grzmiela. W odróżnieniu od poprzedników, wokalista ten zagościł na scenie nieco dłużej. Na początek sięgnął on po zadziorną bluesową kompozycję Ramshackle Man z płyty The Battle Rages On. Publiczność jednak dała się porwać dopiero przy - dosłownie ognistym - Fire In The Basement. Płyta Slaves And Masters, z której pochodzi ów utwór, w purpurowej rodzinie cieszy się wprawdzie dość powszechnym statusem niekochanego dziecka. Włączenie zaczerpniętego z niej akcentu do setlisty tegorocznego Memoriału okazało się jednak być bardzo udanym posunięciem. Żywiołowość numeru sprawdziła się w warunkach koncertowych, nie bez znaczenia pozostawał także fakt, że Grzmiel w estetyce wokalnej Joe Lynn Turnera odnajduje się bardzo dobrze. Prawdziwe szaleństwo miało jednak nastąpić przy okazji utworu, który wokalista bez zbędnych zapowiedzi przedstawił jako odwołanie do purplowskiej klasyki. Wystarczyło kilka sekund bardzo charakterystycznego klawiszowego motywu, by już za chwilę cała Proxima intonowała "Sweet Lucy was a dancer/But none of us would chance her..." Frywolny otwieracz płyty Perfect Strangers był strzałem w dziesiątkę ze swoim rozpoznawalnym refrenem i sporą dozą przebojowości, stwarzającymi zgromadzonym pod sceną widzom okazję do wspólnej zabawy. Na koniec udanego występu Mateusza Grzmiela usłyszeliśmy jeszcze Cascades: I'm Not Your Lover z płyty Purpendicular, a więc zapożyczenie znów spoza żelaznego zestawu. Dla porządku należy jeszcze dodać, że dwa ostatnie utwory uświetniła obecność Michała Burzymowskiego (gitara basowa w zespole Ani Rusowicz) oraz Sławka Kosińskiego (gitara, zespół towarzyszący Urszuli).

Jak natomiast udowodnił kolejny występ, w zmaskulinizowanym gronie występujących w ramach IV Memoriału Lorda znalazło się także miejsce dla dam. I tak, na późniejszym etapie koncertu wysiłki muzyków na scenie tradycyjnie wsparła w chórkach żona organizatora przedsięwzięcia, Joanna Jakubowicz. W połowie pierwszej części na scenie pojawiła się natomiast Katarzyna Łaska, w latach 2008-2012 osobiście współpracująca z Jonem Lordem w ramach jego Concerto For Group And Orchestra. Do tej współpracy wokalistka odnosiła się zresztą kilkakrotnie podczas swojego występu, wspominając słynnego mentora przy zapowiedziach kolejnych z wykonywanych utworów. Jej skromność i emocjonalne podejście do twórczości i osoby Jona Lorda z pewnością zaskarbiło jej sympatię wśród publiczności. A sam występ...? Tu także nie brakowało emocji. Przyczynił się do tego fakt, że całość setu została wykonana w aranżacjach akustycznych, w towarzyszeniu Bartosza Hołowni na gitarze klasycznej. Wydawało się to być sporym zaskoczeniem dla zgromadzonej pod sceną publiczności, choć przecież żadna to nowość w dziejach Memoriału i już w zeszłym roku Grzegorz Kupczyk i Ritchie Palczewski wykonali Soldier Of Fortune/Całe życie to czekanie w takiej samej konwencji. Duet Łaska/Hołownia rozpoczął swój występ nieco mniej przewidywalnie, bowiem od utworu Perfect Strangers w oprawie akustycznej. I ta właśnie interpretacja wypadła najmniej przekonująco ze wszystkich trzech. Do pewnego stopnia została ona po prostu przyćmiona przez liryczne Soldier Of Fortune oraz Pictured Within, zaczerpnięte z solowej płyty Jona Lorda o tym samym tytule z 1998r. Akustyczne aranżacje obu tych kompozycji uwypukliły emocjonalny ładunek tekstów i z pewnością dostarczyły publiczności wielu wzruszeń. Tych nie było zresztą końca. Po energetycznym przerywniku w postaci Speed King (z Krzysztofem Sokołowskim znów na wokalu) na scenie pojawił się Ksawery Buczkowski. I chociaż jego krótki występ otworzył Demon's Eye, z pewnością w pamięci widzów bardziej zapisał się drugi z wykonanych utworów. "Ain't no love in the heart of the city, ain't no love in the heart of town..." Znów na modłę Davida Coverdale'a śpiewała cała Proxima.

Po krótkiej przerwie technicznej na scenie pojawił się Gienek Loska, otwierając tym samym drugą część koncertu. Zaczął od Bloodsucker, by zaraz potem, w duecie z Kasią Łaską, zmierzyć się z absolutnym opus magnum całego setu. Child In Time wypadło jednak słabiej pod kątem wokalnym, aniżeli miało to miejsce przy poprzednich edycjach Memoriału, z żeńską częścią duetu wysuwającą się na prowadzenie zwłaszcza w bardziej ekwilibrystycznych partiach. Żadnych zastrzeżeń nie można mieć natomiast do warstwy instrumentalnej. Pomimo obiektywnych trudności zdrowotnych, Piotr Brzychcy (Kruk) już po raz trzeci stanął na scenie naprzeciw Łukasza Jakubowicza. I - również już po raz trzeci - obaj muzycy poprowadzili ze sobą gitarowo-klawiszowe dialogi w duchu purpurowej sztuki. Gitara Brzychcego ani myślała zresztą zamilknąć. Jakby na przekór wspomnianym problemom, rozbrzmiewała także pełnym głosem w późniejszych When A Blind Man Cries, Burn oraz Black Night. A cóż jeszcze zaserwowała zgromadzonym pod sceną słuchaczom druga część setu? Jak już wspomniałam - szczodrą dawkę obowiązkowej klasyki. W jej ramach przed warszawską publicznością stanęli ponownie Bartosz Kossowicz i Maciej Koczorowski. Ten pierwszy, by wykonać When A Blind Man Cries i Hush. Drugi natomiast po to, by zakończyć podstawowy set interpretacjami Black Night oraz tym razem klasycznie zaaranżowanym Perfect Strangers. Za klawiszami pojawił się także gościnnie Piotr Proniuk.

Niespodzianki...? Największą, jak z uśmiechem zapowiadał jeszcze przed koncertem Łukasz Jakubowicz, był w tym roku występ Grzegorza Kupczyka. Przewidywał to także sam wokalista, kiedy w kwietniowej rozmowie dla Hard Rock Service zeszliśmy na temat doboru utworów na koncerty "w hołdzie". "Wybieram (...) utwory, o których wiem, że na pewno ich nikt nie wykona. Bo albo uważają je za mało wartościowe, albo ich po prostu nie znają... (...) Nie chcę się z nikim ścigać, przed nikim popisywać, nie chcę niczego udowadniać. Wybieram utwory czasem wręcz mało wartościowe dla słuchaczy czy fanów..." - mówił Kupczyk. I nie rzucał słów na wiatr. O ile bowiem na łamach Teraz Rocka na krótko przed Memoriałem zdradził co nieco na temat swoich tegorocznych wyborów, o tyle intro otwierające pierwszy z wykonywanych przez legendarnego wokalistę utworów musiał być sporym zaskoczeniem dla publiczności... Każdy ze stojących pod sceną widzów w myślach przerzucał dziesiątki tytułów numerów Deep Purple, Whitesnake czy nawet Paice Ashton Lord. Żaden z nich nie pasował jednak do dziwnie znanego i charakterystycznego motywu... Bo czy ktokolwiek spodziewał się w secie Memoriału czegokolwiek z repertuaru Budki Suflera...? A przecież Czas ołowiu nadawał się jak na tę okazję wręcz znakomicie, a w wokalnej interpretacji Grzegorza Kupczyka zyskał jeszcze na ekspresji w porównaniu z płytowym oryginałem. Oczywistością było także skuteczne rozruszanie publiczności i wciągnięcie jej do wspólnej zabawy w ramach tego właśnie występu, gdy tak połączyć ponad trzy dekady scenicznego doświadczenia i olbrzymią charyzmę z przebojowym Mary Long z niedocenianego Who Do We Think We Are. Powrót do płyty Perfect Strangers w postaci rzewnego i kunsztownego wokalnie Wasted Sunsets był okazją do kolejnych wzruszeń. Pozostaje tylko żałować, że w odróżnieniu od poprzedniego roku i Soldier Of Fortune wokalista nie zdecydował się wpleść do utworu niegdyś wykonywanej przez siebie polskiej wersji tekstu. A że wykonywanie przez Grzegorza Kupczyka Burn w ramach Memoriału Jona Lorda to już świecka tradycja począwszy od drugiej edycji imprezy, i tym razem nie mogło go zabraknąć. Nie zabrakło także, jak już było wspomniane, Piotra Brzychcego na gitarze. Odnotować natomiast należy fakt, że po raz pierwszy w dziejach koncertu w hołdzie Lordowi Burn nie było wokalnym duetem. Nie przeszkodziło to jednak warszawskiej publiczności w pozytywnym odbiorze całości, a zwieńczenie występu legendy polskiego rocka gromkimi brawami było finałem jak najbardziej zasłużonym.

Finał całości Memoriału to również tradycja na stałe już wpisana w przebieg tej szczególnej imprezy na koncertowej mapie stolicy. I zarazem jest to akcent absolutnie wyjątkowy. Na scenie spotykają się wszyscy uczestnicy koncertu, by wspólnie wykonać Smoke On The Water - utwór zapisany złotymi zgłoskami w annałach rocka, który niejednego z nas nauczył, czym jest Deep Purple. Ale spod sceny rozbrzmiewa równocześnie dokładnie ta sama opowieść o pożarze kasyna w Montreux, opowieść na dziesiątki gardeł. Bo przecież zarówno występujący na Memoriale Jona Lorda artyści, jak i oklaskujący ich widzowie są po prostu fanami Deep Purple - od ich psychodelicznych początków, poprzez klasycznego hard rocka ery Gillana i Glovera, po funkujące wycieczki dźwiękowe Mark III i IV... i tak aż do czasów współczesnych. I artystów, i widzów łączy muzyka i wspólne brzmieniowe fascynacje - ale nie tylko. Atmosfera koncertów "w hołdzie" właściwa jest bardziej spotkaniom grupy przyjaciół i wspólnej zabawie, aniżeli typowym koncertom. Nie obraca się ona w niwecz wraz z ostatnimi sekundami bisu. Wręcz przeciwnie - trwa jeszcze do ostatniego pamiątkowego zdjęcia, ostatniego złożonego na plakacie czy bilecie autografu. Jest ona okazją do spotkania w znajomym gronie, do odnowienia nawiązanych w poprzednich latach przyjaźni oraz integracji z artystami (do niej zachęcał zresztą ze sceny sam organizator koncertu). I właśnie dlatego tegoroczny, IV już Memoriał Jona Lorda był nie tylko okazją do przypomnienia sobie klasycznych utworów Deep Purple czy pochodnych. Naszą pamięć odświeżył już przecież David Coverdale ze swoim The Purple Album, a i Deep Purple nie omieszkają okrasić łódzkiego setu Highway Star, Perfect Strangers czy Smoke On The Water. To wyjątkowa atmosfera październikowych spotkań w warszawskiej Proximie, a nie ich niepodważalne walory muzyczne, przekonała mnie do przedsięwzięcia w tym roku kolejnej wyprawy do stolicy. I ta właśnie atmosfera jest argumentem, dla którego taką wyprawę warto powtarzać co roku, nucąc: "We all came out to Warsaw, on the Vistula river shoreline..."

Lista utworów:

  1. Stormbringer
  2. Highway Star
  3. Lazy
  4. Spanish Archer
  5. Ramshackle Man
  6. Fire In The Basement
  7. Knockin' At Your Back Door
  8. Cascades
  9. Perfect Strangers [akustycznie]
  10. Soldier Of Fortune [akustycznie]
  11. Pictured Within [akustycznie]
  12. Speed King
  13. Demon's Eye
  14. Ain't No Love In The Heart Of The City
  15. Bloodsucker
  16. Child In Time
  17. When A Blind Man Cries
  18. Hush
  19. Czas ołowiu
  20. Mary Long
  21. Wasted Sunsets
  22. Burn
  23. Black Night
  24. Perfect Strangers
  25. Smoke On The Water

Oficjalna strona Made In Warsaw: jonlord.art.pl

Zapraszamy do obejrzenia fotogalerii Hard Rock Service z tego wydarzenia (fot. Aleksandra Mrozowska, Agata Korpas)