King of Rock'n'Roll 2016 - 3 edycja koncertu poświęconego Ronniemu Jamesowi Dio, 19-05-2016
Scream Maker i goście
Klub Proxima, Warszawa

W czwartek, 19 maja 2016, w warszawskim klubie Proxima odbyła się trzecia edycja koncertu King Of Rock And Roll, poświęconego pamięci Ronniego Jamesa Dio - wokalisty Rainbow, Black Sabbath czy Dio, który opuścił rodzinę rockowo-metalową w 2010 roku. Hard Rock Service w osobie Qstosza też tam był i R.J.D. wspominał...

King of Rock'n'Roll - III edycja koncertu ku pamięci Ronniego Jamesa Dio + trasa towarzysząca, maj/czerwiec 2016 Zacznę od demaskacji samego siebie - w odwiecznej dyskusji między fanami byłych wokalistów Black Sabbath zawsze byłem stronnikiem Ozzy'ego Osbourne'a, jednocześnie oddając szacunek niezwykłym umiejętnościom Dio. Wynika to z faktu, że moje serce brzmi w bardziej chropowatych i "gruzowatych" rejestrach niż podniosły i nieskazitelny heavy metal, kojarzony z "małym człowiekiem o wielkim głosie". Będąc "po drugie stronie barykady" i z trochę innym stosunkiem do muzyki metalowej, czułem, że wieczór pamięci Dio będzie dla mnie okazją do licznych obserwacji i ciekawych przeżyć - i nie zawiodłem się.

Pomysł na koncert jest następujący - gospodarzem wieczoru jest warszawska kapela Scream Maker z towarzyszeniem klawiszowca Exlibris Piotra Sikory, która wykonując covery Ronniego, zaprasza przeróżnych gości (podczas warszawskiego koncertu głównego wystąpili w tym roku Wojciech Hoffmann (Turbo), Tomasz Struszczyk (Turbo), Grzegorz Wilk, Aleksi Munter (Swallow the Sun), Maciej Koczorowski (Chainsaw), Mateusz Grzmiel, Sebastian Pańczyk (ex-Leash Eye), Marcin Maliszewski (The Black Horsemen), Przemek Nalazek (SteelFire), Jan Popławski (The Kroach) oraz Kuba Drummerboy May. W tym roku ta odbywająca się już po raz trzeci impreza miała charakter objazdowy - kolejne koncerty odbyły się 19 maja w Warszawie, 20 maja w Krakowie, 21 maja w Krośnie i odbędą się 2 czerwca w Olsztynie, 3 czerwca w Szczecinie oraz 4 czerwca w Gdańsku. Hard Rock Service towarzyszyło organizatorom także przy okazji dwóch poprzednich edycji - relację sprzed roku możecie również znaleźć na łamach naszego serwisu.

Wróćmy jednak pod scenę stołecznego klubu Proxima. Przychodząc na wydanie warszawskie, akurat wkroczyłem na gościnny udział zespołu The Black Horsemen. Krótkie rozpoznanie sytuacji nakreśliło mi generalny obraz wieczoru. Były pasaże klawiszowe, często pobrzmiewające plastikowym przełomem lat 70-tych i 80-tych. Były wirtuozerskie solówki gitarowe, ozdobione uduchowioną mimiką gitarzystów. No i, co chyba najważniejsze, bo Dio był przecież wokalistą - nie zabrakło popisów wokalnych. I tu pojawił się mały problem. Absolutnie rozumiem cześć i chwałę oddawane bohaterowi muzyki, rozumiem hołd i szacunek, ale czy nie byłoby trochę ciekawiej, gdyby choć jeden wokalista zmierzył się z repertuarem Dio na swój sposób, zamiast kopiować wysokie rejestry i wibracje głębokim gardłem, które były znakiem rozpoznawczym Dio? O ile wybitnie heavy metalowa stylistyka Scream Maker i The Black Horsemen tłumaczy bałwochwalcze podejście do repertuaru, o tyle Mateusz Grzmiel, który wyszedł do rock and rollowej kompozycji wyglądając jak Roy Orbison, czy Seba z zadziornego i "zardzewiałego" brzmieniowo Leash Eye mogliby nadać trochę swojej indywidualności swoim wykonaniom.

...I tu mnie olśniło. Zrozumiałem, dlaczego bliżej mi było do Sabbathów Ozzy'ego niż Dio. Pierwszy skład Black Sabbath był zespołem rewolucyjnym, otwierającym nowe ścieżki w muzyce rockowej, a wkrótce i metalowej. Natomiast Dio śpiewał w świetnym, doskonale profesjonalnym zespole, który jednak tylko trzymał się konwencji heavy metalu. I tą konwencję narzucał swoim fanom, następcom i naśladowcom. Covery w wykonaniu innych artystów z początkowego okresu Sabbathów dawały pole do (re)interpretacji, z kolei repertuar z Dio - tak jak i cała solowa twórczość Amerykanina - wymusza bezwzględną wierność stylistyce, praktycznie uniemożliwiając własną interpretację.

Na koncercie ku pamięci Dio silnie odczuwałem tę właśnie tendencję. Do tego stopnia, że kiedy padł prąd podczas występu i zespół zdecydował się powtórzyć utwór, gitarzysta solowy nie odważył się na stylistyczne szaleństwo czy złamanie brzmienia, stawiając raczej na powtórne odegranie świetnie wyuczonej partii... A może to kwestia wielkiego szacunku dla artysty, który dla wielu jest mistrzem - może chodzi o to, żeby nie naruszać spójności jego utworów? Może formą najwyższego uznania dla twórcy jest wierne odtworzenie jest dzieła? Przypuszczam, że Ronnie James Dio byłby dumny z tego, jak skrupulatnie i szczegółowo, z jakim zapałem i uwagą odrywane są jego utwory ku jego pamięci.

Dio pewnie byłby dumny także z aspektów pozamuzycznych tego wieczoru. Dowodem na solidarność środowiska metalowego była organizowana (także podczas koncertów Klasz Ov Sejtans) zbiórka pieniędzy na pomoc Antosiowi, ciężko choremu synkowi Seby. Dowodem na to, ze rock is not dead był natomiast chłopaczek w wieku 10-12 lat, który spędził cały koncert pod sceną, siedząc na ramionach taty i machając z werwą rękami i głową do muzyki, która ewidentnie mu się podobała.
To dobre znaki - że dbamy o młodych rockmanów i że ich przybywa. Dio byłby z tego dumny.

Oficjalna strona organizatorów koncertu pamięci Dio: www.facebook.com/King-of-RocknRoll

Autor: Dawid "Qstosz" Odija