Motörhead logo

"Jesteśmy Motörhead i gramy Rock’N’Rolla"

Lemmy doskonale wie, o co chodzi w show bussinesie. I wiedział o tym już w czasach, kiedy grając w zespole The Rockin’ Vicars przywdziewał narodowe stroje Finów, skacząc po scenach zadymionych klubów północnej Anglii. Wiedział o tym również, gdy dołączając do Hawkwind zdołał w krótkim czasie skupić na sobie uwagę pism branżowych, pomimo konkurencji ze strony tak egocentrycznego lidera jak Dave Brock. I chociaż opuszczenie psychodelicznych piewców kosmosu zostało wymuszone jego zbytnią nonszalancją narkotykową, to wiedział równie dobrze pod jaką banderą należy powrócić na szerokie wody. Bo Lemmy jest inteligentnym człowiekiem. Co więcej, jest on być może jedną z najinteligentniejszych osób spośród tych, które wybrały niełatwą karierę muzyka.

Motörhead Nie ulega wątpliwości, że Hawkwind wraz z Ianem Kilmisterem nagrał kilka doskonałych płyt. Zespół pozostawał jednak projektem w równym stopniu niszowym, co niestabilnym. Ponadto jego muzyka skierowana była do wąskiego grona słuchaczy skupionych przede wszystkim na wzmacnianiu własnych doznań odpowiednią dawką "kwasu". Doceniając muzyczną zawartość płyt takich jak Doremi Fasol Latido czy Hall of The Mountain Grill należy przyznać, że ich wpływ na rozwój muzyki był, i nadal pozostaje, ograniczony. Przewidując koniec ery hippisowskiej (do której nigdy tak naprawdę się nie zaliczał) Lemmy przemalował bas na czarny kolor, założył kowbojki i zawierzył szczeremu, ciężkiemu Rock’n’Rollowi. Historia zespołu pokazuje, że na tej decyzji niewątpliwie dobrze wyszedł. Co jednak najważniejsze, działania Iana Kilmistera nigdy nie były wyrachowane, a szczerość jego sposobu bycia przemawia od czterech dekad do milionów fanów Motörhead na całym świecie. Chociaż poszczególne płyty zespołu mogą postronnemu słuchaczowi zlewać się w jednolitą hard rockową masę, to jego lider po dziś dzień pozostał wierny swojemu wypracowanemu stylowi. Dudniący, zgrzytliwy i "niekanoniczny" sposób grania preferowany przez Lemmy'ego powoduje, że na stałe wszedł on do panteonu najlepszych i najbardziej charakterystycznych muzyków świata.

Na współczesnej scenie muzycznej niewiele jest zespołów tak pewnych celu, do którego zmierzają. Nawet AC/DC podejmował w przeszłości próby redefiniowania swojej twórczości. W przypadku Iana Kilmistera zmiany nie były potrzebne, a od śmierci Franka Zappy to właśnie on pozostaje ostatnią prawdziwie charyzmatyczną postacią świata muzyki. Rock’n’Roll to Lemmy, a Lemmy to Rock’n’Roll i tej tezy nie trzeba wcale udowadniać.

"Najlepszy z najgorszych zespołów świata"

Początki, jak to zwykle bywa, nie były łatwe. Szybko podpisany kontrakt stanowił właściwie pokłosie popularności, jaką udało się uzyskać Hawkwind dzięki zaśpiewanemu przez Lemmy'ego singlowi Silver Machine. Pierwsze wcielenie zespołu ani nie dawało gwarancji stabilizacji, ani odpowiedniej jakości przygotowywanej muzyki. Nie o to jednak wówczas chodziło. Najważniejszym było, aby szybko wejść do studia, zarejestrować pierwsze nagrania i zaznaczyć swoją obecność na brytyjskiej scenie rockowej. Należało położyć kamień węgielny pod dalsze sukcesy osiągane już, co od początku nie ulegało wątpliwości, w zupełnie innym składzie, pod egidą innego wydawnictwa. Już na tym początkowym etapie podjęto jednak ważne dla historii zespołu decyzje. Pierwsza, to dobór nazwy, będącej niejako klamrą spinającą finalne miesiące spędzone w Hawkwind z nową drogą artystyczną, którą wybrał Lemmy. Motörhead to z jednej strony tytuł ostatniego utworu napisanego dla Hawkwind przez Lemmy'ego, a z drugiej slangowe określenie zwolennika speedu. Genialny wybór, mając na uwadze fakt, że basistę wyrzucono za narkotyki z jednego z najbardziej odurzonych zespołów w historii rocka. Drugą ważną decyzją było przyjęcie bezkompromisowej, ciężkiej stylistyki, kształtującej wizerunek zespołu przez kolejne dekady. Choć miała ona w przyszłości przynieść Motörhead rzesze oddanych, gotowych na wszystko fanów, to jej pierwotna energia na początkowo zapewniła muzykom jedynie miano "najlepszego z najgorszych zespołów świata". Wyróżnienie nadane przez New Musical Express bynajmniej Lemmy'ego nie deprymowało. Wręcz przeciwnie.
Jedna rzecz na pewno motywowała basistę do przyspieszenia powrotu na scenę. Szybkie wznowienie artystycznej działalności stanowiło jasny sygnał dla Hawkwind, oznajmiający, że pomimo wyrzucenia z zespołu, Lemmy ma się dobrze. Tak dobrze, iż (jak sam wspominał w wywiadzie dla magazynu Classic Rock) zdołał nawet zaopiekować się wybrankami niektórych ze swoich byłych kolegów. "Zanim (Hawkwind- przyp. JK.) wrócili do Anglii, zdążyłem zabawić się z ich starymi, no, poza żonką Dave’a Brocka, bo mieszkała zbyt daleko, aż w Devon. Poza tym nie byłem zwolennikiem jej urody." Czy była to szczera prawda, czy jedynie próba werbalnej zemsty za usunięcie z zespołu nie jest w tym momencie ważne. Obrazuje za to dwa z trzech dominujących w życiu Lemmy'ego motywów przewodnich: muzykę i kobiety. Trzecim pozostaje do dnia obecnego, pomimo coraz większych kłopotów zdrowotnych, alkohol.
Motörhead powstało niemal od razu po usunięciu Iana z zespołu Dave’a Brocka i już kilka pierwszych występów, choć niezbyt udanych pod względem technicznym, zwróciło na basistę uwagę wytwórni płytowych. Lemmy Kilmister był osobą rozpoznawalną, charyzmatyczną oraz na tyle bezczelną, aby bez kompleksów dążyć do realizacji własnych celów. Ponadto, prezentowana przez Motörhead stylistyka była intrygująca. Wrażenie robił (wybrany jako sygnał rozpoczęcia koncertu) niepokojąco rytmiczny i transowy odgłos marszu niemieckich żołnierzy. Po wypowiedziach Lemmy'ego na temat ogrodnictwa ("gdyby w sąsiedztwie zamieszkał nasz zespół, wasze trawniki bez wątpienia by uschły"), zapewniających świetny dla promocji medialny szum, wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku. Entuzjazm wydawniczych "urzędników" z United Artists szybko jednak osłabł. Okazało się bowiem, że finalny produkt swoją surowością i ciężarem przekracza możliwości percepcyjne wytwórni. W organizacji, o której istnieniu decydować musi prosta arytmetyka zysków i strat, podjęto decyzję o niewydawaniu albumu. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji w której On Parole, debiutancki krążek zespołu nagrany na przełomie 1975/1976 roku, chronologicznie ukazał się dopiero jako czwarty album w jego dyskografii. Zmiana nastawienia byłej wytwórni oraz późniejsze wydanie niechcianego wcześniej albumu nie uniknęło trafnej riposty Lemmy'ego: "Mówili wtedy, że ekipa United Artists się zmieniła i że nowi ludzie całkiem inaczej postrzegają tę płytę. I tylko dziwi nieco fakt, że ta cudowna przemiana nastąpiła w ich sercach akurat wtedy, kiedy zaczęliśmy odnosić sukcesy. Zbieg okoliczności? Nie kurwa sądzę!"
Nie znaczy to jednak, że należy United Artists całkowicie potępiać za ich początkowy brak wiary w zespół. Płyta nie okazała się bowiem ani odkrywcza, ani przesadnie finezyjna. Zresztą nie mogła taką być gdy weźmie się pod uwagę sposób, w jaki była nagrywana. Nad muzyką czuwało dwóch producentów, Dave Edmunds i Fritz Fryer, z których pierwszy posiadał talent, renomę i poważne uzależnienia narkotykowe, a drugi po prostu był. Zastępując Edmundsa (gdy ten po rejestracji czterech utworów zrezygnował z dalszych prac nad płytą), Fryer nie potrafił odcisnąć swojego piętna na surowej rockowej materii dostarczanej przez zespół. Nienajlepiej ze swoich obowiązków wywiązywali się również sami muzycy. Między Lemmym a Larrym Wallisem (gitara) nie było chemii, a perkusista Lucas Fox zaczął tracić kontrolę nad własnym życiem. Lemmy: "Próby dotrzymania kroku mojemu nałogowi uczyniły z Lucasa człowieka żyjącego w wielkim napięciu. Żyły mu wyszły na czoło, w dodatku potrafił się gapić na innych bardzo intensywnie przez dłuższy czas, nie mówiąc ani słowa. Gdy tak robił, patrzyliśmy po sobie, myśląc: No tak, temu gościowi już całkiem odpierdoliło". Na jego miejsce przyjęto liczącego sobie wówczas 21 lat Phila Taylora. Obracając się w podobnym towarzystwie i przesiadując w tych samych pubach, głównie na Portobello Road w Zachodnim Londynie, Phil poznał Lemmy'ego, który zdecydować się oddać muzykowi schedę po zamroczonym narkotykami Foxie. Za wyborem Philthy Animala ("Sprośnym Zwierzem" przezwała Taylora Motocycle Irene, wspólna znajoma muzyków- co odnosić się miało do jego impulsywnego charakteru, dzikiego wyglądu i specyficznych upodobań) przemawiały dwa fakty. Po pierwsze: miał samochód, co stanowiło nie lada ułatwienie dla Lemmy'ego, który nigdy nie zrobił nawet prawa jazdy. Po drugie, Phil był naprawdę solidnym pałkerem. Jego charakterystyczny, siłowy sposób gry dopełniał płaskie dotychczas brzmienie grupy. Umiejętności Philthy Animala były tak wyraźne, że pomimo ograniczonego czasu w studio Motörhead zdecydowało się nagrać na nowo niemal wszystkie dotychczasowe ścieżki perkusji. Nie zmieniało to jednak faktu, że On Parole powędrować miało na półkę wytwórni.

Płyta w dwadzieścia cztery godziny

Zespół nadal jednak koncertował. Nowy perkusista wniósł na tyle ożywcze zmiany, że ówczesny gitarzysta zespołu, Larry Wallis, mający doświadczenie z grania w UFO oraz Pink Fairies (uważający się tym samym za gwiazdę z Bożego nadania) zaczął domagać się angażu w Motörhead gitarzysty rytmicznego. Miał dzięki temu zostać odciążony z mozolnych obowiązków na rzecz "należnej" mu wolności artystycznej. Tu pomocny okazał się Taylor, który w okresie poprzedzającym angaż w zespole dorabiał na budowie. Tam miał nieprzyjemność pracować pod nadzorem jednego z najbardziej chamskich, wymagających i bezlitosnych brygadzistów, jakich nosiła angielska ziemia. Brygadzista ten nazywał się Eddie Clarke i lubił pograć sobie na gitarze. Okazało się zresztą, że był w tym całkiem dobry. Jako, że pomimo swojego usposobienia Eddie nigdy nie zaszedł Philthy’emu za skórę, ten polecił go kolegom. Gitarzysta wspominał niekonwencjonalny sposób przyjęcia go do zespołu: "To był sobotni poranek, leżę sobie ciągle w łóżku w moim mieszkaniu i nagle ktoś zaczyna łupać w drzwi, niemal wbijając je razem z zawiasami do środka. Wyskoczyłem z wyrka, otwieram, a tam stoi Lemmy. W jednej ręce trzyma skórzaną kurtkę, a w drugiej pas z nabojami. Podał mi obie rzeczy mówiąc "masz tę robotę" po czym odwrócił się i poszedł!" Nie udało się jednak stworzyć kwartetu. Pomimo swoich dotychczasowych nalegań na zatrudnienie kolejnej osoby, Larry zabrał piecyk, gitarę oraz swój talent umożliwiając "Fast" Eddiemu przejęcie głównej roli. Zespół nadal miał jednak związane ręce, gotowy materiał należał do United Artists, a żadna inna wytwórnia nie była skłonna zainwestować w bandę życiowych rozbitków. Po półtora roku marazmu perkusista również postanowił odejść. Phil: Wówczas moim głównym zmartwieniem było przetrwanie z dnia na dzień. W tym celu trzeba było albo upchnąć gdzieś trochę towaru aby zapłacić za salę prób albo znaleźć dorywczą pracę. Ja musiałem pracować. Oczywiście Lemmy nigdy nie dorabiał na boku, choć jak go spytasz to pewnie powie ci, że jest mistrzem stolarstwa albo coś w tym guście. Przed rozpadem postanowiono jednak zarejestrować ostatni występ, aby zachować pamiątkę wspólnej działalności.
Wtedy zdarzył się cud. Chociaż w prawdziwym życiu trudno na to liczyć, a z Lemmy'ego i kolegów żadne książęta z bajki, na scenie pojawiła się dobra wróżka przyjmując mało reprezentatywny wygląd Teda Carrolla. Właściciel skromnej wytwórni muzycznej Chiswick Records zdecydował się udostępnić zespołowi studio na dwa dni w celu rejestracji pożegnalnego singla. Motörhead nie potrzebowali nic więcej. W trakcie kilkunastu godzin, które otrzymali na nagranie swojego muzycznego epitafium, zespół zdołał zarejestrować cały album. Wystarczyło już tylko dograć wokale, na co Ted również się zgodził. Płyta, nazwana po prostu Motörhead, znalazła się w dystrybucji osiągając całkiem przyzwoite miejsce na listach. Philthy Animal nie musiał już szukać kolejnej dorywczej roboty.

Nieprzemijająca Złota Era

Tak zaczyna się historia legendy i o ile wskazanie momentu przełomowego dla Motörhead nie jest sprawą trudną, to opis dalszych losów muzyków sprowadza się do relacji z ciągłej, niekończącej się "złotej ery". Ta, pomimo kilku słabszych albumów, kłopotliwych zmian personalnych i problemów zdrowotnych nieprzerwanie trwa do dzisiaj. W roku 1977 zespół musiał jednak odnaleźć się w nowej roli, kując żelazo, póki gorące. Przy stylistyce prezentowanej przez Motörhead oraz płycie, która bynajmniej nie opływała w potencjalne radio-przyjazne single, mogące konkurować z okupującą pierwsze miejsce notowania Abbą, dotarcie do 43. miejsca na listach przebojów było nie lada wyczynem. Tym bardziej, że na osiem utworów zarejestrowanych na oficjalnym "debiucie", cztery nagrali wcześniej inni wykonawcy (Hawkwind i Tiny Bradshaw). Należało więc wszelkimi siłami podtrzymać popularność zespołu. Do tego potrzeba było przebojowego singla oraz obecności w mediach. Wybór padł na stary klasyk Richarda Berry’ego, Louie, Louie. Choć ten dość naiwny standard rockowy nie wydawał się w pełni oddawać tego, kim byli muzycy (czyli zatwardziałymi, wrednymi skurczybykami), dawał on szanse na zaistnienie wśród szerszej widowni. Tym bardziej, że po dobrym odbiorze debiutanckiej płyty trafiła się szansa podpisania kolejnej umowy, tym razem z Bronze Records. Nikt jednak nie wydaje potężnych pieniędzy w ciemno, dlatego wytwórnia postanowiła najpierw sprawdzić zespół. I tu pojawiła się kwestia piosenki, która zyskując popularność zdołałaby wywalczyć dla muzyków nowy kontrakt. Louie, Louie okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko dostał się do Top 75 brytyjskiej listy przebojów, ale otworzył również zespołowi drogę do występu w "Top Of The Pops". Obecność w tym niezwykle popularnym programie znaczyła wówczas dla Brytyjczyków mniej więcej tyle, co obecnie koncert w przerwie Superbowl dla Amerykanów. Po takim sukcesie Bronze Records przywitało Motörhead z otwartymi ramionami. Dla Lemmy'ego nowa umowa miała również drugie dno: zespół znalazł się bowiem w wydawnictwie, dla którego nagrywali byli koledzy z Hawkwind. Co więcej, produkcją zajął się legendarny już wówczas Jimmi Miller, odpowiedzialny za brzmienie takich zespołów jak Traffic, Blind Faith czy The Rolling Stones.
Wynikiem kolejnych miesięcy prac okazała się jedna z najlepszych płyt w historii ciężkiego grania - Overkill, zawierająca takie utwory, jak Damage Case, Capricorn czy niepokojące Metropolis. Praca nad nową muzyką przychodziła Motörhead w sposób niezwykle naturalny. Phil: "Zawsze chciałem grać na dwóch bębnach basowych, ale powtarzałem sobie, że nie będę jednym z tych cieniasów, którzy na scenie mają dwie stopy i nigdy ich obu nie używają. W każdym razie do czasu, kiedy nie nauczę się na nich sprawnie grać. Kupiłem więc drugą stopę i wpadałem na próby kilka godzin wcześniej tylko po to aby poćwiczyć koordynację. Gdy tak sobie machałem przy perkusji nogami, wleciał Lemmy z Eddie'm i krzyknęli, żebym nie przestawał. Wzięli swoje instrumenty i dołączyli." Tak powstał utwór Overkill. Ciężar, duszna atmosfera oraz siła poszczególnych kompozycji została odpowiednio doceniona. Album osiągnął imponujące, jak na swój niekomercyjny charakter, 24. miejsce na brytyjskiej liście.
Okres spędzony przez zespół w wytwórni Bronze Records przyniósł kolejne klasyczne już albumy zespołu. Bezpośrednim następcą Overkill został Bomber zarejestrowany i wydany jeszcze w tym samym roku oraz Ace Of Spades wypuszczony na rynek w końcu roku 1980. Oba odniosły wielki sukces tak artystyczny jak i komercyjny – biorąc rzecz jasna pod uwagę niszowy status zespołu. Trzeba jednak zauważyć, nic nie ujmując sile wyrazu płyty, że kompozycje zawarte na Bomber były mniej dopracowane, mniej przemyślane i niewątpliwie mniej ograne przez zespół na koncertach. Powodowało to odczuwalną sztywność wykonania. Wpłynęło na to również zachowanie Millera, ponownie zaangażowanego do produkcji. Pogłębiający się nałóg heroinowy producenta sprawiał, że muzycy częstokroć pozostawiani byli sami sobie podczas prac w studiu. Chociaż wydawanie dwóch płyt długogrających w ciągu roku nie było w latach 70. rzadkością to nie da się nie zauważyć, że kolejny album Motörhead miała po prostu szybko trafić w korzystną koniunkturę na rynku. Przy Ace Of Spades zespół się nie śpieszył, zmienił producenta (na Vicka "Żółwia" Maile’a) i pracował nad kompozycjami jeszcze ciężej niż zwykle. Zaowocowało to albumem genialnym. Płyta wyróżniała się już na etapie projektowania okładki. Nie przedstawia bowiem "pupila zespołu", czyli pancernej dzikiej świni zwanej Snaggletooth. Zamiast tego muzycy pozują w strojach imitujących ubiory kowbojów, nawiązując do specyfiki Dzikiego Zachodu. Po włączeniu albumu czeka nas już tylko szybka jazda bez trzymanki. Ace Of Spades rozpoczyna galopujący, odrobinę transowy utwór tytułowy, stanowiący największy w historii przebój Motörhead. Następnie rozbrzmiewa okraszony niezwykle chwytliwym riffem Love Me Like A Reptile oraz odrobinę wolniejszy Shoot You In The Back. Cała płyta nie daje wytchnienia, a utwory takie jak (We Are) The Road Crew czy The Chase Is Better Than The Catch na stałe zapisały się w historii rock’n’rolla. Na Ace Of Spades" słychać wyraźnie, że ten konkretny skład Motörhead osiągnął apogeum swoich możliwości, do którego trudno było nawiązać kolejnymi albumami. Być może z taką właśnie myślą Motörhead podjęło prace nad live albumem, stanowiącym podsumowanie dotychczasowego dorobku. Lemmy: To po prostu było odpowiednie miejsce i odpowiedni czas na nagranie albumu koncertowego. Wszyscy tego od nas oczekiwali, bo nasze trzy albumy wszystkie weszły na listy przebojów. Gdy płyta się ukazała, to wszystko właściwie szło z automatu - nie sądzę, żeby album dostał się na pierwsze miejsce listy, ale i tak był bardzo wysoko.
Pamięć Lemmy'ego po latach okazała się zawodna, bo wbrew wątpliwościom leadera No Sleep ’till Hammersmith osiągnęło pierwsze miejsce na brytyjskich listach przebojów. Płyta stała się tym samym największym czysto komercyjnym sukcesem zespołu. Muzycy dowiedzieli się o wejściu na szczyt list przebywając w USA jako support zespołu Ozzy'ego Osbourne’a. Relatywnie mało znani w Ameryce, musieli zadowolić się rolą rozgrzewacza przed samozwańczym Księciem Ciemności, jednak w UK osiągnęli status prawdziwych gwiazd rocka. Co ciekawe, żaden z utworów zarejestrowanych na płycie nie pochodził z koncertu faktycznie zagranego w Hammersmith Odeon. Po latach, w dokumencie The Guts And The Glory Lemmy wspominał: Wydaje mi się, że zarejestrowaliśmy jakiś występ w Hammersmith, ale nie dało się z niego nic wykorzystać. Nic z niego nie było dobre. Nigdy nie lubiłem grać w Hammersmith, ponieważ w hali jest okropny odsłuch na scenie.
Wydana 27 czerwca 1981 roku koncertówka nie okazała się przesadnie porywająca. Zbitek utworów granych podczas występów w Leeds, Norfolk, Belfaście i Newcastle wypełniał na pewno oczekiwania fanów, ale nie wniósł nic znaczącego do dorobku grupy. Na pewno nie stał się nowym Made in Japan, choć pozwolił zespołowi zarobić kilka funtów oraz odetchnąć odrobinę przed pracami nad kolejnym albumem. Nie można jednak odmówić płycie prawdziwie punkowej energii i szczerych emocji płynących ze sceny. Ponadto płyta nie stała się przedmiotem chirurgicznych zabiegów w studio. Brzmi tak, jak powinien brzmieć zespół rejestrowany na żywo: surowo i dynamicznie.

"… i właśnie wtedy dali tą spieprzoną okładkę z wielką, brzydką plastikową pięścią"

Jeżeli spojrzeć pod kątem artystycznym, powodzenie, które zdobył Ace Of Spades oraz No Sleep ’till Hammersmith nie pomogło wcale zespołowi. Motörhead za szybko i zbyt chaotycznie zabrał się za kolejny album studyjny. Zdając sobie sprawę z ogromu zobowiązań, jakie wiązać się będą z kolejną płytą, muzycy wcale nie zamierzali przygotowywać nowego materiału w pośpiechu. Zostało to jednak wymuszone przez firmę fonograficzną. Pierwszy błąd zespołu polegał właśnie na tym, że nie walczono z naciskami z zewnątrz. Drugi to rezygnacja z współpracy z uznanym producentem. Zespół, który - pomimo sukcesów jakie odniósł na rynku wydawniczym - otrzymywał raptem 200 funtów tygodniowo, nie chciał zatrudniać osoby, której na samym początku trzeba by zapłacić wynagrodzenie wahające się od 10 do 20 tysięcy. Zdecydowano się na inne rozwiązanie. Produkcją miał zająć się Eddie Clarke, mający drobne doświadczenie po wyprodukowaniu płyty zespołu Tank. W kwestiach technicznych miał go wspomagać Will Reid, nieznany wówczas producent, który w następnych latach zdobył renomę współpracując z artystami takimi jak Pendragon czy Thin Lizzy. Cała sesja do płyty Iron Fist okazała się jednym wielkim nieporozumieniem. Poczynając od nikłego zaangażowania Lemmy'ego i Philthy Animala, którzy wykorzystywali każdą nadarzającą się sposobność aby wyskoczyć do pubu, po samo studio (Morgan Studios), które, jak na złość, reżyserkę miało umiejscowioną nad salą muzyków. W oczywisty sposób utrudniało to pracę Eddiemu, zmuszonemu, poza obowiązkami producenckimi, do normalnego grania na gitarze. Nowe utwory również nie uzyskały odpowiedniego szlifu. Album powstający w takich warunkach nie mógł okazać się udany. Lemmy: "Problem z Iron Fist polega na tym, że ogarnęło nas samozadowolenie. Trzy płyty pod rząd okazały się sukcesem, więc popadliśmy w samozachwyt, płynęliśmy na grzbiecie fali i na nic nie zważaliśmy. I to właśnie wtedy, gdy byliśmy w trasie po Europie, dodali tą spartaczoną okładkę z pieprzoną wielką, brzydką plastikową pięścią."
Niezadowolenie z efektu pracy było wśród muzyków Motörhead powszechne. Nawet Eddie Clarke przyznawał, że nie wszystko poszło tak, jak powinno. Tyle, że jego zdaniem wina leżała równo po stronie produkcji, zespołu i wytwórni, która dała na nagranie i zmiksowanie albumu nierealne trzy tygodnie czasu. W konsekwencji wewnętrznych tarć, będących pokłosiem niezadowolenia zespołu z przygotowanej płyty oraz wybranego kierunku artystycznego, "Fast" Eddie Clarke opuścił kolegów. Zdaniem Lemmy'ego wynikało to wyłącznie z jego konfrontacyjnego charakteru. "Eddie opuszczał nas średnio co dwa miesiące, ale tym razem tak nas wkurzył, że nie poprosiliśmy go o zmianę decyzji". Nowym muzykiem zespołu został znany z występów w Thin Lizzy Brian Robertson. Konsekwencją tej współpracy stał się Another Perfect Day - jedna z najlepszych, choć najmniej docenianych płyt zespołu. Na przyjęciu nowego gitarzysty muzyka niewątpliwie nie straciła na jakości. Wręcz przeciwnie. Jedyne, co doznało uszczerbku, to wizerunek Motörhead, do którego Robertson nie zamierzał się dostosowywać. Phil: "Jedyny problem z Brianem grającym w Motörhead stanowiły jego krótkie spodenki. Dosłownie, chociaż ludziom trudno w to uwierzyć… wszystko sprowadzało się do spodenek." Tych Motörhead na scenie nie zwykło używać, choć prywatnie gustował w nich również Lemmy, o czym przekonał się później Scott Ian z Anthrax. W trakcie koncertów obowiązywał jednak ustalony savoir vivre, którego należało przestrzegać.
Świeże spojrzenie z zewnątrz było w tym konkretnym momencie kariery bardzo potrzebne zespołowi. Jednak sposób bycia Robertsona, zupełnie odmienny od przyjętych w Motörhead standardów, wpływał negatywnie na odbiór zespołu. Lemmy i Phil tracili wiarygodność, co dla Kilmistera było nie do zaakceptowania. Ponadto wyraźnie dało się odczuć, że Brian traktuje pobyt w Motörhead jako sytuację przejściową, ani nie wiążąc własnej przyszłości z zespołem ani nie ceniąc jego dotychczasowych dokonań. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji, w których gitarzysta po prostu odmawiał grania największych przebojów. Braku Ace Of Spades czy Damage Case fani wybaczyć po prostu nie mogli i dlatego szybko pożegnano się z muzykiem. Wraz z wydaniem Another Perfect Day i kompilacyjnym No Remorse wygasła również umowa z Bronze Records. Motörhead mógł zacząć wszystko od nowa, a trzon zespołu ponownie należał do Phila i Lemmy'ego. Należało jednak znaleźć nowego gitarzystę… Albo dwóch.

"Nie znajdziesz nikogo mniej znanego ode mnie"

Wcześniejsze problemy z Robertsonem, który już przed dołączeniem do zespołu był znaną postacią, spowodowały, że nowych gitarzystów szukano wśród osób anonimowych w świecie muzyki. Ogłoszenie umieszczone przez Lemmy'ego wyraźnie to podkreślało. To z kolei zmusiło zespół do wysłuchiwania setek taśm od osób, które koło prawdziwego gitarzysty nawet nie siedziały. Wśród morza beznadziejnej amatorszczyzny udało się jednak wyłuskać prawdziwy samorodny talent. Ponad trzydziestoletni Michael Burston dorabiał na budowach, wieczorami grywając w podrzędnych klubach z piątoligowymi lokalnymi zespołami. Nic nie ryzykując, podesłał taśmę z próbką swoich umiejętności. Muzyk wykorzystał również okazję, aby pochwalić się poczuciem humoru, co pozytywnie nastawiło do niego Lemmy'ego. Na taśmie poinformował bowiem basistę, że skoro ten szuka nieznanego muzyka, to trafił idealnie - nie ma bowiem nikogo mniej znanego od Michaela Burstona. Dzięki temu, jak i oczywistemu talentowi, dostał angaż. Dostał go również Phil Campbell, gitarzysta przyzwoitej kapeli rockowej Persian Risk, supportującej kilkakrotnie Motörhead. Dwóch nowych muzyków od samego początku zaczęło doskonale się dogadywać. Słychać to zresztą tak na No Remorse w czterech nowych utworach, jak i na Orgasmatron, jednym z najciekawszych albumów nagranych przez zespół. Problemy ze składem nadal jednak nie opuszczały formacji. Zaraz po dokooptowaniu Würzela (Burston) i Wizzö (Campbell) Taylor odszedł od Motörhead szukać szczęścia gdzie indziej i licząc na dalszą działalność muzyczną z Brianem Robertsonem. Dzięki znajomości z Philem Campbellem, szybko za perkusją usiadł Pete Gill znany z Saxon. Pete nie ostał się jednak długo w zespole. Po nagraniu Orgasmatron miejsce perkusisty znowu było wolne. Rejterada Gilla wynikła z drobnej kłótni, o której wspomina Phil Campbell: "To było zupełne nieporozumienie. Nagrywaliśmy w jakimś miejscu Eat The Rich. Ja z Petem gdzieś tam poleźliśmy, ale mówiliśmy mu (tzn. Lemmy'emu - przyp. JK), że jak przyjedzie taksi, to ma krzyknąć i zaraz będziemy. I następne, co do nas dotarło to Lemmy drący się z taksówki. Więc wyszliśmy, a ten dalej wydziera się na Peta "Siedzę w tej taksówce już dwadzieścia minut. Gdzie byliście?!" Pete zaczął się odpyskiwać Lemmy'emu. Wybuchli, a Pete po prostu sobie poszedł. Tak właśnie było. Walka kogucików o taksówkę."
W konsekwencji wrócił Philthy, z którym udało się nagrać kilka kolejnych, dobrych płyt. Album Rock’n’Roll nie wzbudziła jeszcze entuzjazmu – pomimo utrzymania przyzwoitego poziomu, do którego zespół przyzwyczaił fanów. Natomiast 1916 zachwyca a Märch Or Die jest jedną z najbardziej intrygujących, choć nierównych, płyt kiedykolwiek przez Motörhead nagranych. Zwraca przede wszystkim uwagę chwytliwy utwór Hellraser napisany przy współudziale Zakka Wylde’a (znajduje się również na płycie Ozzy'ego Osbourne’a No More Tears) oraz dudniący i przytłaczający utwór tytułowy. Pewne kontrowersje budzić może za to ballada I Ain’t No Nice Guy i pewnie niejednemu z fanów piosenka ta zjeżyła włosy na plecach. Gdyby jednak odłożyć na bok wszelkie uprzedzenia trzeba przyznać, że jest to po prostu klasyczna, chwytliwa rockowa ballada.
Kolejne lata przyniosły ponownie zmiany w składzie. Coraz gorzej grający Taylor jeszcze w trakcie nagrań do Märch Or Die ponownie opuścił zespół – jego bębny słychać jedynie we wspomnianej I Ain’t No Nice Guy. Zastąpił go na chwilę Tommy Aldridge, który zarejestrował ścieżki perkusji na płytę. Pałeczki oddano ostatecznie Micaelowi Kiriakosowi Delaglou znanemu (ku uldze wszystkich) jako Mikkey Dee - bębniarzowi, który do chwili obecnej wybija rytm na koncertach zespołu. Po nagraniu albumu Sacrifice z Motörhead odszedł z kolei Burston, znudzony zespołowym życiem i twórczością. W ten sposób ukształtował się skład, któremu zawdzięczamy dziesięć kolejnych albumów, wliczając w to najnowszy, Bad Magic. I chociaż za "klasyczny" skład uznaje się wcielenie zespołu z "Fast" Eddiem Clarke i Philthy Animalem, to od wielu już lat niestrudzenie legendę Motörhead buduje Wizzö, Dee i niezastąpiony Lemmy. Ostatnie lata pokazały jednak, że nawet Ian Kilmister musi uważać na zdrowie. Wymogło to na muzyku zastąpienie whiskey z colą zdrowszym połączeniem wódki z sokiem pomarańczowym. Zespół jednak nigdy nie zwolnił tempa, choć przerywane w trakcie setu koncerty niebezpiecznie się mnożą. Gdy jednak Lemmy jest w dobrej formie, nadal nikt i nic nie może równać się z energią, jaka bije od muzyków na scenie. Najlepszym potwierdzeniem tych słów niech będzie ostatni koncert Motörhead w Warszawie. Gdy stojąc przed rozkrzyczaną publiką Lemmy wykrzykuje nieśmiertelne We are Motörhead, and we play Rock’n’Roll, każdy fan wie, że dla takich zespołów warto żyć. Warto, bo na każdym koncercie zespołu dzieje się Magia. Nie wiem czy jest to "Zła Magia" (Bad Magic) ale na pewno magia szczera i płynąca prosto z trzewi muzyków.

Oficjalna strona zespołu: www.imotorhead.com

Zdjęcie: www.adrenalinepr.com

Autor: Jakub Kozłowski