Koniec i początek - relacja z koncertu Anvil/Dirkschneider, 10-03-2016
klub Progresja Music Zone [Main Stage], Warszawa

Accept, legenda heavy metalu rodem z Niemiec. Pilni uczniowie Iron Maiden i Saxon, sami wskazywali kierunek umuzykalnionym rodakom - bez Accept nie byłoby Helloween, Gamma Ray, Tankard, Destruction czy Sodom. To także zespół burzliwych dziejów, przede wszystkim związanych z ich charakterystycznym wokalistą, Udo Dirkschneiderem. Grupa zawieszała działalność i rozchodziła się z Udo, aż sytuacja unormowała się kilka lat temu: Udo występuje i nagrywa z własną, "solową" formacją, U.D.O., zaś Accept idzie swoją ścieżką, wspierany wokalnie przez godnie zastępującego Dirkschneidera Marka Tornillo. Oba zespoły, zarówno Accept, jak i U.D.O., miały pełne prawo wykonywać hity, których współudziałowcem był Udo Dirkschneider. Okazało się jednak, że ta sytuacja uwiera samego Udo. Postanowił więc raz na zawsze pożegnać się z wykonywaniem kompozycji Accept na żywo. Udo, wraz z muzykami współtworzącymi zespół U.D.O., ruszył w ostatnią trasę z utworami Accept, ale z racji nietypowej idei - odgrywanie utworów tylko Accept - zdecydował się na sygnowanie trasy swoim nazwiskiem. Tak oto U.D.O. grający utwory Accept stał się Dirkschneiderem. Tak oto narodziła się idea trasy Back To The Roots, która ze wsparciem kanadyjskich metalowców z Anvil zawitała także do warszawskiej Progresji.

Dirkschneider/Anvil - Back To The Roots Tour 2016 Koncert Wishbone Ash miał oduczyć mnie polegania na oczekiwaniach. Nie stało się tak i znowu zostałem zaskoczony - tym razem przez Anvil. Szykowałem się na prekursorów thrash metalu, ojców chrzestnych Metalliki... Cóż, jeśli Hetfield i Ulrich słuchali Anvil, to dobrze, że nie zaadaptowali tych rozwiązań w twórczości Mety. Zaczęli solidnie, z ostrym, metalowym wykopem: March Of The Crabs i 666. Następnym, Oh, Baby oraz Badass Rock 'n'Roll tytułami oraz rytmiką bliżej było do Mötley Crüe niż do thrash metalu. Wiarę na nowo rozpalił Winged Assassins, który przywodził na myśl prapoczątki thrash metalu, tego garażowego, kiedy prędkość riffów wyprzedzała umiejętność pisania składnych linii wokalnych. Niestety, starczyło dobrego, i powróciła stylistyka tapirowanych włosów i gumy do żucia - by już pozostać do końca. Free As A Wind dedykowany pamięci Lemmy'ego okazał się banalną kompozycją, na poziomie odrzutów z sesji UFO czy Status Quo. Współczesne oblicze zespołu reprezentował It's Your Move, ale zaprezentował tylko tyle, że zespół nie odszedł od stylistyki bad boy rock 'n' rolla.

Widać było za to, że zespół bardzo dobrze czuje się na scenie - nawet za dobrze. Żarty sypały się ze sceny - różnym poziomem śmieszności - zaś śpiewający gitarzysta, Steve "Lips" Kudlow, potwierdził polskie korzenie. Szczytem rozgoszczenia na scenie była erupcja solówek podczas Mothra i Swing Thing. W pierwszym, absolutnie pozbawionym siły potwora, który użyczył imienia do tytułu, odbywały się śpiewy przez mikrofon wzmacniający w gitarze oraz operacje na gryfie gitary przy pomocy butelki z wodą i statywu do mikrofonu. Drugi utwór był z kolei popisówką dla perkusisty - Robba "Gezy" Reinera, operującego szczególną techniką, jak na heavy metal, ponieważ jedną pałeczkę trzymał jak pałeczki do sushi. Chwyt podpatrzony u mistrza perkusji, Buddy'ego Richa. Niestety, tych atrakcji było za wiele i ostatnie utwory, Die For A Lie oraz Metal On Metal pozostały w pamięci tylko tytułami. Znowu wpadłem w pułapkę oczekiwań, ale Anvil pokarał mnie jeszcze ostrzej, niż Wishbone Ash. Zamiast spodziewanego headbangingu, skóry i browara, dostałem tapir, spandex i gumę do żucia.

To, co obiecał i czego nie dotrzymał Anvil, z nawiązką uratował Dirkschneider. Tu nie było oczekiwań, bo dobrze wiedziałem, czego się spodziewać - i to otrzymałem! Zaczęło się od żartu, dobrego zresztą - intro z taśmy Just A Gigolo z repertuaru Davida Lee Rotha jest ujmującym aktem autoironii Dirkschneidera, którego uroda równa się z krasnalem ogrodowym, i to tym nie raz obitym szpadlem. Potem zrobiło się już jednak poważniej i zaczęli od Starlight, a potem poszło acceptowe the best of - żeby wymienić tylko Living for Tonite, Midnight Mover, Breaker, Princess of the Dawn.

Pierwszą, za to małą, pomyłką, był dopiero Winterdreams znaczący połowę setu, lekko zalatujący bawarską nutą, pachnący wurstem i Oktoberfestem. Błąd został szybko naprawiony przez utwory z tytułami idealnie pasującymi do warstwy muzycznej - Restless and Wild, Son Of A Bitch i Up to the Limit. Zespół nie odpoczywał i nie dawał odpocząć. Nie wiem, czy Accept miał w repertuarze ballady, ale tego wieczoru się tego nie dowiedziałem - piguła goniła pigułę, szykując uszy na kolejny pocisk. A co ważne, wszystko było fenomenalnie nagłośnione. Selektywność brzmienia pozwalała usłyszeć popisy obu gitar, każde burknięcie basu czy najcichsze mruknięcie wokalisty. Doskonała robota dźwiękowca! Muzycy nie mogli tego zmarnować - obie gitary, bas i perkusja miały solówki. Przez cały czas odbywały się także zajęcia z WF-u: muzycy biegali po scenie i realizowali proste, ale jak uwielbiane w heavy metalu choreografie. Widać, że są to zawodowcy, którzy niejedną scenę deptali. Tak samo lubią grać muzykę na żywo, jak i traktują to poważnie, nie pozwalając, żeby widowisko stało się kiczowatą błazenadą.

W rozbudowanym wstępie wspomniałem o kultowości Accept i inspiracjach zespołu. Up To The Limit to wyścigówka w duchu AC/DC albo i Saxon, ale już refren Wrong Is Right ma frazowanie żywcem wyjęte z Ram It Down Judas Priest! Potem usłyszeliśmy kolejne pieśni Accept: Midnight Highway, Screaming for a Love-Bite z podobnej "pseudo-glamowej" półki, na której stoi Living After Midnight Judasów. Monsterman oraz TV War z płyty Russian Roulette, która w tym roku kończy okrągłe 30 lat i była ostatnią płytą przed rozstaniem z Udo, aż do 1997. Główną część koncertu zakończył Losers and Winners. Czy zaś zabrzmiało Metal Heart? Czy zabrzmiały Balls To The Wall, Fast A Shark albo I'm A Rebel? Nie - te utwory zagrzmiały!! Poderwały i tak już rozanieloną publikę do szaleństwa, by na pożegnanie dobić Burning.

Tak jak intro koncertu było znaczące w prześmiewczej konwencji, tak outro zawierało już poważny przekaz. Fakt, że żegna się z repertuarem Accept i rusza w pełni autorską drogę, Udo podkreślił dźwiękami My Way Franka Sinatry. Poważna deklaracja.

Udo Dirkschneider wypromował się poprzez wojskowy image, więc doceni podsumowanie w krótkich, żołnierskich słowach: tak powinny brzmieć i wyglądać koncerty heavy metalowe, które chcą być dobrymi koncertami heavy metalowymi!

Oficjalna strona Udo Dirkschneidera: www.udo-online.com



Autor: Dawid "Qstosz" Odija